Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Sojusznicy w duchu

Sojusznicy w duchu

13.02.2017
Czyta się kilka minut
Donald Trump i Recep Tayyip Erdoğan chcą ściśle współpracować w walce z tzw. Państwem Islamskim. Ankara oczekuje jednak od Waszyngtonu znacznie więcej. Pytanie, ile Stany gotowe są jej dać.
Donald Trump. Fot: AP Photo/Evan Vucci/EastNews
P

Podczas tej rozmowy prezydent Turcji nie musiał bać się krytyki. Choć zachodni politycy często krytykują Recepa Tayyipa Erdoğana za politykę wobec oponentów, jego pierwsza rozmowa telefoniczna z prezydentem USA przebiegła w „pozytywnej i przyjaznej” atmosferze, a Donald Trump podkreślał to, co łączy USA i Turcję. Biały Dom i Ankara zaznaczyły potem zgodnie, że skupiano się na wspólnej walce z „terrorem we wszelkich jego postaciach”. Trump zapewniał, że USA będę wspierać swego „strategicznego partnera i sojusznika w NATO” oraz chwalił wkład Turcji w walkę z tzw. Państwem Islamskim (IS).

Tuż przed tą rozmową władze tureckie zwolniły, na mocy dekretu prezydenta, kolejne 4464 osoby ze służby publicznej, w tym 330 docentów uniwersyteckich. Ale jeszcze przed swym wyborem Trump dał wyraźnie do zrozumienia, że uważa takie działania Erdoğana za wewnętrzną sprawę Turcji. Gdy zaś idzie o pogardę dla wolnych mediów, wydaje się, że Erdoğan znalazł w Trumpie sojusznika w duchu.

Gdy jednak zejdziemy z poziomu deklaracji, okaże się, że Turcja oczekuje od Trumpa więcej, niż gotów jest jej dać: Ankara żąda wydania kaznodziei Fethullaha Gülena, żyjącego w USA, którego obarcza winą za pucz z lipca 2016 r., i chce też, aby Stany zaprzestały wspierania sił kurdyjskich w Syrii (YPG). Bardziej obiecująca dla Ankary wydaje się walka z IS: Trump oczekuje szybkiego sukcesu i zlecił armii, by przepracowała swą strategię w Syrii i Iraku – gdy Turcy uskarżali się tutaj dotąd, że nie mogą liczyć na wsparcie USA w walce z IS w północnej Syrii. Wydaje się, że przynajmniej w tym punkcie Trump zmienił kurs USA: wedle danych tureckich zachodni sojusznicy wsparli z powietrza tureckie ataki na miasto Al-Bab, które armia turecka usiłuje od dawna zdobyć na IS. Z otoczenia Erdoğana słychać, że obie strony mają uderzyć wspólnie nie tylko na Al-Bab, ale potem także na Rakkę, syryjską stolicę IS.

Rzecz w tym, że w walce z dżihadystami w północnej Syrii – i w przyszłym boju o Rakkę – Stany stawiają dotąd na Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF): sojusz różnych ugrupowań, w którym pierwsze skrzypce odgrywają kurdyjscy bojownicy z YPG. Turcy tyleż ostro, co bezskutecznie protestowali przeciw zbrojeniu Kurdów przez Amerykanów i domagali się od Baracka Obamy, aby poczekać z atakiem na Rakkę do chwili, gdy wojska tureckie i ich syryjscy sojusznicy (tj. te oddziały syryjskiej opozycji, które są wspierane przez Turków) zdobędą Al-Bab. O ile więc jeszcze niedawno wydawało się, że Erdoğan pożegnał się już z takimi planami – po tym, jak oświadczył on, że zajęcie Al-Bab będzie oznaczać koniec tureckiej operacji wojskowej w Syrii – o tyle teraz Turcja najwyraźniej ponownie wyciągnęła ten plan z szuflady. Minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu mówił w minionym tygodniu, że Ankara może posłać wojska specjalne, aby zdobywały Rakkę. Çavuşoğlu podkreślił też, że w przyszłej ofensywie na Rakkę powinny uczestniczyć „właściwe siły”, a nie „grupy terrorystyczne” (chodziło o to, że Turcja uważa Kurdów z YPG za terrorystów).

Tureccy żołnierze walczą w północnej Syrii – po stronie syryjskich rebeliantów (tj. tych kontrolowanych i popieranych przez Ankarę) – od sierpnia 2016 r., w ramach operacji pod kryptonimem „Tarcza Eufratu”. Zginęło tam dotąd już ponad 50 tureckich żołnierzy. Ale tureckie sukcesy wydają się raczej skromne: dziesiątki kolejnych ataków na Al-Bab zostało odpartych przez dżihadystów z IS. W ubiegłym tygodniu rozpoczął się kolejny atak, w wyniku którego siły tureckie zajęły ważne strategicznie wzgórze w zachodniej części miasta. Minister Çavuşoğlu zapewnia, że operacja „przynosi duże postępy”.

Tymczasem sytuacja na miejscu komplikuje się – w minionych tygodniach w kierunku Al-Bab posunęły się bowiem również syryjskie wojska rządowe Baszara Al-Asada. W międzyczasie od Turków dzieli je już tylko niewiele kilometrów. Asad domaga się, aby Turcja wycofała swoje wojska z Syrii. Co ciekawe, obie strony – i syryjskie siły rządowe, i armia turecka – otrzymują w tym momencie wsparcie ze strony rosyjskiego lotnictwa.

W obliczu coraz bardziej skomplikowanej sytuacji wątpliwe jest, aby Ankara zajęła wkrótce Al-Bab. A jeśli nawet tak się stanie, zupełnie niemożliwe wydaje się, aby siły tureckie i ich syryjscy sojusznicy mogli ruszyć następnie na Rakkę, odległą od dobrych 180 kilometrów – wzdłuż dróg między Al-Bab i Rakką stoją wojska Asada. Pod koniec 2016 r. armia amerykańska doszła do wniosku, że Turcy w tej chwili nie są w stanie zrealizować swoich zapowiedzi. Dziennik „Washigton Post” pisał, że Pentagon ocenia bardzo nisko siły syryjskich rebeliantów, którzy pozostają pod kontrolą (i na garnuszku) Ankary. W Pentagonie miało się o nich mówić ironicznie, że to „duchy Erdoğana” albo „armia jak [mityczny] jednorożec”, i że jedynie Kurdowie są dziś zdolni do przeprowadzenia ofensywy na Rakkę.

Donald Trump stoi dziś zatem przed trudną decyzją: jeżeli odwróci się od kurdyjskiej YPG i zaprzestanie udzielania jej wsparcia militarnego, ryzykuje tym, że dżihadyści z IS dostaną szansę na złapanie oddechu i pozbieranie się po ciosach, jakich doświadczyli w ostatnich miesiącach. Jeśli natomiast nie porzuci Kurdów, może być pewien gniewu Erdoğana, który w takiej sytuacji może jeszcze bardziej odwrócić się do Zachodu.

Przełożył WP

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]