Reklama

E-waluta, czyli szansa

E-waluta, czyli szansa

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
05.11.2020
Czyta się kilka minut
Koronawirus przyspieszy wiele spraw. Jedną z nich będzie wprowadzenie w życie w pełni cyfrowego pieniądza. Dlaczego nie trzeba się go bać?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
C

Cyfrowa waluta banku centralnego – czyli po angielsku Central Bank Digital Currency, w skrócie CBDC. Albo bardziej swojsko: e-waluta. To pomysł w ekonomii nienowy. Pierwszy pisał o niej w latach 80. ekonomista James Tobin, nagrodzony Noblem (1981 r.), ale funkcjonujący w ekonomicznym światku trochę na prawach  odklejonego wizjonera. Zwłaszcza, gdy rozpisywał się na temat konieczności stworzenia podatku od transakcji spekulacyjnych – szczególnie tych, które polegają na konwersjach walutowych. Oczywiście, tzw. podatku Tobina nigdy nie wprowadzono w życie. Podobnie z cyfrową walutą banku centralnego. Uznano po prostu, że tego „nie da się zrobić”. 

Brudna kasa

Można powiedzieć, że pomysły Tobina wyprzedzały swój czas pod dwoma względami. Pierwszym z nich była dostępna technologia i konieczność polegania na fizycznej walucie przy codziennych – większych i mniejszych – relacjach gospodarczych. Na tym polu jednak przez ostatnie 40 lat wiele się przecież wokół nas zmieniło. Świat, w którym żyjemy, od dawna nie potrzebuje już przecież do szczęścia gotówki, a ogromna – i wciąż rosnąca – część obrotu ekonomicznego i tak odbywa się z pominięciem namacalnego pieniądza. Mało tego, pieniądz coraz częściej bywa postrzegany jako zbyteczne zawracanie głowy. A nawet jako zagrożenie – w czasie pandemii koronawirusa wielu sprzedawców namawiało nas przecież usilnie (lub wręcz wymagało od nas tego pod rygorem niemożności przeprowadzenia zakupu) do rezygnacji z „brudnej gotówki”.  


CZYTAJ WIĘCEJ: AKTUALIZOWANY SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>


Ale nie chodzi tylko o formę istnienia pieniądza. Drugą blokadą, która nie pozwalała na rozmowę o rządowej e-walucie, była ideologia. A zwłaszcza rozpowszechnione w czasach neoliberalnych przekonanie, że emisja pieniądza to zadanie, w którym „nieudolne i niegodne zaufania państwo” należy bardzo mocno i skrupulatnie kontrolować. Najlepiej odsuwając bank centralny jak najdalej od demokratycznie wybranych polityków. Jakby tego było mało, zwiększono w praktyce rolę, jaką w procesie tworzenia pieniądza w gospodarce odgrywa (via udzielanie kredytów) prywatny sektor finansowy. Państwo miało być jak spętany łańcuchami smok pilnujący wielkiego skarbu: nie mógł pod żadnym pozorem zdawać sobie sprawę ze swojej własnej siły i wartości świecidełek, których przed obcymi pilnuje.


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Tak skonstruowany system trzymał kreację pieniądza pod elitarno-plutokratyczną kontrolą aż do kryzysu 2008 roku. Od tamtej pory coraz wyraźniej widać jednak, że jest to system anachroniczny i niefunkcjonalny. Demokratyczne rządy wciąż są zbyt mocno spętane przez własną liberalną opinię publiczną i boją się przejąć inicjatywę. 

Kiedy pieniądze nie mogą się skończyć

Ale coś się jednak zmienia. Jak na razie konieczne zmiany następują trochę po cichu – głównie poprzez banki centralne. W wielu miejscach zachodniego świata już zaczynają one odgrywać większą rolę w prowadzeniu polityki ekonomicznej. Koronawirus tylko ten proces wzmocnił. Banki centralne w USA, Europie czy w Polsce po cichu wspierają rządy w walce z pandemią, skupując m.in. własne obligacje i nie pozwalając rządom wpaść w pułapkę zadłużenia. Dlaczego robią to po cichu? Ano właśnie dlatego, że żyjemy w czasach przejściowych. To znaczy takich, gdy stare przesądy (na przykład przekonanie, że dysponującemu własną suwerenną walutą rządowi mogą „skończyć się pieniądze”) nadal są bardzo mocno rozpowszechnione. 

Ale co mają do tego pomysły na e-waluty? Otóż bardzo wiele. Być może właśnie dzięki nim w perspektywie kilku lub kilkunastu lat możemy mieć do czynienia z faktyczną zmianą paradygmatu myślenia o polityce ekonomicznej. Być może to właśnie dzięki e-pieniądzowi łatwiej będzie uczestnikom debaty publicznej zrozumieć i zaakceptować fakt, że we współczesnej gospodarce państwu nie mogą się skończyć własne pieniądze. Banki centralne nie potrzebują bowiem do ich emisji ani druku banknotów, ani pomocy sektora komercyjnego. Na tym właśnie polegać będzie e-waluta: każdy uczestnik rynku będzie mógł nią operować bezpośrednio z platformy zarządzanej przez bank centralny. Bez żadnych zbędnych pośredników. No, chyba że państwo uzna, iż taki pośrednik jest mu do czegokolwiek potrzebny. A konieczne wydatki publiczne (na przykład na inwestycje społeczne) przestaną być tematem tabu.  

Chińsko-amerykańskie szachy

Nic dziwnego, że tak rozumiany e-pieniądz staje się coraz chętniej rozważaną alternatywą wobec starego systemu. Według badacza z Banku Rozrachunków Międzynarodowych Raphaela Auera ok. 80 proc. banków centralnych na świecie prowadzi dziś własne analizy na temat możliwości wprowadzenia w życie własnego CBDC. 

Pierwszeństwo w tych badaniach należy się bezsprzecznie Chinom. Tamtejszy Ludowy Bank Centralny już w 2014 roku rozpoczął projekt pilotażowy e-renminbi lub po prostu e-RMB (renminbi, czyli „waluta ludowa”, to oficjalna nazwa chińskiego pieniądza). Od wiosny 2020 roku Chińczycy są już na etapie wypłacania części wynagrodzeń pracowników sektora publicznego w kilku miastach (m.in. Shenzhen czy Chengdu) wyłącznie w e-RMB. Plan jest podobno taki, by pokazać w pełni działającą cyfrową walutą w 2022 roku przy okazji zimowych igrzysk olimpijskich, które odbędą się w Pekinie. 

Z chińskiego punktu widzenia taka waluta ma oczywiście również ważne znaczenie strategiczne. Dziś jest tak, że międzynarodowa infrastruktura rozliczeń finansowych wywodzi się jeszcze z czasów amerykańskiej hegemonii. I nie chodzi tylko o dolara, jako światową walutę rezerwową, lecz także o zachodnie wpływy w instytucjach takich jak Society for Worldwide Interbank Financial Telecomunication (SWIFT), która pośredniczy w transakcjach między bankami, domami maklerskimi, giełdami i innymi instytucjami finansowymi. Albo w nowojorskim (i także zdominowanym przez USA) Clearing House Interbank Payments System (CHIPS).  

Geopolityczne chińsko-amerykańskie szachy nie tłumaczą jednak wszystkiego. Zwłaszcza że w ciągu ostatnich dwóch lat swoje własne eksperymenty z e-pieniądzem zapowiedziały również kraje, które same do wielkich geopolitycznych rozgrywek bynajmniej nie aspirują – jak Urugwaj, Szwecja czy Ukraina. Co ich w CBDC tak bardzo pociąga?

Prócz wspomnianego już wzmocnienia pozycji państwa względem reszty rynku ważnym argumentem za CBDC może być także przeciwdziałanie przestępstwom podatkowym, praniu brudnych pieniędzy czy choćby zwykłemu płaceniu pod stołem za pracę lub towary w celu uniknięcia podatku lub składki. Oraz stworzenie realnej alternatywy dla prywatnych kryptowalut, które przecież już od wielu lat są częścią (stale udoskonalaną) naszej rzeczywistości. 

Oczywiście, wciąż czeka nas wiele trudnych rozmów i debat o cyfrowej walucie. Choćby na temat zagrożeń i ograniczeń wolności osobistej, które niesie ze sobą sprowadzenie e-pieniądza. Warto jednak pamiętać, że są one tylko częścią dużo szerszego obrazka, który próbowałem w tym miejscu dla Państwa naszkicować. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Czy może mi ktoś wytłumaczyć na czym polega magia zawarta w stwierdzeniu: "pieniądze nie mogą się skończyć". Ja uważam coś wręcz odwrotnego - chyba jestem klasykiem. Pieniądze to nie jest coś kompletnie abstrakcyjnego. Tak naprawdę ułatwiają nam tylko wymianę dóbr i usług. Nie można drukować pieniądza, bo ilość dóbr i usług nie wzrośnie z tego powodu na rynku. Więcej pieniądza oznacza tylko, że wszystkie dobra i usługi będą wymagały więcej pieniądza. Pieniądz straci na wartości. To się nazywa inflacja. Nie ważne jakie pieniądze drukuje państwo. Ważne że doprowadzi to do inflacji. Rynek prędzej czy później się będzie musiał wyregulować. A patrząc inaczej, dlaczego Państwo ściga fałszerzy pieniędzy? Skoro pieniądze się nie skończą, to tylko ułatwiają państwu druk pieniądza, odciążają go. Państwo powinno spierać fałszerzy, może im powinno jakieś dotacje dawać. Dodruk pieniędzy przez państwo, jest tak naprawdę fałszerstwem. Państwo okrada nas przez inflację. Państwo pustymi pieniędzmi kupuje dla siebie dobra i usługi, a w zamian daje nam tylko puste pieniądze. Nie daje w zamian swoich usług i dóbr.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]