Duma i uprzedzenia. Kim są polscy mistrzowie paraolimpijscy

Wyczyny paraolimpijczyków imponują milionom telewidzów. Ale na co dzień mistrzowie z niepełnosprawnościami nadal potykają się o schody. Dosłownie i w przenośni.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Kamil Otowski ze złotym medalem Igrzysk Paralimpijskich. Paryż, 29 sierpnia 2024 r. // Fot. Sean M. Haffey / Getty Images
Kamil Otowski ze złotym medalem Igrzysk Paralimpijskich. Paryż, 29 sierpnia 2024 r. // Fot. Sean M. Haffey / Getty Images

Oboje są tak ruchliwi, że wciąż tracę ich z oczu, choć poruszają się na wózkach, a ja podążam za nimi na własnych nogach.

Ona: – Pamiętam moją pierwszą paraolimpiadę w Rio, gdy niektórzy polscy posłowie mówili, że nie powinno się nas pokazywać w telewizji, bo nikt nas nie chce oglądać. To, co działo się na paraigrzyskach w Paryżu pokazuje, że to nieprawda. Atmosfera była megapozytywna. W samej wiosce i na stadionie. Tłumy widzów na basenie, na kortach, na stadionie. Wiwatowały, dawały energię głowie i ciału.

On, który był na paraigrzyskach w Tokio, trzy lata temu podczas pandemii, także jest pod wrażeniem euforii kibiców w stolicy Francji. – Na basenie niosła mnie obecność ludzi. To było wielkie święto.

Mówię sobie: „chapeau bas”

Ona – czyli Lucyna Kornobys, rocznik ’78, dziś trzykrotna srebrna medalistka w pchnięciu kulą na igrzyskach paraolimpijskich: w Rio de Janeiro (2016), w Tokio (2021) i teraz w Paryżu.

Ma na koncie medale mistrzostw świata i Europy. Najlepsza lekkoatletka niepełnosprawna roku 2018 podczas Gali „Złote Kolce”, zdobywczyni nagrody “Sportowiec bez barier” za rok 2019 w plebiscycie "Przeglądu Sportowego".

On – czyli Kamil Otowski, rocznik ’99, przezywany dziś „Złotowskim”, bo zdobył dwa złote medale w pływackich wyścigach na 50 i 100 m stylem grzbietowym. Rok wcześniej w Manchesterze został mistrzem świata na tych dystansach.

Rozmawiamy w salonie ambasady RP w Paryżu, zaraz po konferencji o promowaniu Polski przez sport, na którą zaproszono naszych paraolimpijczyków. Podczas wywiadu Lucyna „waży” w ręce swoje srebrne trofeum. – Jest cięższe niż to z Tokio, jakby odzwierciedlało ogromną pracę włożoną w jego zdobycie – mówi. Za cztery lata w Los Angeles zamierza powalczyć o złoto. – W Paryżu byłam trzeci raz na paraigrzyskach, to zmienia perspektywę. Czułam presję. Mocno pracowałam, żeby medal zawisł na mojej szyi. Jestem z niego dumna, choć oczywiście to sukces całego mojego świetnego teamu.

Kornobys wspomina o trenerze Michale Mosoniu, psycholożce Karolinie Chlebosz i fizjoterapeutach. Wymienia skrupulatnie wszystkich. – Owszem, to mój start, ale składa się na niego praca wielu osób – powtarza.

Kamil Otowski był na paraigrzyskach po raz drugi, ale dopiero w Paryżu stanął na „pudle”. – Po czternastu latach ciężkiej pracy mogę chyba sam sobie powiedzieć „chapeau bas” – żartuje.

Sportowe okno

Kornobys wspomina początek drogi na olimpijskie szczyty: – Dzieciństwo spędziłam w domu dziecka. Sport był formą radzenia sobie z życiem w tym miejscu. Pamiętam, że miałam niecałe sześć lat i byłam jeszcze w pełni sprawna. Wystąpiłam w biegu narciarskim dla dzieci. Nie pamiętam, które zajęłam miejsce, ale razem z siostrą bliźniaczką dostałyśmy w nagrodę jaskrawożółte kombinezony. I potem cały tydzień w nich chodziłyśmy.

Gdy jako piętnastolatka miała wypadek na nartach i znalazła się na wózku, zapomniała o sporcie. – Przez pewien czas miałam w sobie upór i męczące pytanie: „dlaczego ja?”. Ale potem dostrzegłam, że ten wózek może dać też inne życie, że więcej zyskałam, niż straciłam. Ot, np. mam zawsze swoje siedzenie, nie muszę się o nie z kimś kłócić – śmieje się, dodając: – No i gdyby nie wózek, nie byłabym dziś w Paryżu i nie zdobyłabym medalu.

Zdaniem Kornobys warto patrzeć na świat pozytywnie. – Nie skupiać się na tym, czego nie mogę, ale na tym, co jestem w stanie zrobić. Wtedy moja głowa pracuje inaczej. Nie siedzę z pilotem przed telewizorem i nie użalam nad sobą – kwituje.

Dopiero w 2008 r. dowiedziała się, że jest coś takiego jak sport osób z niepełnosprawnościami. – Po mszy na stadionie w Jeleniej Górze zobaczyłam pokaz siatkówki na siedząco. To była niedziela, a ja już w poniedziałek byłam na pierwszym treningu. Zaraz później pojechałam na pierwsze zawody siatkarskie. Zaczęłam żyć na nowo – to wyciągało mnie z domu. I do ludzi – opowiada. – Widzę, jak sport mnie otworzył. Jak stałam się osobą komunikatywną, bardziej wesołą.

Przez pewien czas Kornobys uprawiała jednocześnie siatkówkę i lekkoatletykę, jednak potem zdecydowała się doskonalić wyłącznie w tej drugiej dyscyplinie – głównie w pchnięciu kulą. I, jak widać, jej wybór dał znakomite wyniki.

Lucyna Kornobys podczas ceremonii wręczenia medali w pchnięciu kulą kobiet. Igrzyska Paralimpijskie w Paryżu, 3 września 2024 r. // Fot. Alex Davidson / Getty Images

„Z maślanymi oczami”

Otowski choruje na wrodzoną neuropatię, skutkującą niedowładem czterokończynowym i zanikiem mięśni. Jest to choroba postępująca: w dzieciństwie Kamil mógł chodzić, jednak z czasem z coraz większym trudem, aż do momentu, gdy jako 15-latek zaczął poruszać się wyłącznie na specjalistycznym wózku.

– Twoi rodzice nie byli trochę nadopiekuńczy? – pytam Otowskiego. – Raczej tak – przyznaje. – Inaczej niż mój starszy o prawie 10 lat brat. On od małego uczył mnie zawsze samodzielności. Wiele razy kłóciliśmy się z tego powodu, ale on potrafił czasem, brzydko mówiąc, „warknąć” na babcię czy rodziców. Np. „dlaczego Kamil nie może odkurzać, tylko ciągle ja?”. Ale teraz jestem megawdzięczny bratu, że taki był. Dzisiaj nie daję sobie w wielu sytuacjach pomagać. Nawet jak nie mogę się pochylić, żeby samemu zasznurować buty, zawsze w końcu znajdę sposób, żeby to zrobić.

Otowski zaczął pływać w klubie, kiedy miał 10 lat. Wspomina: – Do pływania popchnął mnie mój rehabilitant. Z tego się wzięła największa przyjaźń mojego życia – jego syn Mateusz Żebrowski, który też zaczynał swoją karierę od pływania. Mój przyjaciel był ze mną teraz na paryskiej arenie, kiedy zdobyłem złoto. Padliśmy sobie w ramiona i po prostu się popłakaliśmy.

– Kiedy byłem chłopcem, mój rehabilitant zmuszał mnie do przynoszenia biletów z basenu i wręczył telefon do trenera, pana Zbyszka Sajkiewicza – opowiada dalej Kamil. – A ten, jak tylko zobaczył mnie w wodzie – pamiętam do dziś, że zrobiłem wtedy 16 basenów po 25 metrów – od razu zapytał moich rodziców, czy zgadzają się, żebym trzy razy w tygodniu dojeżdżał z Legionowa do Warszawy na treningi. Po dwóch latach jechałem już na mistrzostwa Polski. Z maślanymi oczami patrzyłem na te wszystkie tuzy naszego pływania, które z paraigrzysk w Londynie przywiozły złote medale. Tych największych, którzy mają ten charakter, mentalność zwycięzców.

Dzień jak co dzień

Oboje są bardzo aktywni poza uprawianiem sportu.

Lucyna Kornobys, od niedawna radna miejska Jeleniej Góry, wstaje zwykle o siódmej. Śniadanie, fizjoterapia, codziennie dwa treningi sportowe i dwa mentalne, czyli – jak tłumaczy – praca nad wyobrażaniem sobie, jak występuje się na arenie i co chce się osiągnąć.

– To jest praca z głową, by uwierzyć we własne możliwości. Nie jest to wcale proste, bo dużo osób z niepełnosprawnością ma zaniżone poczucie wartości. Nawet kiedy zdobyłam pierwszy medal w Rio, to do mnie nie docierało. Nie wierzyłam w siebie – mówi.

Kiedy ma sesje rady miejskiej (czasem 2-3 razy w tygodniu), na siłowni pojawia się już o świcie, żeby zdążyć na zebranie. A jeśli jest nieobecna z powodu zawodów – jak teraz – to ma wyrzuty sumienia. Przecież dostała kredyt zaufania od wyborców.

– W niedzielę mam spacer albo pływanie. Nie znoszę bezczynności – przyznaje.

Kamil Otowski codziennie ma dwa treningi w wodzie, poza tym siłownię i pracę z fizjoterapeutą, a także zajęcia z psychologiem i integrację w grupie parapływaków. – To bardzo ważne, żeby nie było zawiści, zazdrości między pływakami. Nie jest tak łatwo, bo wszyscy mamy silne charaktery – tłumaczy.

W zeszłym roku mistrz paraolimpijski obronił z wyróżnieniem dyplom magisterski z prawa w Akademii Leona Koźmińskiego. Po odbyciu aplikacji chce zostać notariuszem.

– Każdemu w karierze zdarzają się gorsze momenty. Czasem nie mogłem patrzeć na wodę. W okolicach osiemnastki przyjeżdżałem na basen, ale nie byłem w stanie wykonać zadań w odpowiednim czasie, więc robiliśmy tydzień przerwy. Ważna jest wyrozumiałość ze strony trenera – uważa parapływak. I dodaje: – Brat powiedział przed moim startem coś, czego nie zapomnę: „Słuchaj, czy przegrasz, czy wygrasz, i tak każdy doceni to, co robisz. Po prostu zrób to, co robisz zawsze na treningu”. I tak zdjął ze mnie wielki ciężar.

Nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie kontuzja czy kryzys. – Czasem trzeba się przemóc, żeby czwarte miejsce nie zaważyło o końcu naszej kariery. Parę razy sam to przeżyłem – wspomina.

Ostatni kryzys przyszedł z innej strony. Choć miał sportowo wspaniały początek roku, to zaraz potem doznał ciężkiego urazu. Cały jego świat się zawalił, a udział w igrzyskach w Paryżu stanął pod znakiem zapytania. Lekarz powiedział mu: „Panie Kamilu, zdecydujemy, co z panem się będzie działo, w połowie lipca”. – Na co ja: „przecież zaraz mam igrzyska!” – wspomina.

Na szczęście sportowiec trafił na wybitnego specjalistę, chirurga Pawła Dąbrowskiego z Warszawy. – Jestem mu niezmiernie wdzięczny. To będzie jedna z pierwszych osób, które odwiedzę po powrocie z Paryża – mówi paraolimpijczyk.

Pochwała cierpliwości

Lucyna Kornobys nie lubi, jak nazywa się ją bohaterką. Chciałaby, żeby ludzie patrzyli na nią z perspektywy pracy, treningów, zachowania. A nie jak na kogoś, kto ma „łzawą” historię do opowiedzenia.

– Niech media traktują nas jak pełnosprawnych sportowców – mówi. – Jak schrzaniliśmy start, piszcie o tym! Nie lubię, jak nam z góry wieszają na szyi medale, i to zanim przyjedziemy na igrzyska. Przecież w Polsce jest kilka tysięcy sportowców niepełnosprawnych. A na paraigrzyska dostało się raptem 84. Samo zakwalifikowanie się na nie jest wyczynem.

Kamil Otowski po części zgadza się ze starszą koleżanką. – Nazywanie nas bohaterami jest przesadą. Ale i tak wielu będzie w nas widzieć herosów, nie ma na to rady. Jeśli o mnie chodzi, sport dał mi bańkę normalności. Chcę być w tej bańce. Chcę też, byśmy byli inspiracją dla ludzkiej cierpliwości. To dzięki niej jestem dzisiaj mistrzem. Nie warto patrzeć na ludzi, którzy rzucają kłody pod nogi, ale warto otwierać się na tych, którzy są nam życzliwi. I tu przydaje się cierpliwość – konkluduje ze stoickim spokojem.

Polski know-how i syndrom wuefu

Polscy paraolimpijczycy od lat wypadają nieźle w klasyfikacjach medalowych, często lepiej niż nasi reprezentanci w klasycznych igrzyskach. Prezes Polskiego Komitetu Paralimpijskiego Łukasz Szeliga tłumaczy, że Polska ma dziś „fantastyczną infrastrukturę” do rozwoju sportu dla osób z niepełnosprawnościami (w tym centra przygotowań paraolimpijskich w Wiśle oraz „Mausz” koło Sulęczyna), ma też know-how, jak skutecznie rehabilitować ludzi przez sport. Jego zdaniem polscy fizjoterapeuci potrafią czasem rozwiązywać problemy zdrowotne, z którymi nie radzą sobie lekarze. Zresztą, polskie ośrodki odwiedzają sportowcy niepełnosprawni z innych krajów, nawet z Arabii Saudyjskiej.

Problem w tym, że osiągnięcia polskich paraolimpijczyków niekoniecznie przekładają się na uprawianie sportu przez uczennice i uczniów z niepełnosprawnościami. Bardzo często są oni po prostu zwalniani z udziału w lekcjach wychowania fizycznego. Dlatego Polski Komitet Paralimpijski przygotował pilotażowy projekt szkolenia nauczycieli WF tak, aby lekcje były dostępne dla wszystkich.

Lucyna Kornobys, zapalona społeczniczka, ma w tej kwestii własny pomysł. – Ja już od 2011 r. jeżdżę po szkołach na Dolnym Śląsku i pokazuję sport paraolimpijski. Najważniejsze, żeby przekonać mentalnie osobę z niepełnosprawnością, że nie musi siedzieć w domu. I że może mieć swoją pasję – mówi.

Kiedy przed laty pracowała jako urzędniczka w Jeleniej Górze, zorganizowała turniej siatkówki na siedząco, do którego zaprosiła jednocześnie samorządowców (np. urzędników ZUS czy pracowników skarbówki), a z drugiej – osoby z niepełnosprawnością.

– Chodziło mi o to, żeby urzędnicy, z którymi na co dzień mamy styczność, spędzili fajnie z nami czas i zobaczyli, że jesteśmy normalnymi ludźmi. Cieszę się, że ten turniej trwa do dzisiaj, choć już tam nie pracuję – opowiada.

Mistrz tu nie wjedzie

„Bohaterowie” paraolimpijscy mają całkiem prozaiczne problemy. Kamil Otowski, który trenuje w stolicy, uważa, że Warszawa jest dziś miastem dobrze przystosowanym dla osób na wózkach inwalidzkich.

Są jednak dotkliwe wyjątki. – Wciąż należę do Integracyjnego Klubu Sportowego warszawskiej AWF – opowiada. – Problem w tym, że parę lat już tam nie trenuję, bo po prostu nie jestem w stanie dostać się na pływalnię. Jest tam jeden bardzo duży schodek i potem pięć innych, a rampa  nie nadaje się de facto dla wózków inwalidzkich.

Jak mówi Kamil, sam kilkakrotnie interweniował u władz uczelni, żeby te zainstalowały odpowiedni podjazd. Do tej pory bez skutku. Pieczę nad historycznym obiektem AWF sprawuje konserwator zabytków, powołujący się na przepisy, które mają przeszkadzać w takiej modernizacji.

– Chciałbym znów trenować na „moim” ukochanym basenie, a nie jeździć po innych pływalniach. I przestać zastanawiać się, czy ochroniarz mnie ze schodów zrzuci, czy nie. Dlatego apeluję, aby drobny przepis nie stał na przeszkodzie, żeby zamontować tam zwykłą rampę, nawet blaszaną – oświadczył na konferencji w Paryżu dwukrotny złoty medalista paraolimpijski.

Apel miał jasnego adresata: obecnego tam wiceministra sportu i turystyki Ireneusza Rasia. Ten, wywołany do odpowiedzi, odparł, że „zorientuje się” w sprawie, choć, jego zdaniem, wykracza ona poza kompetencje ministra sportu.

Kamil Otowski kwituje z ironicznym uśmiechem: – Pan rektor AWF zapraszał mnie na inaugurację roku akademickiego. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie się pojawię, jak tylko będzie tam nowa rampa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Duma i uprzedzenia