We wtorek 4 listopada chwilę przed trzynastą przewodniczący Akademii Goncourtów Philippe Claudel stanął na schodach paryskiej restauracji Drouant i ogłosił werdykt jury: zdobywcą 123. Nagrody Goncourtów jest Laurent Mauvignier, którego monumentalna powieść „La maison vide” („Pusty dom”) już w pierwszej turze głosowania otrzymała sześć z dziesięciu głosów.
Wielkim przegranym rozgrywki jest znany polskim czytelnikom finalista, Emmanuel Carrère, którego „Kolkhoze” („Kołchoz”) był faworytem, a ostatecznie nie dostał żadnego głosu jury. Nie żeby pisarz go potrzebował – powieść o losach jego gruzińskiej matki i tak sprzedała się już w stu tysiącach egzemplarzy.
Zwycięstwo Laurenta Mauvigniera cieszy krytyków i czytelników – skromny, sympatyczny okularnik jest znacznie bardziej lubiany niż pewny siebie i nieco arogancki Carrère. Mauvignier ma co prawda na koncie już kilkanaście książek i uznanie krytyki (również zagranicznej – w 2023 r. był nominowany do Nagrody Bookera za mroczny thriller „Histoires de la nuit”; w przyszłym roku powieść tę wyda Czarne, w przekładzie Jacka Giszczaka).
Ale że urodził się w robotniczej rodzinie w Turenii, a mieszka w Tuluzie, trzyma się z dala od wsobnego paryskiego światka. W przeciwieństwie do Carrère’a nie dostał też żadnej z wielkich jesiennych nagród (Médicis, Femina etc.).
O czym opowiada książka wyróżniona Nagrodą Goncourtów
Na 744 stronach autor bada skomplikowaną rodzinną historię. W wywiadach opowiada o bagażu opowieści, czasem niespójnych i podkoloryzowanych, które dostał od matki. O samobójstwie ojca, ciotecznej babce pianistce i babci, której twarz wycinano z rodzinnych albumów.
Z tych faktów, uzupełnionych o grę wyobraźni, autor buduje wielopiętrową, epicką sagę, przedstawiając małą historię rodzinną na tle wielkiej historii Francji i Europy. Pisze o dawnych czasach, ale też o transgeneracyjnej traumie.
„W 1976 roku mój ojciec ponownie otworzył dom, który odziedziczył po swojej matce, a który przez dwadzieścia lat pozostawał zamknięty. W środku znajdowały się: fortepian, komoda z wyszczerbionym marmurem, order Legii Honorowej, zdjęcia, z których ktoś nożyczkami wyciął twarz. Dom pełen opowieści, w którym spotykają się dwie wojny światowe, życie na wsi w pierwszej połowie XX wieku, ale także Marguerite, moja babcia, jej matka Marie-Ernestine, matka Marie-Ernestine i liczni mężczyźni, którzy wokół nich grawitowali. Wszyscy oni odcisnęli swoje piętno na tym domu, ale stopniowo zostali wymazani z pamięci. Próbowałem przywrócić ich do życia, aby zrozumieć, jaka mogła być ich historia i jaki wpływ miała na naszą” – tak autor sam prezentuje książkę na stronie wydawcy.
Na pierwszy rzut oka powieść przytłacza ogromem – cegła, w której zdania ciągną się czasem przez kilka stron, wielowątkowe śledztwo rodzinne. Czytelnicy i krytycy zgodnie twierdzą jednak, że historia wciąga, a czyta się ją jednym tchem. I że choć właściwie dotyczy rodziny Mauvignierów, łatwo identyfikować się z narratorem. No bo kto nie ma w rodzinnym albumie tajemnic i pustych miejsc?
Tymczasem Laurent Mauvignier odebrał symboliczny czek na dziesięć euro, francuscy księgarze nakładają na jego książkę czerwoną opaskę i liczą na dobry utarg. Powieści laureatów Goncourtów osiągają zwykle około półmilionowe nakłady. I obok najnowszego Asteriksa to one najczęściej lądują pod choinką.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















