Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dokręcanie śruby

Dokręcanie śruby

27.02.2012
Czyta się kilka minut
Magdalena Tulli, „Włoskie szpilki” - To nie jest literatura, która wali na odlew, to jest pisarstwo, które pozwala pracować aluzji, uruchamia niedopowiedzenie, dyskretnie operuje emocjami. Ale jak to boli!
M

Mam słabość do autorów publikujących rzadko. Nie dlatego, bym uważał, że ogłaszanie nowych książek w regularnych rocznych od-stępach wiąże się z pisaniem rzeczy słabszych. A jednak tak się ostatnio składa, że najciekawszą artystycznie prozę dają pisarze bardziej powściągliwi. Choćby Marek Bieńczyk, autor świetnej „Książki twarzy”, czy Magdalena Tulli, która na swój kolejny tekst prozatorski kazała czekać pięć lat.

Warto jednak było trochę za pisarstwem autorki „Trybów” potęsknić, bo jej najnowsza książka to literatura co się zowie – przemyślana, sugestywna, świetnie zrobiona, napisana wyważoną, a jednak mocną frazą. Jednym słowem – magnetyczna wręcz proza.

„Włoskie szpilki” to sześć niezbyt obszernych opowiadań. Można je czytać osobno, choć przenikają się dość ściśle, nawleczone na zszywający wszystko ścieg opowieści rodzinnej. Poprzednie książki Magdaleny Tulli – zwłaszcza „W czerwieni” – zawierały wariacje na temat sagi; tym razem jest jednak nieco inaczej. Nowa proza autorki „Skazy” jest bowiem dużo mniej „literacka”, to znaczy – nie tak mocno zapośredniczona w innych tekstach. Więcej tu konkretu, świetnie uchwyconego szczegółu, zimnego uścisku rzeczywistości. Najważniejszym kontekstem nie jest już, jak bywało do tej pory, pisarstwo, powiedzmy, Brunona Schulza czy Itala Calvino, ale powojenna Polska z całą jej szarzyzną, zaściankowością i – nie da się o tym, czytając „Włoskie szpilki”, zapomnieć – opresywnością.

Centralnymi postaciami są tu dziewczynka i jej matka, które powracają w kolejnych opowiadaniach tomu. Na ich skomplikowanej relacji rozpięte są te niezwykle skrupulatnie skonstruowane teksty. Najlepszym ich opisem jest być może tytuł jednego z opowiadań – „niezgodność brzmień”. Dysharmonie, dysonanse czy kontrasty – by trzymać się metaforyki muzycznej – są tu bowiem wszechobecne. Dziewczynka już od dzieciństwa żyje w świecie dychotomii, wyznaczanej przez rodziców, którzy pochodzą z kosmicznie odległych światów: ojciec jest Włochem, matka – Polką.

Kłopoty dziewczynki rozpoczynają się niewinnie, od pomieszania języków. „Dwa komplety słów” są znakami dwóch światów, między którymi nieustannie tkwi narratorka. Z jednej strony włoska otwartość i bezpretensjonalność, z drugiej – polska nieufność i malkontenctwo, z jednej strony pokolenie dziadków, z drugiej – pokolenie rodziców, w końcu – z jednej strony matka, z drugiej – ojciec bohaterki. W tym rodzącym coraz większą obcość rozwidleniu dziew-czynka tkwi od najmłodszych lat. W przedszkolu i szkole jest wyśmiewana, popychana, separowana. To tutaj – w bezlitosnych zachowaniach dzieci, w cynicznym upokarzeniu, do jakiego zdolne bywają koleżanki z klasy – rozpoczyna się opowieść o różnych rodzajach wyobcowania, którą narratorka konsekwentnie rozwija we wszystkich opowiadaniach zbioru.

Jednym z najważniejszych wątków nowej prozy Tulli jest relacja narratorki z matką, przebywającą w swoim – całkowicie osobnym – świecie. Świecie, w którym dla córki miejsca nie ma. Dla niej, zagubionej dziewczynki, matka jest tylko widzianą z daleka postacią, którą próbuje przytulić, złapać za rękę. Bez-skutecznie: „nie życzyła sobie akurat tego, czego nie sposób było jej oszczędzić. Nie życzyła sobie być dotykana: dzieci zawsze mają lepkie ręce. Nie życzyła sobie kłopotów. A ja byłam fabryką kłopotów. Nie życzyła sobie mojego towarzystwa. Ani mojej miłości”. Dramat niekochanego dziecka szkicuje autorka przejmująco – dyskretną, lecz rozdzierająco przenikliwą kreską. Nie ma tu scen okrucieństwa, jest natomiast umiejętnie pokazywany splot codziennych nieporozumień, narastających przez lata lęków, wzajemnych pretensji, rodzinnych fobii.

„Włoskie szpilki” to nie jest literatura, która wali na odlew, to jest pisarstwo, które pozwala pracować aluzji, uruchamia niedopowiedzenie, dyskretnie operuje emocjami. Ale jak to boli! Tulli jest mistrzynią w demaskowaniu tych uczuć, o których chcielibyśmy zapomnieć, tych ran, które otwierają się najszerzej i krwawią najdłużej, ponieważ zadają nam je najbliżsi. Najchętniej wyparlibyśmy je z naszej świadomości, wymazali z pamięci. Autorka „Snów i kamieni” dowodzi jednak, że od przeszłości ucieczki nie ma. Główna bohaterka do zapominania miałaby wiele – rozbłyski obrazów z przeszłości ukazują jej samotność, upokorzenia, poczucie winy, brak miłości, wstyd. I jeszcze Auschwitz, w którym była matka, i jeszcze wiele innych spraw, całe to dziedzictwo, które bywa dla nas przekleństwem, ale i najbardziej własnym, najgłębszym budulcem naszej tożsamości. Trudno się z nim zmagać, ale jeszcze trudniej się go wyrzec.

To nieusuwalne znamię powstaje nie tylko w sprywatyzowanej przestrzeni relacji rodzinnych. Rodzi się także w gąszczu zależności społecznych i rozstrzy-gnięć historycznych. Stąd we „Włoskich szpilkach” idiomatyczna historia głównej bohaterki osadzona jest mocno w krajobrazie powojennej Polski. Tę zaś kochać trudno, zwłaszcza jeśli na wakacje jeździ się do Mediolanu, który od sierioznej Warszawy dzieli przepaść bezdenna. Rzecz jednak nie w ładnie podanej kawie ze śmietanką i dobrych perfumach, których próżno szukać było wtedy – po wojnie, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych – nad Wisłą. Rzecz w tym, że nieznośny ciężar życia w Peerelu potęgował samotność, że klinczował drogi jakiegokolwiek porozumienia.

Włosi byli cali z nadziei, my o beznadziei wiedzieliśmy wszystko. Oni zajmowali się romansami i falowaniem giełd, my „prawdziwym życiem”, które swą szlachetność budowało na braku niepodległości. Oni mieli wolny wybór, my uczestniczyliśmy w rzeczywistości obowiązkowo i bez prawa odwrotu. Chyba że – jak w kończącym tom opowiadaniu „Ucieczka lisów” – pojawiła się szansa wyjazdu, ale i on nie gwarantował uwolnienia od ciężaru związanego z opresywnością rodzinną i historyczną. Dlatego bohaterka prozy Tulli przeszłość i rodzinę widzi pod postacią chmury czarnego dymu: „Tylko połowa mojej rodziny płynie w tej chmurze, myślę z gniewem. Tylko połowa. Druga połowa żyje przecież z lekkim sercem w pięknym świecie leksykonu Palazziego”. Opresje osobiste splatają się tu ze wspólnotowymi, tworząc mętną i paraliżującą „normalne” życie sieć.

A jednak przeczytawszy „Włoskie szpilki” pomyślałem najpierw o „Świetle obrazu” Rolanda Barthesa. Zapewne dlatego, że książka francuskiego krytyka to w gruncie rzeczy również opowieść o matce, utracie i nieuchwytnym powidoku rzeczywistości, którego figurą jest fotografia. Być może „Włoskie szpilki” są przede wszystkim powieścią o niemożliwości powrotu do siebie sprzed lat, o nostalgii za „życiem prawdziwym”, za tym, co jest „na początku, zanim rzeczy zdążą się skomplikować” i „choćby przez krótką chwilę mają w sobie pierwotną nieskalaną czystość, za którą potem tęskni się przez całe życie”.

Jednak supłów splątanych w przeszłości łatwo rozplątać się nie da – „nieokreślony rys obcości”, który wdarł się między matkę i dziewczynkę, okazał się nieusuwalny. W jednym z najlepszych opowiadań tomu („Klucz”) narratorka chciałaby dziewczynkę – siebie samą z przeszłości – uspokoić i pocieszyć. Nie potrafi jednak tego zrobić. Jak znaleźć słowa, które opowiedziałaby o przeszłości, o minionym w świecie, o dramatach, które – rozegrawszy się tak dawno – zdeterminowały jej życie? Nie mamy przecież dostępu do siebie sprzed lat, do historii naszych rodzin i naszych krajów. Albo inaczej – nie potrafimy w sposób adekwatny ich opowiedzieć, nie umiemy dotrzeć do tego, co jest poza słowami, a co jest w istocie naszym, przenoszonym z pokolenia na pokolenie, doświadczeniem. Dysponujemy tylko interpretacjami, pamięcią, rekonstrukcją. „Druga strona” – to, co przed nami ukryte – dosięgnąć się nie pozwala.

„I żyję złudzeniem, że wystarczy oczyścić powierzchnię obrazu – pisze Barthes – żeby móc dotrzeć do tego, co jest poza nim. A badanie polegałoby na odwróceniu zdjęcia, wejściu w warstwę papieru, osiągnięciu jego drugiej strony (to, co ukryte, jest dla nas, ludzi Zachodu, »prawdziwsze« niż to, co jest widoczne). Niestety, mogę sobie tak badać – nie odkrywam nic. Jeśli wykonuję powiększenie, osiągam tylko powiększenie ziarna: naruszam obraz, wydobywając jego tworzywo. Jeśli zaś nie powiększam, jeśli zadowalam się oglądaniem, osiągam tylko jedyną wiedzę, posiadaną przecież od zawsze, od pierwszego spojrzenia: że to rzeczywiście istniało. Dokręcanie śruby nie dało nic”.

Tak, Magdalena Tulli również pozbawia nas złudzeń: dokręcanie śruby jest bezowocne, oczyszczanie „powierzchni obrazu” niczego na dłuższą metę nie przynosi, a to, co najistotniejsze, spod usidlającej władzy słów ciągle się wyłamuje. Pozostaje natomiast w naszych krwiobiegach, emocjach, „czarnych wo-dach” naszych osobowości. W kołataniu serca, w suchym trzasku uderzenia w twarz, w zapachu przypalonego mleka i zimnym smrodzie lizolu, w zbyt dłu-gich wieczorach, spędzanych w osiedlowej bibliotece, i w chłodnej pustce błękitnego spojrzenia matki, słowem – w tym wszystkim, co przydarzyło się boha-terce „Włoskich szpilek” i co przydarza się czasami także i nam.

By jednak o takich i innych doświadczeniach coś sensownego powiedzieć, trzeba nieustannie – mimo świadomości klęski – czyścić powierzchnię obrazu i dokręcać śrubę. Najlepiej robić to tak, jak Magdalena Tulli – chłodnym, pięknym idiomem mówić o rzeczach najważniejszych. Rzadka to, niezwykle rzadka umiejętność.

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki Warszawa 2011, Nisza.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]