Jest coś zarazem osobliwego i typowego w uporze, z jakim Joe Biden trwa przy swoim. Nikt przecież, kto oglądał osławioną debatę prezydencką, nikt, kto w ostatnich miesiącach śledził inne jego wystąpienia, nie ma dziś raczej wątpliwości, że najrozsądniejszym krokiem byłaby rezygnacja z wyścigu o prezydenturę. Tymczasem Biden powtarza, że wszystko jest w porządku, czuje się znakomicie i tak też sobie przez kolejne cztery lata w Białym Domu poradzi. W retorycznym starciu z Trumpem, owszem, wypadł odrobinę słabiej, ale tylko dlatego, że „miał straszną noc”. Poza tym – jak stwierdził w wywiadzie przeprowadzonym dla ABC News przez George’a Stephanopoulosa – Trump nieustannie kłamał, a do tego krzyczał. I ten krzyk właśnie sprawił, że się Biden trochę pogubił.
Tyle że Trump wcale nie krzyczał. Wręcz przeciwnie, zachowywał się (jak na siebie) wyjątkowo spokojnie, co jeszcze podkreślało nieporadność jego oponenta. Ale Biden szedł w wywiadzie ze Stephanopoulusem w zaparte. Z jednej strony podkreślał, że bierze odpowiedzialność za każde niepowodzenie, z drugiej co i rusz wynajdował dla siebie kolejne usprawiedliwienia. W międzyczasie natomiast podkreślał, jak dzielnym i twardym jest facetem, jak to nigdy nie przegrywa i jak tylko sam Bóg wszechmogący mógłby wycofać go z udziału w wyborach. A że mnóstwo ludzi wzywa go dzisiaj do wycofania? Co z tego, oni wszyscy są w błędzie. A gdyby cały jego gabinet się zebrał i poprosił, żeby odszedł? Nie ma takiej możliwości, nic takiego nigdy się nie wydarzy. Jestem najlepszy, jestem najlepszy, tylko ja się nadaję do tej pracy, każdy, kto uważa inaczej, opowiada głupoty – tak by można podsumować aktualny przekaz medialny Bidena.
Cóż, za człowieka o – mówiąc delikatnie – nierealistycznej samoocenie, infantylnego, zapatrzonego w siebie i przekonanego bezwzględnie o własnej racji przywykliśmy dotąd uważać Trumpa. Czy jednak nie okazuje się właśnie, że i jego rywal posiada podobne cechy? W czasach gargantuicznej polaryzacji zazwyczaj dostrzega się wady wyłącznie u przeciwników, u swoich zaś widzi się same zalety. Ale czy w tym przypadku nawet i to zakrzywienie poznawcze nie przestaje powoli działać? A może raczej pracuje tu opisywany przez René Girarda mechanizm rywalizacji mimetycznej? Strony pogrążone w konflikcie – uważał Girard – w sposób bezwiedny, dla samych siebie niewidoczny, upodabniają się do siebie, a tym, co je najmocniej ujednolica, jest pragnienie tego samego. To zjawisko dostrzegalne na każdym szczeblu życia indywidualnego i zbiorowego, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą władza i prestiż. Stosując ten klucz interpretacyjny, można lepiej zrozumieć nie tylko historię własnych konfliktów, ale również np. najnowsze dzieje polskiej polityki. Jeśli więc kogoś dziwi, że ekipa, która wcześniej krytykowała inną ekipę, zaczyna po dojściu do władzy robić mniej więcej to samo – znajdzie wytłumaczenie tego fenomenu właśnie w teoriach autora „Kozła ofiarnego”.
Ale może chodzi tu jeszcze o coś innego? Np. o tę charakterystyczną amerykańską mitologię twardego, niezłomnego bohatera, który samą tylko żelazną siłą woli przekracza kolejne granice, wygrywa każdą wojnę, zdobywa każdą fortecę? I o współczesną narcystyczną kulturę, która wmawia nam, że czas nie płynie, chwała nie przemija, ludzie się nie starzeją, nie chorują i nie umierają? A chociaż wydawało się nam do tej pory, że nosicielem tej mitologii jest Trump, to w ostatnich miesiącach przekonujemy się, że pod jej przemożnym wpływem znajduje się także Biden?
Niestety, każda taka mitologia, każda iluzja prędzej czy później rozbija się o twardy grunt rzeczywistości. M.in. dlatego tak niebezpieczne są piętrzące się dookoła zwały teorii spiskowych, populizmów, pseudonauki i pseudoduchowości. Z pozoru różne niemal we wszystkim, spotykają się w jednym punkcie: zaprzeczeniu temu, co realne. Biden, powtarzający „jestem najlepszy” niczym zaklęcie, sprawia wrażenie człowieka, który tak zapamiętał się w negacji realiów, że ignoruje wszelkie docierające do niego z zewnątrz sygnały.
To także istotny aspekt tej sytuacji. Sondaże nie są dlań korzystne, opinia publiczna natomiast – w tym znaczna część jego otoczenia politycznego i zwolenników w mediach – daje mu do zrozumienia, że sprawy nie idą w dobrą stronę. On jednak wszystko to odrzuca. Mówiąc najoględniej, taka postawa nie kojarzy się z nobliwym wiekiem i powagą urzędu, lecz raczej z dziecięcą upartością i odpornością na racjonalne myślenie.
Oczywiście, istnieje możliwość, że te nadchodzące wybory Biden jednak wygra, a potem przez kolejne cztery lata będzie sobie świetnie radził na stanowisku prezydenta USA. Znacznie bardziej prawdopodobne jest jednak, że rzeczywistość zweryfikuje jego wyobrażenia. Oby się ta weryfikacja okazała jak najmniej bolesna dla samego Bidena, a także dla nas, którzy od tego, co się stanie, pośrednio i bezpośrednio zależymy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















