Priscella Gazda ze stanu Wisconsin jeszcze przed debatą przyznała, że niechętnie śledzi to, co dzieje się w polityce. Jak twierdzi, wszyscy politycy są ulepieni z tej samej gliny i nie należy im ufać. Dlatego, jak się zarzekała, starcia Biden vs. Trump oglądać nie będzie. I tak rozważa tylko dwie opcje: albo na wybory nie pójdzie, albo zagłosuje na Donalda Trumpa. Jak tłumaczy, republikanin urzekł ją tym, że w 2020 r. w trakcie kampanii o reelekcję odwiedził jej rodzinną Kenoshę, gdzie wybuchły gwałtowne, antyrasistowskie zamieszki.
Były prezydent, jak uważa Priscella, jest też do dziś przede wszystkim biznesmenem, a nie politykiem. – Mógłby być tylko mniejszym egocentrykiem i narcyzem – kwituje kelnerka z Wisconsin, jednego z kluczowych stanów w walce o Biały Dom.
Właśnie o poparcie takich jak ona – niezdecydowanych, którzy według sondaży na tym etapie kampanii stanowią jeszcze około 20 proc. elektoratu – Biden i Trump zabiegali w czwartkowy wieczór. W trakcie debaty zorganizowanej w studiu CNN w Atlancie odpowiadali na pytania dotyczące ważnych kwestii dla Amerykanów: m.in. gospodarki, napływu imigrantów na granicę USA–Meksyk, dostępu do aborcji i polityki zagranicznej. Trump w swoim stylu unikał odpowiedzi na trudne pytania i zwyczajnie kłamał – np. twierdząc, że Biden chce czterokrotnie podwyższyć podatki, a wybory prezydenckie w 2020 r. zostały sfałszowane.
Były prezydent był jednak mniej ofensywny niż cztery lata temu, gdy podczas debat notorycznie przerywał rywalowi. Według komentatorów tym razem bardziej się pilnował, bo nie chciał odstraszyć umiarkowanych wyborców.
Z kolei 81-letni Biden nie zdołał rozwiać obaw dotyczących jego zdolności do rządzenia krajem. Zachrypnięty (sztabowcy mówią, że był przeziębiony) wielokrotnie gubił wątek, mylił się i zacinał, przez co przyćmił swoje mocne momenty w debacie. Wykorzystał to o trzy lata młodszy Trump, szydząc: „Naprawdę nie wiem, co powiedział na końcu zdania. On chyba sam nie wie” – drwił polityk, który sam na czerwcowym wiecu w Detroit przekręcił nazwisko swojego lekarza z czasów prezydentury. Strzelił gafę tuż po wezwaniu rywala do przejścia testu oceniającego zdolności poznawcze.
Jednak to Trump wygrał czwartkowy wieczór: przynajmniej tak uważa 67 proc. respondentów oglądających debatę w CNN. Niewiele mniej, bo 57 proc. przyznało, że wątpi w dalszą gotowość Bidena do pełnienia urzędu. Kiepskie wystąpienie prezydenta podsyciło na nowo dywagacje, czy nie powinien zrezygnować z walki o Biały Dom. Wówczas o wyborze jego następcy zdecydowaliby delegaci na sierpniowej konwencji Demokratów. To jednak na tym etapie kampanii byłoby ryzykownym ruchem.
Nie pójdę głosować
– To absolutne upokorzenie dla Ameryki – ocenia na gorąco w rozmowie z „Tygodnikiem” Mary Vevang Anderson z Minneapolis. – Byłam zszokowana patrząc na Bidena: był blady i nieobecny, jakby tracił siły witalne na antenie. Zaczynam się wręcz zastanawiać, czy Demokraci nie ukartowali tego, żeby źle wypadł, bo to ułatwiłoby im wystawienie innego kandydata – spekuluje Mary, narzekając, że jej zdaniem podczas debaty zabrakło merytorycznej dyskusji, szczególnie na tematy gospodarcze.
– Trump wyglądał na nieprzygotowanego i jak zwykle kłamał. To zwyczajny bandyta, który robi wszystko, by wygrać i dzięki temu uniknąć więzienia! – wścieka się Mary, mówiąc o polityku skazanym pod koniec maja w postępowaniu karnym. Zarzeka się, że nie powtórzy błędu z 2016 r., gdy poparła go, bo uwierzyła, że rozkręci amerykańską gospodarkę. – Obaj kandydaci są dla mnie nie do zaakceptowania. Nie pociągną Ameryki w dobrą stronę – ocenia Mary, z którą po raz pierwszy rozmawiałam jesienią zeszłego roku. Wtedy jeszcze łudziła się, że któryś z nich odpadnie z prawyborczego wyścigu. Dziś deklaruje, że odpuści sobie pójście na wybory.
Mniejsze zło
Taki scenariusz wyklucza z kolei Rosie Alumbaugh. Rekwizytorka w jednym z bostońskich teatrów chce wypełnić obywatelski obowiązek i w najgorszym wypadku – jak mówi „Tygodnikowi” – zagłosuje na kandydata niezależnego, Roberta F. Kennedy’ego Jr. Bratanek zamordowanego w 1963 r. prezydenta USA znany jest głównie z szerzenia antyszczepionkowych teorii spiskowych. Do udziału w debacie nawet nie zakwalifikował się z przyczyn formalnych.
– Czasem łudzę się jeszcze, że nagle z kapelusza wyskoczy inny kandydat niezależny. Ale na razie wiem jedno: na Bidena nie zagłosuję – zarzeka się Rosie, której podczas czwartkowej debaty zabrakło zdecydowanego stanowiska demokraty wobec Izraela i jego wojny z Hamasem. Rosie rozczarowana jest też bidenowską polityką gospodarczą: – Zarabiam tylko 25 dolarów na godzinę. Jeszcze cztery lata temu to byłyby dobre zarobki, ale dziś takie stawki nie nadążają za inflacją. Haruję po 50-60 godzin tygodniowo i nie czuję, że amerykańska gospodarka ma się dobrze – wścieka się Rosie, która debatę śledziła w pracy, podczas wieczornej próby teatralnej.
Jak zaznacza, niektórzy jej współpracownicy są równie rozczarowani poziomem telewizyjnego starcia. Są jednak bardziej zdeterminowani, by zacisnąć zęby i głosować na prezydenta USA – wszystko po to, by nie dopuścić Trumpa do władzy.
– Nawet moi rodzice, republikanie, byli zdegustowani, że w debacie bierze udział człowiek z wyrokiem skazującym na koncie. I na dodatek jeszcze kłamał na antenie. To kompromitacja dla Ameryki – ocenia Rosie.
Po prostu się boję
Do głosowania przeciwko Trumpowi zachęcać nie trzeba Dorothy Weaver, emerytowanej nauczycielki z Mobile w Alabamie. – Jako kobieta i Afroamerykanka nie wyobrażam sobie powrotu tego rasisty i kłamcy do Białego Domu. Nasza demokracja tego nie wytrzyma! – przekonuje mnie Dorothy, która deklarując poparcie dla Bidena, bez względu na wszystko, ma też jeszcze inny, ważny powód.
Boi się, że Trump w przypadku dojścia do władzy wprowadzi cięcia w programie ubezpieczeń zdrowotnych dla seniorów Medicare. To dla Dorothy mogłoby być dotkliwe w skutkach, bo jako pacjentka z przewlekłą chorobą nerek kilka razy w tygodniu korzysta z dializ. Kobieta wspomina, że w czasie prezydentury Trump chciał odchudzić budżet programu, promując wykonywanie dializ w warunkach domowych. A tego za wszelką cenę Dorothy chce uniknąć.
– Po dwóch latach robienia zabiegów w domu dostałam zapalenia otrzewnej. Spędziłam w szpitalu cztery miesiące, z czego dwa tygodnie na oddziale intensywnej terapii. O mało nie umarłam. Trump nie może wrócić do Białego Domu – przekonuje Dorothy.
W Alabamie taka motywacja wyborcza nie zaważy o przebiegu wyścigu – w tym tradycyjnie republikańskim stanie i tak wygra Donald Trump. Inaczej sprawa ma się w stanach kluczowych, w tym w sąsiedniej Georgii, gdzie właśnie odbyła się debata prezydencka. Kilka dni wcześniej amerykańska telewizja PBS dotarła do mieszkańców przedmieść Atlanty, stolicy Georgii, którzy zachodzili w głowę, na kogo mają głosować. Ciekawe, czy w ten czwartkowy wieczór któryś z kandydatów jednak ich przekonał.
Autorka jest dziennikarką „Press”
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















