Czym zastąpić WIBOR?

W ciągu kilku tygodni powinniśmy poznać następcę wskaźnika WIBOR, który dziś wyznacza oprocentowanie kredytów i lokat milionów Polaków.
Czyta się kilka minut
Fot. Arkadiusz Ziółek / East News
Fot. Arkadiusz Ziółek / East News

Wydawało się, że sprawa jest przesądzona i WIBOR, na podstawie którego banki w Polsce kształtują oprocentowanie kredytów oraz lokat, ma już wybranego następcę. Jesienią 2022 r. Narodowa Grupa Robocza – powołane właśnie w tym celu kolegium bankowców, przedstawicieli sektora finansowego oraz ludzi oddelegowanych przez rząd i państwowe instytucje kontrolne – zdecydowała, że do 2025 r. miejsce WIBOR-u w polskim systemie bankowym zajmie wskaźnik WIRON. 

Teraz Komitet Sterujący Narodowej Grupy Roboczej poinformował jednak, że od nowa rozpoczyna konsultacje w sprawie wyboru nowego indeksu stopy procentowej dla polskiego sektora kredytowego. Jak wynika z informacji serwisu Business Insider, wniosek w tej sprawie jeszcze w kwietniu złożyło Ministerstwo Finansów, które zaapelowało do NGR o ponowne przeanalizowanie wad i zalet wszystkich możliwych rozwiązań. Prezes Związku Banków Polskich otwarcie zaś przyznaje, że WIRON jako następca WIBOR-u budzi spore zastrzeżenia branży.

WIBOR i WIRON: co jest czym?

Najwyższy czas przedstawić bliżej obu głównych bohaterów. WIBOR to w dużym uproszczeniu koszt pieniądza na rynku międzybankowym. Na jego wysokość główny wpływ mają stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego, ale WIBOR jest od nich nieco wyższy – i to dopiero on stanowi punkt odniesienia przy wycenie kosztów kredytów bankowych oraz oprocentowania lokat. Aktualnie stopa referencyjna NBP wynosi 5,75 proc., zaś WIBOR 3M, czyli wskaźnik pokazujący, za ile banki gotowe byłyby pożyczyć sobie kapitał na trzy miesiące – 5,85 proc.

WIRON to z kolei stawka, na której wysokość wpływa nie tylko wysokość oprocentowania depozytów banków (przy jego szacowaniu uwzględnia się dane z dziewięciu największych graczy tej branży), ale także depozyty gotówkowe dużych przedsiębiorstw, towarzystw ubezpieczeniowych, funduszy inwestycyjnych, otwartych funduszy emerytalnych, a nawet wielkich firm spoza sektora finansów, które jednak obracają na co dzień wielkimi sumami. Innymi słowy WIRON mierzy koszt depozytów na znacznie większym rynku niż WIBOR, którym posługują się jedynie banki. To między innymi miało przemawiać za tym, aby właśnie WIRON-em zastąpić kwestionowaną coraz częściej stawkę WIBOR.

Relikt minionej epoki

Przypomnijmy – po serii bezprecedensowo szybkich podwyżek stóp procentowych, które w kilkanaście miesięcy wzrosły z niemal zera do aż 6,75 proc., tysiące polskich kredytobiorców, którzy zapożyczyli się na mieszkanie w czasach bardzo taniego kredytu, musiały zmierzyć się także ze skokowym wzrostem wysokości rat. W niektórych przypadkach kwota comiesięcznego zobowiązania wobec banku wzrosła przeszło dwukrotnie.

Część posiadaczy kredytów złotowych dopatrzyła się w tej sytuacji analogii do problemów, z jakimi wcześniej zmagali się frankowicze – i również podjęła próbę podważenia umów kredytu przed sądem. W przypadku kredytów frankowych istotą sporu z bankami były klauzule indeksujące wysokość zobowiązań o kurs szwajcarskiej waluty, który banki mogły ustalać sobie w zasadzie arbitralnie. Za namową prawników posiadacze hipotek złotowych zaczęli kwestionować sposób szacowania stawki WIBOR, dostrzegając w niej równie toksyczny składnik umowy kredytowej. 

Wysokość stawek WIBOR podaje wprawdzie niezależna spółka GPW Benchmark, ale robi to na podstawie danych z samych banków, a te nie zawsze podają jej informacje o oprocentowaniu rzeczywistych transakcji. Powód? Przy gigantycznej nadpodaży pieniądza na rynku coraz rzadziej zdarza się, że muszą pożyczać od siebie nawzajem kapitał dla finansowania bieżącej działalności. Bywają miesiące, kiedy liczbę takich transakcji można policzyć na palcach jednej ręki. Wówczas miejsce prawdziwych transakcji zajmuje tzw. kwotowanie, czyli w uproszczeniu szacowanie, po ile banki gotowe byłyby sobie pożyczać, gdyby musiały.

Toksyczny jak franki?

WIBOR jest reliktem czasów, kiedy banki żyły wyłącznie z obracania gotówką zdeponowaną przez klientów. Ten, któremu w danym dniu brakowało pieniędzy, choćby na bieżącą obsługę odsetek czy na kredyty, zaciągał u branżowych kolegów „chwilówkę”. Stawkę WIBOR ustalano każdego dnia, wyciągając średnią ze wszystkich takich transakcji, jedynie po odrzuceniu najdroższej i najtańszej. Kiedy na rynku rosła niepewność i pożyczki bankowe drożały, wskaźnik pozwalał przerzucać ten koszt na klientów.

Prawnicy reprezentujący posiadaczy kredytów złotowych podkreślają dziś przed sądami, że wskaźnik WIBOR w swej istocie jest więc łudząco podobny do klauzul indeksacyjnych wpisanych do umów frankowych. Jego wysokość sektor bankowy może – jak podnoszą przed sądami adwokaci – kształtować de facto do woli, bo przepisy każą jedynie utrzymywać go w widełkach, które wyznacza z jednej strony stopa depozytowa NBP, a z drugiej – stopa lombardowa. Przy ich aktualnych wysokościach oznacza to, że WIBOR może poruszać się w przedziale od 5,25 do 6,25 proc. – a klientowi, który podpisał w bankiem umowę kredytu o zmiennej stopie procentowej, pozostaje tylko przyjąć do wiadomości podwyżkę zarządzoną przez jego wierzyciela.

Raty bez ryzyka

Banki z kolei podnoszą, że WIBOR ma silne umocowanie w polskim prawie bankowym, a sposób jego kształtowania zaczął budzić wątpliwości kredytobiorców dopiero po gwałtownym wzroście stóp procentowych. Elastyczność samego wskaźnika ma przemawiać również na korzyść klientów, bo dzięki temu banki mogą rywalizować ze sobą na oferty kredytowe i lokaty (czy to robią – to już osobna kwestia). Na wszelki wypadek branża szuka jednak dla WIBOR-u zamiennika budzącego mniejsze kontrowersje i niosącego mniejsze ryzyko dla umów kredytowych w polskim złotym. Mowa o produktach bankowych wartych w sumie już ponad 9 bilionów złotych, czyli o trzykrotności PKB Polski. Gra toczy się więc o stawkę nieporównywalnie większą od kredytów frankowych, których w szczycie popularności tego rozwiązania udzielono na kwotę będącą równowartością tylko 8,2 proc. polskiego PKB. Gdyby umowy oparte na WIBOR-ze zaczęły upadać w sądach, kryzys faktycznie mógłby objąć nie tylko polski sektor bankowy, ale też całą polską gospodarkę.

Po skandalach z manipulacjami wskaźnikami zbudowanymi podobnie jak WIBOR (przed sądem udowodniono, że w latach 2006–2010 w Wielkiej Brytanii dochodziło do nielegalnego sterowania brytyjską stawką LIBOR) regulatorzy unijni zalecili krajom wspólnoty przejście na inne mechanizmy. Banki w Polsce się z tym jednak nie spieszyły i dopiero afera frankowa uzmysłowiła im, że sprawa nie może czekać. Teoretycznie branża nie ma powodów do obaw, bo większość spraw o unieważnienie umów indeksowanych WIBOR-em kończy się na razie wygraną banków; klienci najwyżej dostają w pierwszej instancji zabezpieczenia, które pozwalają im nie spłacać rat do prawomocnego zamknięcia sprawy. 

Problem w tym, że kilka lat temu niewiele przemawiało też za tym, że frankowicze będą na masową skalę skutecznie podważać w sądach umowy indeksowane kursem szwajcarskiej waluty. W nieoficjalnych rozmowach bankowcy przyznają więc, że napięcie rośnie – i że z tego właśnie powodu WIRON przestał być postrzegany jako bezpieczny zamiennik WIBOR-u. Branżę niepokoi zwłaszcza to, że wskaźnik mocno odstaje od stóp procentowych NBP.

Sankcja darmowego kredytu

Tymczasem afera frankowa sprawiła, że banki straciły w oczach polskich klientów wizerunek instytucji zaufania publicznego. Także kredyt przestaje być w Polsce zobowiązaniem honorowym, a staje się jeszcze jedną transakcją rynkową, z której warto wyciągnąć jak najwięcej zysków. Nastroje umiejętnie podsycają jeszcze kancelarie prawne, które zwietrzyły okazję do zysków, a przedmiotem ich zainteresowania coraz częścią są nie tylko umowy kredytów hipotecznych, zwykle konstruowane z dużą dbałością o detale. Tykającą bombą polskiej bankowości są umowy kredytów ratalnych i gotówkowych.

– W bankowych szafach może tkwić sporo trupów w postaci umów i regulaminów skleconych w sposób rażąco niekorzystny dla klienta – przyznaje były prezes dużego polskiego banku, proszący o niepodawanie jego nazwiska. – Ustawa o kredycie konsumenckim przewiduje tymczasem tzw. sankcję darmowego kredytu, czyli rodzaj kary dla banku, który niechlujnie skonstruuje umowę. Podważenie jednego punktu umowy skutkuje unieważnieniem całości i jeśli kwota zobowiązania nie przekroczyła 255 500 zł, klient może dostać pieniądze gratis.

Ustawa, jak zaznacza były bankowiec, ogranicza prawa konsumentów z tego tytułu do umów spłacanych regularnie lub spłaconych w ciągu 11 miesięcy od daty zgłoszenia roszczenia. Prawo do darmowego kredytu nie dotyczy też umów zabezpieczonych hipoteką. Ale dla banków marna to pociecha. Tylko w 2023 roku Polacy pożyczyli – jak podaje BIK – 63,9 mld zł na mieszkania i aż 73,8 mld zł w formie pożyczek gotówkowych.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”