Najważniejsze są nożyczki. Najlepsze modele, w skórzanym etui, często z uchwytem formowanym na podstawie odlewu dłoni przyszłego użytkownika, mogą kosztować nawet cztery tysiące euro. Nożyczek trzeba mieć kilka par, ale na szczęście porządne kupić można już za trzy-cztery tysiące złotych. Odpowiednio konserwowane, wytrzymają kilka sezonów, chyba że będzie się ich używać wyłącznie do cięcia na mokro. Na wilgotnych włosach ostrza szybko się tępią, a szarpani i szczypani klienci rozpowiadają potem naokoło, jak to u fryzjera o mały włos nie stracili uszu.
Zanim początkujący zrozumieją, że na nożyczkach oszczędzać nie warto, popełnią wiele innych, znacznie bardziej kosztownych błędów. Otworzyć zakład fryzjerski może w Polsce każdy, nawet ktoś, kto realia tej profesji oglądał dotychczas wyłącznie z fotela dla klienta. Kapitał? Za 20 tys. zł dotacji na start dla bezrobotnych poniżej 30. roku życia da się wyposażyć zakład praktycznie we wszystko, czego potrzeba na start. Może nawet wystarczy na miesiąc czy dwa czynszu i rachunki za prąd. Kiedy stanie się jasne, że własny salon nie był najlepszą odpowiedzią na życiowe problemy, zwykle jest już za późno.
W ciągu ostatnich czterech lat łączne zadłużenie podmiotów z branży fryzjerskiej i kosmetycznej odnotowane w Krajowym Rejestrze Długów wzrosło o 20 proc., do 45,6 mln zł. W bazie danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej widnieje już ponad 3,2 tys. dłużników prowadzących działalność gospodarczą z kodem PKD 96.02 Z – statystyczną wizytówką usług fryzjerskich i pozostałych zabiegów kosmetycznych. Na jednego, jak łatwo obliczyć, przypada po 14 tys. zł do oddania. Przy średniej polskiej cenie usługi fryzjerskiej na poziomie 95 zł to równowartość utargu od zaledwie 147 głów. Albo aż kilku miesięcy pracy – gdy wziąć pod uwagę częstotliwość wizyt klientów w wielu polskich salonach.
Raz na kwartał
W marcu br. w statystykach Głównego Urzędu Statystycznego widniały dokładnie 111 283 podmioty z branży kosmetycznej. Ile z nich zajmuje się wyłącznie fryzjerstwem, GUS nie wie. W dorocznym raporcie „Stan Sanitarny Kraju” Główny Inspektor Sanitarny podaje jednak, że na koniec 2022 r. (to najnowsze opracowane dane) w Polsce czynnych było 31 414 zakładów fryzjerskich oraz 8123 lokali, w których świadczono szerszy zakres usług kosmetycznych, m.in. pielęgnację włosów. Łącznie populacja Polski licząca 37,8 mln osób miała zatem do dyspozycji aż 39 537 miejsc, w których można coś przyciąć, podcieniować, podkręcić loki czy nałożyć farbę. Na jeden rodzimy zakład fryzjerski przypada statystycznie 955 klientów. W Niemczech – 1,7 tysiąca. W Wielkiej Brytanii – aż 3496.
Jednocześnie – jak pokazują dane Eurostatu – w usługach kosmetycznych i fryzjerskich pracuje w Polsce ok. 112 tys. osób, czyli zaledwie 0,7 proc. wszystkich czynnych zawodowo mieszkańców, co daje nam pod tym względem szóste miejsce od końca wśród wszystkich krajów UE. Wniosek? Nad Wisłą niemal wszystkie drogi prowadzą do jakiegoś zakładu fryzjerskiego lub salonu piękności, ale w większości pracuje tylko jedna osoba.
Na fryzjerskiej mapie Polski nie brak dziś miejsc, w których proporcja mistrzów cięcia i balejażu do klientów przybrała kształt niemal karykaturalny. Gubin nad Odrą. Ok. 16 tysięcy mieszkańców i 169 zakładów fryzjerskich. Osinów Dolny koło Cedyni. Niespełna 50 numerów i aż 30 salonów fryzjerskich. I tu, i w Gubinie klientela mówi jednak głównie po niemiecku.
W Grójcu pod Warszawą, zamieszkałym przez niespełna 17 tys. osób, za fenomenem blisko 120 podmiotów zarejestrowanych jako zakłady fryzjerskie i kosmetyczne stoi z kolei tutejszy zespół szkół branżowych, nadal szkolący w tym zawodzie zgodnie z tradycyjnymi wytycznymi cechu fryzjerów. Na jeden grójecki salon przypada statystycznie zaledwie 141,6 klienta. Gdyby każdy z nich odwiedzał fryzjera regularnie co miesiąc i zostawiał po każdej wizycie średnio 95 zł, miesięczny utarg zakładu oscylowałby na poziomie 13 tys. zł. Po odliczeniu kosztów działalności, opłaceniu podatków i składek na ZUS zostałaby z tego kwota bliska zarobkom w kasie hipermarketu.
Rzecz w tym, że przeciętny Polak – jak wynika z badania przeprowadzonego w 2018 r. na zlecenie firm Polwell i JBS Goldwell – nie bywa u fryzjera tak często. Najlepszymi klientkami są panie w przedziale wiekowym 41-55, które na wizytę umawiają się faktycznie co najmniej raz w miesiącu, podobnie jak kobiety powyżej 66. roku życia. Najrzadziej do salonów zaglądają osoby przed trzydziestką, które zazwyczaj udają się do fryzjera raz na kwartał. Polski boom na fryzjerstwo nie jest więc żwawą reakcją podaży na wzmożony popyt. Stanowi raczej rezultat skrajnie nietrafnego odczytania skali zapotrzebowania. A często również własnych kompetencji.
Balcerowicz zapuścił, rynek zetnie
– Miałem na stażu dziewczynę, która wykazywała rzadki antytalent do tej profesji – wspomina Rafał Łazar, krakowski fryzjer prowadzący własny salon od 25 lat. – Męczyliśmy się oboje: ja z nią, ona ze mną. W końcu spytałem, dlaczego uparła się na taką ścieżkę kariery. Odpowiedziała, że do wyboru miała jeszcze krawiectwo, a przecież nie będzie krawcową. Odparłem, że z taką motywacją długo w tym zawodzie się nie utrzyma. Nie wiem, co dzisiaj robi, ale zakładam, że raczej nie jest już fryzjerką. Przy konkurencji, jaką sami sobie stworzyliśmy, szansę na przetrwanie mają ci, którzy naprawdę lubią tę pracę i się na niej znają.
Rynek usług fryzjerskich w Polsce Łazar porównuje do kieliszka szampana na smukłej nóżce. Na powierzchni raz za razem pojawiają się nowe bąbelki zakładów, z których większość zniknie, zanim potencjalni klienci zdołają dowiedzieć się chociażby o ich istnieniu. Liczba salonów z dłuższą metryką jest odwrotnie proporcjonalna do stażu ich działalności – im starsze, tym mniej ich na rynku. I wreszcie nieco szersza podstawa kieliszka. Adresy, które na stałe wpisały się w mapę usług swoich miejscowości, już nie tak podatne na wahnięcia koniunktury, a nawet tąpnięcia pokroju pandemii. Jeszcze w 2019 r. GUS odnotowywał w statystyce PKD ponad 130 tys. podmiotów z branży kosmetycznej. W pięć lat ubyło ich ok. 20 tys. Kogo nie zabił lockdown, tego w 2022 r. dobiły ceny gazu i energii elektrycznej dla firm plus inflacja, która zmusiła klientów do oszczędności.
Krajowy rynek produktów i usług kosmetycznych, szacowany według firmy badawczej PMR na ok. 31 mld zł rocznie, zyska w tym roku na wartości 6,2 proc., ale za wzrostami stać będą przede wszystkim podwyżki cen produktów i usług. Popyt mierzony liczbą wizyt w salonach piękności, zakładach fryzjerskich i częstotliwością zakupów w drogeriach spadnie rok do roku o ok. 0,8 proc. Od kilku już lat klienci i klientki branży beauty wydają więcej na produkty do pielęgnacji domowej kosztem wizyt u specjalistów. Olbrzymia większość debiutantów w branży wskakuje jednak do niej bez choćby pobieżnego rozeznania sytuacji rynkowej, za to z głowami nabitymi opowieściami rodem z lat 90., kiedy cały kraj brał „sprawy w swoje ręce”. I z przekonaniem, że na swoje najłatwiej pójść, zakładając zakład fryzjerski.
– Kiedy jeszcze uczyłem zawodu – ciągnie Łazar – trafiali mi się kursanci, którzy trafili do tej branży właściwie z dnia na dzień, pod wpływem impulsu. Pamiętam policjanta znudzonego monotonią posterunkowej biurokracji. Była też pani z urzędu skarbowego, która pewnego dnia doszła do wniosku, że woli strzyc podatników przed lustrem. Kiedy pytałem, co pozwala im przypuszczać, że będą dobrymi fryzjerami, reagowali zdumieniem. A co w tym trudnego? – odpowiadali pytaniem.
Wiwat akademia
Po wejściu Polski do Unii sztywne cechowe reguły rządzące fryzjerskim rzemiosłem uległy rozpadowi i branża poszła, jak mówi Rafał Łazar, w komercję.
– Ja kształciłem się jeszcze pod koniec lat 90., czyli w czasach, kiedy obok pierwszych kursów komercyjnych, organizowanych przez zagraniczne firmy, równolegle funkcjonowało solidne szkolenie zawodowe. Zaczynało się od szkoły. Potem była praktyka czeladnicza, po której dopiero nabywało się prawa do samodzielnej pracy z klientem. Po paru latach można było przystąpić do trudnego egzaminu mistrzowskiego. Koledzy idący ścieżką cechową opowiadali o zadaniach, które wydawały się absurdalne, jak golenie brzytwą napompowanego balonu. Ale to solidnie weryfikowało umiejętności.
Obecnie miejsce cechowego systemu szkolenia zajęły niemal całkowicie kursy komercyjne, organizowane w formie tzw. akademii przez wielkie marki kosmetyczne. Rzecz w tym, że firmy nie szkolą w ten sposób wszechstronnych zawodowców, lecz ludzi, którzy potrafią doskonale posługiwać się ich produktami. Fryzjer po kursie z koloryzacji organizowanym przez markę X może sobie nie poradzić bez doszkolenia z takim samym zadaniem, do którego dostanie preparaty marki Y. W rezultacie w branży widać coraz większą specjalizację, która wpływa zbawiennie na jakość usług w dużych zakładach, gdzie w jednym miejscu pracuje czasem kilkunastu fryzjerów i każdy jest fachowcem w jednej dziedzinie. W małych klientom zdarza się za to trafić pod nóż kogoś, kto z palety fryzjerskich umiejętności zdążył opanować tylko część. Szkolenie do tego zawodu jest, wbrew pozorom, czasochłonne. Mistrz musi przecież pogodzić uczenie z zarabianiem na utrzymanie salonu. Bez gwarancji, że wyszkolony pracownik nie założy po drugiej stronie ulicy konkurencyjnego.
Debiutanci-dyletanci
Pani Jagna (w tekście nie chce pojawić się pod nazwiskiem, prosi też, żeby nie wymieniać nazwy salonu, który prowadzi od ośmiu lat razem z siostrą) właśnie pożegnała uczennicę z Ukrainy, którą zatrudniła w swoim zakładzie na obrzeżach Krakowa. – Uczyłam ją 11 miesięcy – wzdycha. – Przez niemal rok po pięć dni w tygodniu przeznaczałyśmy po dwie godziny na pokazywanie jej, co i jak. Katia była piekielnie zdolna, w zasadzie po czterech miesiącach mogłyśmy jej już oddawać pierwszych klientów do prostych cięć. Prawie się popłakałam, kiedy w marcu oświadczyła, że wraca do kraju. A kilka tygodni później wpadłam na nią na przystanku. Przyznała się, że pracuje w Krakowie na własną rękę. Strzyże po domach klientki z Ukrainy.
Pani Jagna ma do Katii pretensje jedynie o brak szczerości. Właściwie wszyscy doświadczeni fryzjerzy – jak mówi – mają dziś ten sam problem z uczniami, którzy odchodzą na swoje tuż po tym, kiedy zyskają pierwociny zawodowej samodzielności. Nie chodzi jej, jak zaznacza, wyłącznie o konkurencję, bo nieopierzeni fryzjerzy z reguły szybko wylatują z rynku. Zanim do tego dojdzie, debiutanci-dyletanci zdążą jednak nadpsuć branży opinię.
– Doświadczony fryzjer nawet obudzony w środku nocy wyrecytuje, jak zatamować krwotok, bo się tego wiele razy uczył na różnych szkoleniach. A jak pan pójdzie do takiego zakładu-wydmuszki, może się okazać, że nie mają nawet plastrów w apteczce, bo nikt nie umie założyć tam opatrunku – podkreśla pani Jagna.
Fryzjerskiego abecadła można nauczyć się w pół roku. Zdobycie pełni zawodowych kwalifikacji zajmuje minimum dwa-trzy lata, ale to – jak mówi pani Jagna – dopiero etap, po którym pracownik salonu może bez uzurpacji nazywać siebie fryzjerem. Minie jeszcze wiele czasu, nim nauczy się tego, co w zawodzie najistotniejsze, czyli dostrzegania niuansów. Dopiero doświadczenie uczy, jak strzyc konkretne partie głowy. Mężczyźni na bokach czaszki mają czasem włosy, które rosną im tak, jak zarost na twarzy, prostopadle do powierzchni skóry. Przy farbowaniu i zabiegach ondulacyjnych niezwykle ważna jest z kolei higroskopijność włosów, czyli zdolność do wchłaniania wilgoci. Na kursie w akademii uczą teorii, pokazują ją też w praktyce, ale dopiero trening czyni mistrza.
– Na kursie w akademii nie powiedzą za to, że po ośmiu godzinach w nienaturalnej, półzgiętej pozycji plecy bolą jak od uderzenia kijem – uśmiecha się Jagna. – A już na pewno nikt nie uświadomi kursantowi, który zapłacił kilka tysięcy złotych za szkolenie, że wyrzuca kasę w błoto, bo nie ma predyspozycji do tego zawodu. Fryzjer jest trochę jak architekt. Musi mieć wyobraźnię przestrzenną, przewidzieć efekty swoich zabiegów. W tej robocie nie można wcisnąć „CTRL+Z” i cofnąć się o krok. Trzeba też umieć cierpliwie słuchać.
Do gołej skóry
Rafał Łazar zaczyna od lustra. Sadza klientkę tyłem do dużego zwierciadła na ścianie, wręcza małe lusterko i obraca ją na krześle pod różnymi kątami, żeby przyjrzała się sobie starannie. Nie zawsze, podkreśla, uczesanie, które wydaje się optymalne en face, wypada też dobrze z profilu czy od tyłu.
– Nie tylko słucham, czego chce klientka, ale też obserwuję, za pomocą jakich gestów mi to komunikuje – ciągnie. – Pamiętam dziewczynę, która omawiając rzekomo wymarzoną fryzurę, jednocześnie pokazywała mi na swojej głowie coś zupełnie innego. Po paru minutach rozmowy wyszło na jaw, że do fryzjera wysłał ją mąż, któremu nie pasowało jej dotychczasowe uczesanie. Ona sama była z niego bardzo zadowolona.
Rafała bawią jednak usilne próby uwznioślania fryzjerskiej profesji. Opowieści o terapeutycznym wpływie wizyty w salonie, odczytywaniu nieuświadomionych pragnień klientów, budowaniu cielesnej intymności, której wielu gości nie odczuwa ponoć na co dzień – wszystko to jego zdaniem tworzy sztafaż, za który klient niepotrzebnie dopłaca. Na rynku, zwłaszcza w dużych miastach, zaroiło się ostatnio od salonów, które strzyżenie zmieniają w rytuał i wyceniają wprost proporcjonalnie do skali udziwnień. Cennikami branży coraz częściej rządzi zasada „zgolić do skóry”. Właściciele salonów wychodzą z założenia, że nie opłaca się inwestować w relację z klientem, bo on i tak prędzej czy później ucieknie do konkurencji.
Zdaniem Rafała Polacy są tym coraz częściej zmęczeni. Wielu tęskni za starym fryzjerem, który po prostu przycinał włosy i nakładał farbę.
– Ostatnio przyszedł do mnie stały klient – wspomina ze śmiechem. – Powiedział, że nie obchodzi go, jak go ostrzygę. Postawił tylko jeden warunek. Nie chce, żeby wyszło modnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















