WIBOR, kredyty i osiemset tysięcy gniewnych ludzi

Do sądów wpłynęło ponad sto pozwów o unieważnienie kredytu w złotówkach. Czy to próba wymigania się od zobowiązań, czy raczej wotum nieufności dla bankowych metod rodem z lat 90.?

28.11.2022

Czyta się kilka minut

Po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Drugi z prawej prezes NBP Adam Glapiński. Warszawa, 3 kwietnia 2019 r / TOMASZ JASTRZĘBOWSKI / REPORTER
Po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Drugi z prawej prezes NBP Adam Glapiński. Warszawa, 3 kwietnia 2019 r / TOMASZ JASTRZĘBOWSKI / REPORTER

Nikt nie potrafi tak dokładnie podliczać niepowstałych jeszcze strat, jak czynią to bankowcy. 83,7 mld zł – tyle zdaniem analityków Santandera kosztowałby branżę zwrot odsetek, które sama naliczyła posiadaczom kredytów hipotecznych w oparciu o tzw. wskaźnik WIBOR.

O tym ostatnim głośno zrobiło się kilka dni temu, kiedy sąd w Katowicach przychylił się do wniosku klienta pozywającego ING o unieważnienie umowy kredytu hipotecznego w polskich złotych i do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia „odwiborował” mu ratę. Zaskarżone zobowiązanie, jak każdy kredyt, składało się z pożyczonego kapitału powiększonego o niewielką marżę banku oraz części odsetkowej. Udzielając kredytu, bank wyliczył te odsetki właśnie w oparciu o stawkę WIBOR. Jak działa ten wskaźnik i skąd się wziął – o tym dalej. W tej chwili dość wspomnieć, że o wysokości WIBOR-u decydują stopy procentowe NBP, które w chwili zawarcia zaskarżonej umowy były bliskie zera. Kiedy zaczęły gwałtownie rosnąć, w górę poszedł i WIBOR, ciągnąc za sobą ratę wzmiankowanego kredytu aż do 6,7 tys. zł miesięcznie. W ten sposób działa każda pożyczka o zmiennej stopie procentowej.

Rozgoryczony kredytobiorca doszedł jednak do wniosku, że bank nie wytłumaczył mu dostatecznie związanego z tym ryzyka, a przy okazji zarzucił również niezgodny z prawem sposób ustalania oprocentowania. Argumentacja skarżącego była na tyle sugestywna, iż sąd tymczasowo zakazał bankowi pobierania części odsetkowej. Dzięki temu w kieszeni kredytobiorcy pozostanie aż 5 tys. zł miesięcznie. Jeśli ostatecznie przegra sprawę, będzie musiał zwrócić bankowi niedopłatę. Jeśli wygra, przez polskie banki może się przewalić tornado, przy którym niedawny kryzys kredytów frankowych okaże się zefirkiem.

„Epoka taniego pieniądza”

Biuro Informacji Kredytowej szacuje, że łączna wartość kredytów hipotecznych zaciągniętych w Polsce przekroczyła już pół biliona złotych, z czego aż 410 mld przypada na zadłużenie ok. 2 mln gospodarstw domowych spłacających hipotekę w rodzimej walucie. Niespełna trzy procent takich kredytobiorców wynegocjowało stałą stopę przez pierwszych 5-7 lat spłaty. Pozostali mają umowy o zmiennej stopie procentowej – co obecnie wygląda na przejaw niefrasobliwości, bo od października 2021 r. Rada Polityki Pieniężnej podniosła stopy aż jedenaście razy, windując je z 0,1 do 6,75 proc.

Wcześniej przez dziewięć lat stopy procentowe w Polsce zmierzały jednak w odwrotnym kierunku. Po podwyżce w maju 2012 r., kiedy stopa referencyjna NBP wzrosła z 4,5 do 4,75 proc., nastąpiła seria czternastu obniżek. Ostatnia, z lipca 2021 r., niemal zbiegła się w czasie z publikacją danych o inflacji, która przekroczyła wtedy 5 proc. – czyli była dwukrotnie wyższa od tzw. celu inflacyjnego NBP, który ma chronić złotego przed utratą wartości powyżej 2,5 proc. rocznie. Wszystko to mogło przekonać polskich kredytobiorców, że „epoka taniego pieniądza”, o której bankowcy tak chętnie opowiadali klientom właściwie od końca kryzysu finansowego z 2009 r., potrwa co najmniej do końca bieżącej dekady. Nawet najostrożniejsi z nich nie zakładali, że inflacyjna maszyna czasu w niespełna rok przeniesie ich w realia z listopada 2002 r. – czyli do stóp procentowych na poziomie 6,75 proc. W efekcie rata przeciętnego kredytu na 300 tys. zł, zaciągniętego na 30 lat z marżą 2,3 proc., wzrosła z początkowych 1,2 do blisko 2,6 tys. zł miesięcznie.

Zmianę w polityce NBP najsilniej odczuli ludzie, którzy pożyczyli na ­mieszkanie w ostatnich kilkunastu ­miesiącach przed rozpoczęciem cyklu podwyżek.

Z wyliczeń ekonomisty Rafała Mundrego wynika, że dla ok. 33 proc. wszystkich polskich kredytobiorców podwyżka stóp z października 2021 r. była pierwszą, którą otrzymali w harmonogramie spłat. W pułapce gwałtownie rosnących rat mogło zatem znaleźć się ponad 800 tys. klientów.

Dla ilu z nich będzie to ciężar nie do uniesienia? Jak podaje Komisja Nadzoru Finansowego, statystyczny posiadacz kredytu hipotecznego pod koniec 2020 r. przeznaczał na jego spłatę 29 proc. miesięcznych zarobków. W przypadku 12 proc. kredytobiorców obsługa zobowiązania pochłaniała od 40 do 50 proc. wynagrodzenia, a kolejne 9 proc. co miesiąc musiało wyasygnować na ten cel więcej niż połowę pensji. W kwietniu br. – a więc w czasie, kiedy stopy NBP były o niemal jedną trzecią niższe niż teraz – ponad połowę zarobków w comiesięcznej racie oddawało już 36 proc. posiadaczy kredytu hipotecznego! Część z nich w desperacji szuka teraz sposobu, by uciec spod kredytowego stryczka, i z nadzieją spogląda w stronę prawników reprezentujących wcześniej frankowiczów. Co najmniej stu klientów złożyło już w sądzie pozwy o unieważnienie umowy kredytu.

Spread w owczej skórze

W kredytach frankowych spornym elementem była klauzula indeksacyjna, a mówiąc prościej: to, że banki mogły dość dowolnie ustalać kurs franka do złotego, stosując tzw. spread. Takie zapisy w świetle prawa unijnego są niedozwolone, a wyrok TSUE, który jesienią 2019 r. orzekł, że klauzul indeksacyjnych nie wolno bez zgody kredytobiorcy zastąpić innym przelicznikiem walutowym, pozwolił polskim frankowiczom skutecznie unieważniać całe umowy i domagać się zwrotu pieniędzy. Do marca na wokandę wpłynęło ponad 70 tys. pozwów frankowiczów. W aż 96 procentach spraw zapadł wyrok na korzyść kredytobiorcy.

O co mieliby teraz skarżyć banki klienci przekonani, że ich również nabito w kredyty, tylko złotówkowe? Wraz z umową każdy klient podpisał przecież oświadczenie, że „dokonał wyboru oferty kredytu w złotych opartego na zmiennej stopie procentowej, mając pełną świadomość ryzyka związanego ze zmienną stopą procentową”. Bank nie ma wpływu na stopy procentowe, którymi włada niepodzielnie bank centralny posiadający konstytucyjnie zagwarantowaną niezależność. Zdaniem prawników jedyna iskierka prawnej nadziei dla kredytobiorców tli się w konstrukcji WIBOR-u.

WIBOR to w uproszczeniu oprocentowanie, na jakie banki umawiają się, pożyczając sobie pieniądze. W czasach, kiedy żyły z obracania gotówką zdeponowaną przez klientów, było to jedno z podstawowych narzędzi branży: bank, któremu w danym dniu brakowało pieniędzy, choćby na bieżącą obsługę odsetek czy na kredyty, zaciągał u kolegów „chwilówkę”. Stawkę WIBOR ustalano każdego dnia, wyciągając średnią ze wszystkich takich transakcji, jedynie po odrzuceniu najdroższej i najtańszej. Kiedy na rynku rosła niepewność i pożyczki bankowe drożały, pozwalało to przerzucać ten koszt na klientów.

WIBOR wciąż ma wpływ na oprocentowanie kredytów, ale jego wysokość nie jest już średnią oprocentowania pożyczek międzybankowych, bo banki de facto przestały pożyczać sobie pieniądze. Bywają miesiące, w których na rynku międzybankowym nie dochodzi do ani jednej podobnej transakcji! Nie ma takiej potrzeby. Po upadku banku Lehman Brothers, który zapoczątkował kryzys finansowy z 2009 r., branżę dosłownie zalały miliardy pompowane do światowej gospodarki przez rządy walczące ze skutkami kolejnych kryzysów oraz pandemii. Aby uratować WIBOR, banki umówiły się więc na tzw. kwotowanie, czyli rodzaj ankiety, w której odpowiadają, za ile „byłyby gotowe” pożyczyć konkurentom pieniądze – gdyby ktoś był zainteresowany. Wysokość tego wskaźnika branża kształtuje zatem w niemal tak samo uznaniowy sposób, jak czyniła to wcześniej z tabelami kupna i sprzedaży walut. W efekcie WIBOR rośnie dziś szybciej od stóp procentowych NBP. Wartość WIBOR 3M to aktualnie 7,34 proc., mimo że główna stopa NBP wzrosła „tylko” do 6,75 proc. Na początku listopada – w oczekiwaniu na kolejną podwyżkę stóp, do której ostatecznie nie doszło – dobijał już do 7,6 proc. Tymczasem w latach 2006-20 – jak wynika z wyliczeń serwisu Subiektywnie o Finansach – średnia różnica między WIBOR 3M a główną stopą procentową NBP wynosiła zaledwie 0,08 punktu procentowego.

Nadchodzi WIRON

Tajemnice kredytowej kuchni nie interesowały klientów, dopóki koszty pożyczek były niskie. Dziś przykuwają uwagę opinii publicznej, budząc wątpliwości, czy banki należy dalej traktować jako instytucje zaufania publicznego, skoro czasami zachowują się jak właściciel podejrzanego komisu samochodowego. Branża od lat 90. ciężko pracowała na ten kryzys zaufania, traktując klientów jak stado baranów do ostrzyżenia. Kryzys opcji walutowych. Afery z polisolokatami. Umowy frankowe, do których z premedytacją wpisywano klauzule zakazane. Lobbing w sprawie bankowego tytułu egzekucyjnego, który banki usiłowały za wszelką cenę dla siebie zachować, choć stanowił relikt prawny z epoki, w której były w zasadzie urzędami państwowymi. A teraz WIBOR: formalnie legalna część systemu bankowego, w praktyce – wydmuszka po dawnym pożytecznym narzędziu, które przydaje się dziś głównie do ręcznego stymulowania rentowności.

Pod presją mediów i opinii publicznej rząd Mateusza Morawieckiego zapowiedział na początku roku, że polska bankowość będzie sukcesywnie odchodzić od WIBOR-u. Jego miejsce do 2025 r. ma zająć ostatecznie WIRON, czyli koszt pieniądza przy krótkich pożyczkach na jedną noc. Zmiana ta z pewnością doda polskiemu rynkowi kredytowemu nieco elastyczności. Niestety nie sprawi, że banki przestaną być arbitrami w grze, w której same biorą udział.

Przygotowania do tej zmiany można już dostrzec w bankowych tabelach. WIBOR 3M od początku roku – czyli momentu ogłoszenia decyzji o zamianie tego wskaźnika na WIRON – wzrósł o 4,81 punktu procentowego. WIRON – o 4,91 pkt. proc. Stopa referencyjna NBP w tym samym czasie urosła o 4,5 pkt. proc.

Taka to dobra zmiana. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Osiemset tysięcy gniewnych ludzi