Aby śpiewać, nie potrzebuje sterylnego studia, absolutnej ciszy i specjalnych przygotowań. Przeciwnie, Antonina Nowacka lubi spontaniczność oraz dźwięki niespodziewanie wtrącające się do jej nagrań: – W Reggio Emilia, gdzie teraz mieszkam, jest bardzo dużo kościołów. Często stoją puste, więc chodzę tam ćwiczyć. I zdarza się, że ktoś mnie na tym przyłapie.
Choć obecnie na jej recital trafiają czasem Włosi, w przeszłości takie spotkanie mogło stać się udziałem meksykańskich wiernych z parafii rozsianych po południowym stanie Oaxaca, czy turystów odwiedzających jaskinie na Jawie. Kiedy podróżuje, Nowacka nie tylko stara się obcować z lokalnymi tradycjami i czerpać z ich wpływów, ale także otwiera się na dominujące w danym obszarze dźwięki.
– W Indonezji mieszkałam w wiosce, w której nieustannie słyszałam muzułmańskie salaty – wspomina artystka. – Byłam więc cały czas nastawiona na obecność tych modłów. To się jakoś koduje w umyśle, bo później dostrzegałam, że mój śpiew sam szedł w tym kierunku.
Sześciomiesięczne stypendium, na które Nowacka wyjechała do Indonezji na przełomie 2018 i 2019 r., zaowocowało wspaniałym wokalnym albumem „Lamunan”. Miesiące spędzone na poznawaniu lokalnych kultur odegrały tu nie większe znaczenie, niż akustyka jawajskiej jaskini Seplewan, do której artystka powracała raz za razem, by nagrywać swój śpiew. Podobnych dźwiękowych wrażeń Nowacka poszukiwała dwa lata później w Meksyku. Efekty znów okazały się zaskakujące – z powodu pandemii rząd zamknął parki narodowe, a wokalistka zamiast śpiewać w tamtejszych grotach, rejestrowała swój głos w niewielkich meksykańskich kościółkach. W rezultacie ukazała się płyta „Vocal Sketches From Oaxaca”, którą w 2021 r. wydał kultowy londyński klub Cafe OTO, zamieniony na czas pandemii w niezależną wytwórnię.
W przeciwieństwie do poprzednich albumów Nowackiej tegoroczny, zatytułowany „Sylphine Soporifera”, został zarejestrowany w profesjonalnym studio nagraniowym pod okiem brytyjskiego producenta Adama Asnana, ale przecież i on nie powstałby bez dalekiej podróży.
– Miałam bardzo dużo podejść, nim nagrałam tę płytę. Dopiero podczas ostatniej podróży do Ameryki Południowej, kiedy zobaczyłam tamtejsze pustynie, zrozumiałam, co chciałabym zrobić. Jeżdżę po świecie, zbieram doświadczenia i inspiracje. W pewnym momencie pojawia się chwila oświecenia. Tak było w Paracas, gdzie spotkało mnie obezwładniające uczucie i zostało ze mną na długo.
W stronę piękna
Nowacka wcale nie musi ruszać w świat, by odczuwać uniesienie, które towarzyszyło jej na południe od Limy. Samo śpiewanie wprowadza ją momentalnie w błogostan, stan niemal upojenia. Nie jest to tajemnicą dla nikogo, kto choć raz wybrał się na jej koncert. Mnie zapadł w pamięć jej występ, wydawałoby się, zupełnie niepozorny. Wokalistka weszła na scenę warszawskiego klubu Pardon, To Tu jako jedna z kilkorga artystów występujących podczas urodzin radiowej audycji „HCH”. Co istotne, wstęp na to wydarzenie był wolny, a wieczór – piątkowy. Niemałą część publiczności stanowili odbiorcy przypadkowi, kursujący pomiędzy barem a rozstawionymi na zewnątrz stolikami. Sala falowała więc w rytm tych wycieczek. Do czasu.
Kiedy swój koncert rozpoczęła Nowacka, ruch niemal ustał. Powstrzymał go nie tyle sam głos, co ogólny błogostan, który emanował od artystki. Pozwalam sobie na taką hipotezę, bo dobrze pamiętam wyraz twarzy zebranych. „Wyraz”, bo w swojej reakcji nie różniliśmy się między sobą. Idący do baru i z baru, i wszyscy pozostali – wyglądaliśmy tak, jakby ktoś niespodziewanie powiedział nam najmilszy komplement.
Nie dziwi mnie więc zupełnie, gdy artystka przyznaje, że jedną z jej pierwszych fascynacji była Meredith Monk, która z uzdrawiającego aspektu sztuki uczyniła swoje motto. Ale przecież nie zawsze u Nowackiej było tak lekko i przyjemnie. Na debiutanckim albumie WIDT – siostrzanego duetu, w którego skład wchodziła również Bogumiła Piotrowska odpowiedzialna za warstwę wizualną projektu – jej wokalizy docierały do słuchacza nierzadko w towarzystwie industrialnych bitów i mrocznych elektronicznych podkładów. Na płycie – bardzo szybko dostrzeżonej przez brytyjski „The Quietus” – rządził eksperyment, a wokalne frazy nie miały koić, przeciwnie – niosły niepokój rodem wprost z utworów Scotta Walkera.
Nie oznacza to, że w swojej późniejszej, solowej działalności Nowacka na dobre pożegnała się z eksperymentem. Ten jest wpisany w sposób jej pracy – zarówno nad kolejnymi nagraniami, jak i nad swoim głosem. I konsekwentnie dąży w stronę piękna. Jej wehikułem pozostaje improwizacja, więc na tej drodze możliwe są zaskoczenia: – W bardzo niewielkim stopniu wiem, co wydarzy się w studio. Nie sporządzam notatek, nie zapisuję nut, nie robię rysunków, mam tylko zrobione telefonem zdjęcia chwytające atmosferę, którą próbuję oddać w muzyce.
Wszystko staje się jasne
Nagranie staje się próbą uchwycenia charakteru ważnego dla niej miejsca lub emocji, jakie wywołało ono u wokalistki. I choć ta metoda jak dotąd się sprawdza, od początku zastanawiało mnie, jak artystka tak bardzo bazująca na intuicji, na tym, co niemierzalne, jest w stanie nagrywać z innymi twórcami. Przy czym nie mam na myśli jej gościnnych występów na płytach zespołu Lotto („Axolotl”) czy Piernikowskiego („Beyond the Echo of Time”), ale pełnoprawny udział w zespole, taki od początku do końca.
Bo jak przełożyć takie osobiste rewelacje na pracę w grupie? Szukając konkretów, jakiegoś punktu zaczepienia, dopytuję artystkę, w jaki sposób wizyta w Paracas pomogła jej nagrać „Sylphine Soporifera”? Co właściwie uruchomiło jej wyobraźnię i pchnęło jej myśli na właściwy tor?
– Tym, co mnie tam najbardziej uderzyło, było światło, które padało w taki sposób, że cały ten krajobraz wyglądał zupełnie nierzeczywiście. Nie byłam w stanie go sobie zracjonalizować – odpowiada.
Cytuję te słowa Sofii Birch – duńskiej kompozytorce i producentce muzyki ambient, z którą Nowacka nagrała dwa lata temu bardzo dobrze przyjęty album „Languoria”. Moje zagubienie budzi u niej jedynie wesołość: – Dla mnie to wszystko jest absolutnie zrozumiałe. Sama często działam w podobny sposób. Zdarza mi się pracować nad muzyką i zupełnie nie rozumieć, o co mi chodzi. A potem przeczytam jakieś zdanie w książce i doznaję objawienia. Albo w nieznanym mi wcześniej języku usłyszę emocję, którą chciałam oddać dźwiękiem. Choć te czynności nie są bezpośrednio związane z muzyką, to nagle uruchamiają coś w moim mózgu i wszystko staje się jasne.
Pewnie dlatego obie artystki wspominają swoją współpracę jako niezwykle łatwą i przyjemną. A przecież poznały się ledwie chwilę przed swoim pierwszym improwizowanym koncertem, który zagrały na warszawskim festiwalu Ephemera. Ich delikatna, liryczna muzyka nie ma wiele wspólnego z popularnym wyobrażeniem o muzyce improwizowanej.
– Obie uważamy, że muzyka to piękno i harmonia – twierdzi Birch. – Tego szukamy, eksplorując dźwięki. Czujemy, że muzyka może mieć uzdrawiającą moc. Kiedy występujemy na festiwalach z muzyką elektroniczną, improwizowaną, wielu artystów sięga raczej po hałas, agresję, radykalne formy ekspresji. Nie jest to coś, co by nas interesowało. Bardziej pociągają nas rzeczy kruche, minimalistyczne. Nie boimy się też terminu „new age”.
I słusznie, bo choć „Languoria” z pewnością nie jest dziełem przełomowym, odważnie nowatorskim, to piękno zebranych tu melodii i błogość, jaką niosą te – kruche przecież – kompozycje, wynagradza to wszystko z nawiązką. „Intensywne ambientowe produkcje kompozytorki Sofie Birch i niepowtarzalne melodie eksperymentalnej wokalistki Antoniny Nowackiej spotykają się na płycie, która przypływa i odpływa w sposób tak naturalny, jak oddychanie” – pisał o albumie Nowackiej i Birch recenzent opiniotwórczego amerykańskiego portalu Pitchfork.
Tym bardziej cieszy wiadomość, że duet nagrał niedawno materiał na następną płytę. Podobno prace znów postępowały lekko, choć toczyły się w spartańskich warunkach. Artystki spotkały się w zaimprowizowanym studio w lesie nieopodal Sokołowska. Jak sudecka przyroda wpłynie na charakter tych utworów? Tyle możemy powiedzieć: wpłynie na pewno.
Powietrze i piasek
Najnowszy album Nowackiej, „Sylphine Soporifera”, to płyta bogato zaaranżowana. Obok utworów przykuwających uwagę wokalizami artystki pojawiają się kompozycje w pełni instrumentalne. Zachowują delikatny, lekki charakter, ale słyszymy tu cytrę, harfę, syntezator, okarynę, organy i flety. Na większości z nich gra sama Nowacka, na dwóch ostatnich – zaproszeni goście: Catia Lanfranchi i Oskar Karski.
Słychać, że jest to album nagrywany w profesjonalnym studio – nawet jeśli rodził się w nim spontanicznie – nowe utwory Nowackiej są wyraźniej zarysowane niż jej wcześniejsze solowe dokonania. Przy czym wciąż poruszamy się pomiędzy neoklasyczną wokalistyką, ambientem i muzyką new age. Choć instrumentalne „Light Light”, którym artystka nawiązuje do poetyckich wizji Rudolpha Steinera na temat sylfów – istot powietrza, można potraktować jako centralny punkt albumu, Nowacka nie ukrywa, że to utwory wokalne mają dla niej znaczenie szczególne.
– Za każdym razem, kiedy je wykonuję, wchodzę w specyficzny stan podwyższonej koncentracji – tłumaczy. – Gra na syntezatorze to raczej zabawa: szukam ciekawych tekstur, melodii, ale ten proces nigdy nie jest dla mnie tak osobisty, jak praca z głosem.
Nowacka wsłuchuje się w swój głos tym chętniej, że jej śpiew nie był przez lata analizowany przez pedagogów. Podoba jej się sytuacja, w której nie ma swojego – jak to mówi – „flagowego głosu”. Usilne trzymanie się określonych jego parametrów wydaje jej się mało sensowne, przeciwnie: fascynuje ją zmiana. Świadomość, że kilka lat temu śpiewała inaczej, bo wokalna praktyka, inspiracje, upływający czas, podróże – to wszystko wpływa na głos. Jeśli ma jakieś preferencje, to dotyczą one raczej sposobu śpiewania, które ma być przede wszystkim naturalne. Z tego powodu jeden z jej ulubionych utworów wokalnych to kompozycja napisana przez Wiaczesława Owczinnikowa do filmu „Andriej Rublow” Tarkowskiego, gdzie oprócz poruszającej melodii daje o sobie znać pewna brzmieniowa niedoskonałość: – Jakby ktoś nagrał swoim telefonem kobietę, która śpiewa sobie w pokoju obok.
Jej wdechy i wydechy sprawiają, że odsłuch płyty zamienia pokój w jaskinię z długim echem. Tłumaczy: – Tak działa głos – wciągasz i wypuszczasz powietrze. Reszta to dodatki. Z czasem zdałam sobie sprawę, że śpiewam z dźwiękiem powietrza. Kiedy wydaję wysokie tony, słyszę, że ono jest w tym dźwięku. I bardzo mi się to podoba. Dotyczy to zresztą nie tylko głosu, bo przecież dźwięki fletu to również powietrze. I to mi się połączyło w całość. Bo „Sylphine Soporifera” jest o tym, co poczułam w Paracas: pustynia to jest przecież tylko powietrze i piasek. Ale głównie powietrze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















