Czy warto odginać mamuty? To najsmutniejszy eksperyment, jaki można wymyślić

Zawsze zwracam uwagę na pogłoski o próbach odtworzenia mamuta. I wcale nie dlatego, że marzy mi się, żeby znów chodziły po Ziemi, czy dlatego, że wierzę w ich zbawcze dla klimatu właściwości. Neomamut zostałby przecież powołany do wyobcowania i samotności.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

„Dużo śmiechu, trochę smutku, to historia o mamutku” – taka była niegdyś urocza książka Wiktora Woroszylskiego, z kapitalnymi ilustracjami Józefa Wilkonia. Psotny i skłonny do fantazjowania mamutek Lutek jako jedyny przeżywa tam nadejście wielkiego lodowca. I za każdym razem myślę sobie o nim, kiedy słyszę o przedsięwzięciach, które mają na celu przywrócenie do istnienia tych prehistorycznych zwierząt, czy, jak czasami się mawia, „odginięcie” (de-extinction). Zawsze nadstawiam wówczas czujnie uszu, choć od razu deklaruję, że bez entuzjazmu.

Ambicja odtworzenia mamuta włochatego powraca co jakiś czas. Niedawno w laboratorium w Dallas, prowadzonym przez prywatne przedsiębiorstwo Colossal, powstały zmodyfikowane genetycznie włochate myszy. Oczywiście, jako stworzenia puchate i urocze, natychmiast spodobały się w internecie, co przyczyniło się znacząco do rozgłosu eksperymentu. Wyhodowanie tych gryzoni o czuprynach przypominających chow-chow stanowi próbę testowania w skali mysiej cech właściwych dla mamuta (nie „kopiowanie” mamucich genów, a znajdowanie podobnych wariantów u myszy – to doprecyzowanie na wypadek, gdyby komuś wyobraźnia odruchowo podsunęła odcinek „South Parku” o genetycznie zmodyfikowanej domowej słoniośwince). Mysi eksperyment ma na celu zidentyfikowanie mutacji genetycznych odpowiedzialnych za odporność na zimno na poziomie umożliwiającym swobodne przeżycie w tundrze.

Oczywiście od tego etapu daleko do skali mamuciej. Według planów firmy Colossal, potencjalny zwierz odpowiadałby zresztą raczej znanemu nam świniodzikowi niż dosłownemu mamutowi włochatemu. Nie ma bowiem planów, a raczej możliwości, odbudowy gatunku drogą klonowania. Po zmapowaniu właściwych mutacji genetycznych miałyby być one docelowo zaaplikowane najbliższemu (choć i tak odległemu) żyjącemu krewnemu wymarłego gatunku, czyli słoniowi indyjskiemu. Najważniejsze i często padające pytanie brzmi: „właściwie po co”. Postęp nauki często uruchamia fantazje bliskie wyobraźni religijnej, podpowiada, że człowiek będzie zdolny czynić cuda przypisywane tradycyjnie bogom czy świętym: uzdrawiać, przywracać do życia zmarłych, czytać w myślach czy przenosić się w czasie, niezależnie od tego, czy jest to realnie wykonalne, czy nie; nasza wyobraźnia i tak działa na podzespołach mitu. Podobnie, jak sądzę, jest w przypadku mamuta, choć inicjatorzy eksperymentu z „odginięciem” przekonują, że widzą w nim dosłownie wielkiego sprzymierzeńca w walce z kryzysem klimatycznym i w utrzymaniu wiecznej zmarzliny poprzez wpływ na florę tundry. 

Jak wspominałam, zawsze zwracam uwagę na pogłoski o próbach odtworzenia mamuta. Nie dlatego, że marzy mi się, żeby znów chodziły po Ziemi, czy dlatego, że wierzę w ich zbawcze dla klimatu właściwości. Przeciwnie; zawsze, gdy o tym myślę, wydaje mi się to najsmutniejszym eksperymentem, jaki można wymyślić. Neomamut zostałby przecież powołany do wyobcowania i samotności. Plejstoceńskie środowisko już nie istnieje, nie ma natury, w której mamut mógłby swobodnie żyć, mimo prób stworzenia eksperymentalnego parku na Syberii. A przede wszystkim, gdyby eksperyment zakończył się powodzeniem, pierwszy pojedynczy osobnik – którego nieznane jeszcze warunki rozwoju i dorastania musiałyby zapewne mieć długość słoniową – musiałby żyć całkowicie samotnie, bez stada, którego obecność dla dawnych mamutów była naturalna. Nie wiadomo bowiem, z jakim powodzeniem udałoby się laboratoryjnie dotwarzać kolejne mamuty. Jeśli w ogóle mówimy o udanym przeżyciu do dorosłego wieku, co zapewne jest najbardziej ryzykowną stroną „odginania”. 

Nie jest to bowiem pierwsza próba, a ta, o której się dowiecie, okazuje się wyjątkowo przygnębiająca. Kilka lat temu drogą klonowania udało się bowiem odtworzyć wymarłego koziorożca. Jedynie na chwilę – wada genetyczna sprawiła, że sklonowane zwierzę żyło bardzo krótko, tym samym czyniąc gatunek jedynym, który wymarł dwa razy. Włącz-wyłącz, wygiń-odgiń. Droga do odtworzenia mamuta to zatem, odwrotnie niż u Woroszylskiego, tylko trochę śmiechu (z pociesznych włochatych myszek, które być może staną się domowymi ulubieńcami), ale przede wszystkim – bardzo, bardzo dużo smutku. 

Słoń, a może niewłochaty mamut. // Fot. Olga Drenda

Autorka współpracuje z „Tygodnikiem” od 2015 r., od 2022 r. jest felietonistką.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czy warto odginać