Ogłoszenie założeń rządowej „polityki migracyjnej” to niewątpliwie moment zwrotny, a przynajmniej, nomen omen, graniczny. I nie chodzi mi wcale o kwestie związane z europejskimi i światowymi strategiami postępowania ze zjawiskiem masowej migracji. Nie chodzi mi również o dylematy moralne i prawne wynikające z tego tragicznego splotu okoliczności: autorytarne reżimy w sposób cyniczny posługują się dzisiaj ludźmi, żeby destabilizować sytuację w państwach, w których obowiązują cywilizowane standardy etyczne. Przy czym ta destabilizacja ma oczywiście niejedno oblicze – od chaosu spowodowanego przeciążeniem instytucji społecznych, aż po świadome rozniecanie wewnętrznych konfliktów i antagonizmów. To jest temat na osobne rozważania, jakiś czas temu pisałem już zresztą o tym w „Tygodniku”, przy okazji dyskusji wokół filmu „Granica” Agnieszki Holland.
Moment zwrotny, a przynajmniej graniczny, który mam na myśli, dotyczy kwestii ściśle krajowych. Naszych tutejszych wojen, barykad i perswazji stosowanych przez obie strony politycznego sporu. A zwłaszcza, w tym kontekście, przez jedną.
Otóż stawiam tezę, że wobec deklaracji Donalda Tuska, który zapowiada „zawieszenie prawa do azylu” oraz nieoglądanie się na żadne europejskie wytyczne, nie da się już dłużej dawać wiary opowieściom, które przez ostatnie lata skwapliwie podsuwali nam obecnie rządzący politycy. Owszem, wypowiedzi samego premiera – w sprawie granicy polsko-białoruskiej, migracji czy w ogóle bezpieczeństwa – były pod koniec kampanii cokolwiek stanowcze, co mu zresztą już wtedy zarzucało wielu aktywistów. Nie zmienia to jednak faktu, że znaczna część jego środowiska politycznego w tym samym czasie odsądzała rząd PiS od czci i wiary, zarzucając mu ludobójcze inklinacje, faszyzm i nieludzkie traktowanie uchodźców.
Tego typu przekazy wypełniały w zasadzie wszystkie opozycyjne portale i telewizje, stanowiły nieodłączny składnik każdej dyskusji przedstawicieli zwaśnionych ugrupowań, krążyły na masową skalę w mediach społecznościowych. Szybko stały się zresztą jednym z najważniejszych wyznaczników różnicy pomiędzy „PiS-owskim barbarzyństwem” a moralną i humanitarną opozycją. Podobnie jak stosunek do straży granicznej. „Wataha psów” i „śmiecie” – nazwał swego czasu strażników Władysław Frasyniuk, a przecież i tak nie były to wcale najbardziej drastyczne epitety wymierzone w tę służbę. Innym razem pewien dziennikarz radiowy stwierdził, że jej funkcjonariusze spokojnie „mogą sobie przyczepić plakietki SS”. Wszystkie te wypowiedzi spotykały się z uznaniem polityków i wielu związanych z ówczesną opozycją dziennikarzy, artystów czy publicystów. A nawet jeśli nie z uznaniem, to w każdym razie z brakiem potępienia.
Znowu – nie zamierzam wchodzić w spór o zasadność czy bezzasadność takich lub innych działań na granicy oraz głosów wobec nich krytycznych. Nie zamierzam także rozważać domniemanych intencji Donalda Tuska, który – jak się przyjęło uważać tu i tam – zamierza w ten sposób zapobiec wzrostowi poparcia dla skrajnej prawicy, umiejętnie grającej na coraz powszechniejszych lękach przed masową migracją. Nie wchodzę w te kwestie, nie zastanawiam się, czy to trafna, czy nietrafna polityka, albo czy to polityka etyczna, czy wręcz przeciwnie. Idzie mi wyłącznie o tę gwałtowną zmianę kursu po zeszłorocznych wyborach. A w szczególności, o zmianę niepolegającą na odejściu od strategii poprzedników – których się wcześniej za nią intensywnie krytykowało – lecz na jej dodatkowym zaostrzeniu.
Cóż, chciałoby się powiedzieć, że w październiku 2024 r. skończyła się w Polsce polaryzacja. Gołym okiem już przecież widać, że te afektowane okrzyki o zdrajcach z jednej oraz faszystach z drugiej strony, zaprzańcach z jednej oraz bezwzględnych monstrach z drugiej, to tylko pragmatycznie aplikowana propaganda. Nie ma ona wiele wspólnego z rzeczywistością, bo służy wyłącznie mobilizacji elektoratu – czyli nas, ciebie i mnie, drogi Czytelniku i droga Czytelniczko – niczemu więcej.
Polityka – nie od dziś to przecież wiadomo – jest specyficzną grą o uwagę i poparcie, czyli o władzę. Różnymi sposobami w historii demokracji ten cel realizowano, w ostatnich latach wszakże – w czym niemały udział mają nowoczesne technologie informacyjne – okazało się, że można to robić znacznie prościej niż dotąd. Nakręcając binarny konflikt, wywołując histerię przy każdym, najdrobniejszym nawet problemie i obarczając za wszystko odpowiedzialnością swoich skrajnie zdewaluowanych i spotworniałych przeciwników.
Nie da się ukryć, że z perspektywy pragmatyki jest to metoda wysoce skuteczna. Problem polega tylko na tym, że jej długotrwałe stosowanie nie pozostaje bez konsekwencji. Posługujący się nią politycy osiągają wprawdzie doraźne zwycięstwa, ale na głębokim poziomie systematycznie obniża się przy tym jakość życia politycznego i społecznego. W miejsce debaty, w której waży się argumenty i racje, pojawiają się chaos, symboliczna przemoc, manipulacje i ekstremalne emocje. W miejsce zaufania do instytucji i siebie nawzajem – fundamentalna nieufność. W miejsce demokracji zaś jej karykatura, w której tak naprawdę to nie społeczeństwo decyduje przy urnach o tym, co dlań najlepsze, lecz specjaliści od politycznego PR-u sterują afektami pogrążającego się coraz bardziej w nieświadomości tłumu (którym się w takich warunkach łatwo stajemy, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku).
Dobra wiadomość jest jednak taka – powtórzę – że mamy już wszelkie przesłanki, żeby się na to więcej nie nabierać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















