Wystarczy kilka minut, by zdać sobie sprawę, że to specyficzne miejsce na mapie Europy. Poruszając się wzdłuż głównej Avenida de la Libertad, alei Wolności, mijam liczne komunalne obiekty: szkoły, stadiony, basen, dom kultury, parki.
Ale to napisy na murach mówią najwięcej: „Paz, pan y trabajo” (Pokój, chleb i praca), „Producimos, decidimos” (produkujemy, decydujemy), „Somos ejemplo que la utopía no es un sueño” (Jesteśmy przykładem, że utopia nie jest tylko marzeniem). Do tego nawoływania do pokoju na świecie i kompleks sportowy imienia Che Guevary, dowódcy partyzantki komunistycznej w Ameryce Południowej w latach 60. XX w.
Trwa właśnie zbiór oliwek, więc na ulicach wsi, liczącej 2,5 tys. mieszkańców, widać jedynie przechadzających się seniorów. Nie ma tu ani turystów, ani imigrantów, więc pojawienie się osoby z zewnątrz budzi poruszenie.
Przy ratuszu powiewają tkaniny w trzech kolorach, symbolach wsi: zielonym (oznacza jej rolniczy charakter), czerwonym (to wysiłek) i białym (pokój). Umawiam się w tym miejscu z Juanem. Posiwiały niski mężczyzna ma sportową sylwetkę, choć zarzeka się, że sportu nigdy nie uprawiał, a jego jedynym wysiłkiem była praca. W zasadzie nadal jest, bo choć Juan Antonio Prieto Pradas jest na emeryturze, nie porzucił pracy w rolnej kooperatywie. Tam mnie zabiera, gdyż – jak mówi – jest to „serce wsi”.
Eksperyment społeczny w hiszpańskiej Marinaledzie
Wizyta w kooperatywie El Humoso to najlepszy sposób, by zrozumieć eksperyment społeczny, jakim jest Marinaleda, wieś należąca do prowincji Sewilla w Andaluzji.
To suche tereny, w głębokim interiorze Hiszpanii. Próżno szukać tu przemysłu. Jedynym źródłem dochodu jest ziemia, mimo że niezbyt urodzajna.
Przez setki lat mało się w tej okolicy zmieniło: tysiące hektarów w rękach nielicznych właścicieli ziemskich i chłopi pracujący dla nich od świtu do nocy. W XVIII w. bezrolni zaczęli płacić za użytkowanie ziemi. Miejscowi do dziś wspominają głód po wojnie domowej (1936-39), gdy powszechne były kradzieże oliwek i żołędzi. W latach 60. XX w. nasiliło się zjawisko emigracji: do Barcelony, a także do Niemiec, Francji, Szwajcarii.
Historia Marinaledy
Tak było również w Marinaledzie. Aż do 1977 r., kiedy powstał Związek Zawodowy Robotników Rolnych, który wygrał pierwsze wolne wybory po śmierci generała Franco, uzyskując w gminie większość absolutną.
Wkrótce nazwy ulic, dotąd związane z poprzednim systemem, zastąpiono tymi odwołującymi się do postaci lewicy: Che Guevary, Blasa Infante (autora hymnu Andaluzji), Salvadora Allende (prezydenta Chile).
Władzę we wsi objął charyzmatyczny lider Juan Manuel Sánchez Gordillo. Stanął na czele protestów. W myśl słów hymnu „Andaluzyjczycy, powstańcie, żądajcie ziemi i wolności”, mieszkańcy wsi sformułowali swoje żądania. Zajęli zbiornik wodny i rozpoczęli okupację nieużytkowanej ziemi, należącej do księcia Infantado. 700 mieszkańców wsi prowadziło przez 13 dni strajk głodowy.
W końcu, po latach protestów, rząd Andaluzji wykupił od księcia 1200 ha ziemi i oddał w dzierżawę rolnikom z wioski. Widząc, że protesty przynoszą skutek, w ciągu kolejnych lat mieszkańcy Marinaledy będą wychodzić na ulice jeszcze wielokrotnie. W pobliskiej Sewilli sparaliżowali ruch kolejowy, lotnisko, zablokowali wejście do lokalnej telewizji (tak wywalczyli m.in. zmiany w zasiłku dla bezrobotnych).

Kooperatywa w Marinaledzie
Z ziemi przekazanej rolnikom stworzono osiem kooperatyw rolniczych (co było wymogiem formalnym, bo faktycznie funkcjonują one jak jedna).
Na fasadzie El Humoso widnieje napis: „To gospodarstwo przeznaczone jest dla bezrolnych robotników dniówkowych z Marinaledy”. Kooperatywy mają kilkudziesięciu stałych pracowników, reszta to robotnicy dniówkowi. Zatrudniani są według potrzeb i w zależności od sezonu, nawet w liczbie kilkuset. Dlatego bezrobocie należy tu do najniższych w regionie, rzadko przekracza 7 procent.
Pensja dla wszystkich pracowników El Humoso jest równa: i dla prezesów kooperatyw (Juan był jednym z nich), i dla robotników. Ramię w ramię pracują w polu. – To 1400 euro na rękę dla stałych pracowników. Pozostali dostają 54 euro dziennie. Każdy, kto chce pracować, znajdzie u nas zajęcie. Przyjeżdżają także ludzie z sąsiednich wsi – mówi mi Juan, gdy spacerujemy po kooperatywie.
Ściany w biurze El Humoso wyglądają, jakby czas zatrzymał się kilka dekad temu. Stare zdjęcia z protestów, kalendarze rolnicze, ręcznie pisane hasła. Jedynie komputer w biurze technika rolnego Juana Pedro Kilera jest przejawem nowoczesności.
– Od trzech lat zmagamy się z suszą. Papryki już nie możemy siać. Brokułów nie mamy od czterech lat. Zasiew karczochów w tym roku zmniejszyliśmy z 40 do 10 hektarów. Teraz bardziej stawiamy na suche uprawy, np. bawełnę – mówi Kiler. Trzydziestokilkulatek, od trzech lat zajmuje się kontrolą zarówno upraw, jak też wykorzystania każdej kropli wody.
Wszyscy jesteśmy równi
Przed biurem spotykamy grupę nastolatków, która głośno się śmieje i puszcza muzykę. Mają właśnie przerwę w pracy, a właściwie w praktykach i nauce, którą organizują im władze komunalne.
Juan Antonio Prieto Pradas narzeka na młodych: – Młodzież dzisiaj nie docenia tego wszystkiego, o co my tak walczyliśmy. Wcześniej musiałem emigrować za pracą, pracowałem dla jakiegoś pana. W kooperatywie wszyscy jesteśmy równi. Każdy pracuje i zarabia tyle samo, niezależnie, czy jest prezesem (w kooperatywie prezes to prezydent), koordynatorem zmiany, czy zwykłym pracownikiem.
Z danych szkoły średniej z Marinaledy sprzed 12 lat wynikało, że 80 proc. mieszkańców wsi nie ukończyło szkoły podstawowej. To może oznaczać, że wielu widzi swoją przyszłość w kooperatywie rolniczej i nie dostrzega sensu edukacji. Choć ten trend powoli się zmienia.
Ile kosztuje dom w Marinaledzie?
Pracę po studiach w Sewilli znalazła w tej wsi María. Z dyplomem z zarządzania trafiła do administracji kooperatywy El Humoso. – Nie myślę o wyjeździe. Mam dobrą pracę, koszty życia są znacznie niższe niż w mieście. Do tego mamy dostęp do obiektów sportowych, a za miesięczny karnet na basen płacę tylko 6 euro – mówi María.
Swoją przyszłość w Marinaledzie widzi też 45-letni Francisco, z wykształcenia elektryk, który także pracuje w El Humoso. – Wolę pracę na świeżym powietrzu – śmieje się. Zagaduję go podczas pracy, kiedy przeładowuje przywiezione z pola oliwki. Wyjaśnia, że to wczesna odmiana przeznaczona do jedzenia.
– Moi rodzice walczyli o to miejsce. Miałem kilka lat, gdy zabierali mnie na protesty – wspomina Francisco. – Pracujemy po 8 godzin, w sezonie czasem nawet do 12. Nie mamy szefa, który nami dyryguje. Prezydent kooperatywy ma taką samą wypłatę jak ja, a znacznie więcej odpowiedzialności. Mam dom, który spłacam za 15 euro miesięcznie. Przedszkole córki kosztowało mnie 12 euro miesięcznie. Nie mogę narzekać.

„Czerwone niedziele”
Juan przewozi mnie po wsi. Widzę, że nawet czarne komunalne śmietniki mają napis el Humoso, przypominający o głównym pracodawcy. Juan jest dumny zwłaszcza z parku i drzew rosnących wzdłuż alei Wolności: – Kiedy burmistrz Juan Manuel wygrał wybory, pierwsze, co zrobiliśmy, to zebraliśmy śmieci, posadziliśmy drzewa, posprzątaliśmy miejsca publiczne. Marinaleda była bardzo zadłużona, więc skrzyknęliśmy się i zaczęliśmy działać wspólnie. Wzorem z Kuby wprowadziliśmy „czerwone niedziele”.
O tym, że „czerwone niedziele” wciąż istnieją, przekonuję się, gdy słyszę komunikat z jadącego ulicami auta z megafonem. Chętni mieszkańcy (praktyka pokazuje, że głównie ci starsi, związani z kooperatywą) stawiają się o wyznaczonej godzinie, by wykonać niezbędne we wsi prace.
– Dzięki temu wieś oszczędza, a wciąż jest porządek. Tylko zaangażowanie ludzi jest coraz mniejsze. Żyjemy w czasach indywidualistów. Teraz większość myśli, że ich czas należy tylko do nich, i nie chcą robić nic dla innych – ubolewa Juan.
Denerwuje się też, gdy słyszy we wsi krytykę projektu, o który on i jego pokolenie walczyło 40 lat temu: – Mówią, że to dyktatura, ale gdyby nie kooperatywa i pomoc Ratusza, większość nie miałaby domów.
Burmistrz Marinaledy „hiszpańskim Robin Hoodem”
Od lat 80. XX w. wśród osób gotowych do niedzielnych prac był przede wszystkim ówczesny burmistrz, Juan Manuel Sánchez Gordillo, przez zachodnią prasę okrzyknięty „Robin Hoodem”. Dziś 72-latek, stał wówczas za projektem „antykapitalistycznej wsi”. Choć nigdy nie należał do partii komunistycznej, mówił, że czuje się komunistą.
W wywiadzie dla „Diario de Sevilla” sprzed 15 lat przyznał: „Ludzie albo mnie kochają, albo nienawidzą. Nie ma uczuć pośrednich. Walczyłem i wymuszałem wiele rzeczy dla naszej wsi. Zmusiłem nawet władze Andaluzji do zabrania stąd policji”.
Rzeczywiście, do dziś nie ma we wsi komisariatu (choć w ostatnich latach bywało, że by się przydał, np. w marcu 2018 r., gdy okradziono pięć garaży).
Pierwszy burmistrz eksperymentalnej wsi zyskał przydomek „Robin Hood” za kradzież ciecierzycy, oliwy i ryżu, które potem wręczył organizacji pozarządowej; było to w 2012 r. (w tym samym roku marka H&M stworzyła nawet specjalny t-shirt w ramach uznania dla lidera Marinaledy).
Poczynania burmistrza i życie w Marinaledzie obserwowała przez dziewięć miesięcy polska antropolożka Angelina Kussy z Uniwersytetu Pompeu Fabra w Barcelonie. – Nie były to zgromadzenia, na których podejmowało się decyzje na zasadzie demokracji bezpośredniej, jak reklamuje się często Marinaledę w artykułach z prasy na całym świecie. Były to raczej mityngi, na których ogłaszano wcześniej już podjęte decyzje – mówi Kussy w rozmowie z „Tygodnikiem”.
Ze względu na chorobę legendarny burmistrz nie startował w zeszłorocznych wyborach i nie jest już tak aktywny politycznie. Ale ratusz nadal zdobią zdjęcia i pamiątki ze strajków, portrety Che Guevary i hasła nawołujące do socjalistycznych idei. Na poczesnym miejscu widnieje wizerunek lewicowego prezydenta Chile Salvadora Allende i hasło: „Przyszłość należy do wsi, nie do kapitału”.
Wielu próbowało naśladować ten eksperyment, ale bez sukcesu
W zeszłym roku, po 44 latach urzędowania, burmistrz Sánchez Gordillo ustąpił miejsca młodemu pokoleniu. Jego następcą został Sergio Gómez Reyes. Jest też nauczycielem historii w szkole. Ani on, ani dziesięcioro radnych nie pobierają pensji, a poza pracą w Ratuszu wciąż pracują w swoich zawodach.
Brodaty, czarnowłosy, aparycją przypominający poprzednika. Gdy się spotykamy, nie chce zasiadać za biurkiem. Mówi, że fotel i tak jest zepsuty, a on woli rozmawiać z ludźmi przy stole. Kiedy tak rozmawiamy, przynajmniej kilka razy ktoś bez pukania wchodzi do biura z jakąś pilną sprawą.
– Ojciec opowiadał mi, że już jako 10-latek musiał pracować de sol a sol, od wschodu do zachodu słońca – wspomina. – Społeczeństwo dzieliło się wtedy na klasy, a mój ojciec należał do tych najbiedniejszych. Czuł się nikim, a przez większość życia pracował dla latyfundystów. Projekt Marinaledy jest inny i zamierzamy go kontynuować.
Gómez Reyes przyznaje, że ich wieś uznawana jest w Hiszpanii za „czarną owcę”: za tych, którzy mają stale wiele roszczeń i ciągle grożą strajkami. – Krążą o nas anegdoty, budzimy respekt wśród władz regionu. Krytykuje nas zwłaszcza konserwatywna Partia Ludowa, która stawia na masową turystykę i pola do gry w golfa. My mamy inny pomysł na siebie. W końcu trudno wskazać drugą taką wieś w Hiszpanii, która wywalczyła ziemię od księcia. Próbowano nas naśladować, ale w końcu ziemia lądowała w rękach prywatnych, a to niweczy wszystko – opowiada.

Prawo własności
Tym, co wyróżnia życie w Marinaledzie, są także tzw. domy z samodzielnej budowy (hiszp. autoconstrucción). Jest ich ponad 350, a obecnie buduje się 24 kolejne, choć na liście oczekujących jest ponad 160 rodzin. Tryb autoconstrucción polega na tym, że Ratusz zapewnia działkę i materiały, a przyszły mieszkaniec sam buduje swój dom, ewentualnie przy wsparciu innych w ramach „czerwonych niedziel”.
Z tak zbudowanego domu odlicza się włożoną pracę, a resztę dzieli na płatności po 15 euro miesięcznie. Takiego domu nie można potem sprzedać, za to można go przekazać dzieciom czy wnukom. – Gdy władze innych wsi wyrzucają pieniądze w błoto, wymieniają chodniki, my wolimy dopłacać ludziom do domów – mówi mi Sergio Gómez Reyes.
Dziś Marinaleda przygotowuje się do świętowania otwarcia nowo wyremontowanego centrum kultury, które będzie nosić imię byłego burmistrza. Brakuje jeszcze mebli, wyposażenia studia radiowego i telewizyjnego. Poprzednią telewizję Marinaledy zamknięto ze względu na brak licencji. Manuel Prieto Pradas, brat Juana i radny, liczy, że teraz będzie inaczej, bo można transmitować w internecie.
Czy rzeczywiście Marinaleda nie jest częścią gospodarki kapitalistycznej?
W książce „The Village Against The World” (w wolnym przekładzie: „Pewna wioska kontra świat”) brytyjski dziennikarz Dan Hancox pisze, że Marinaleda to przykład polityki anarchistycznej, a także wrogości wobec hiszpańskich władz centralnych.
Zdaniem Hancoksa cała gospodarka Marinaledy oparta jest na subwencjach, więc wioska wcale nie przestała być gospodarką kapitalistyczną.
Dla przykładu: w latach 2000-2016 kooperatywa w Marinaledzie otrzymała ponad 9,5 mln euro z Unii Europejskiej w ramach programu PAC (Wspólnej Polityki Rolnej). W tych samych latach fabryka konserw należąca do kooperatywy otrzymała ponad 300 tys. euro subwencji od rządu regionalnego Andaluzji. Z kolei w budżecie Marinaledy za rok 2023 można przeczytać także o subwencjach rządu Andaluzji na program promocji zatrudnienia w rolnictwie (PFEA).
Ponadto Dan Hancox zwraca uwagę na niejasne, jego zdaniem, metody otrzymywania pracy w kooperatywie, a także zdarzające się czasami opóźnienia w wypłacie wynagrodzeń.
– Pytasz mnie, jak to możliwe, że gmina licząca dwa i pół tysiąca mieszkańców ma domy za 15 euro miesięcznie, dwa boiska do piłki nożnej, basen, centrum sportowe, boiska do tenisa, przedszkole, szkołę podstawową, szkołę średnią, a wkrótce także nowe centrum kultury? Kluczem jest kolektywizm zamiast indywidualizmu i działalność naszej kooperatywy – przekonuje mimo to Manuel Prieto Pradas.
Czy eksperyment w Andaluzji może się skończyć?
Jednak życie w Marinaledzie może się zmienić, bo kooperatywie – najważniejszemu pracodawcy „antykapitalistycznej wsi” – grozi sprzedaż.
W 1991 r., po licznych protestach mieszkańców Marinaledy, władze Andaluzji odkupiły farmę El Humoso od księcia Infantado, po czym udostępniły ją gminie, ale zachowały prawo własności. Dziś władze Wspólnoty Autonomicznej chcą, aby El Humoso znowu trafiło w ręce prywatne.
Mieszkańcy chętnie by ją wykupili. Jednak kwota 30 mln euro, na jaką wyceniono kooperatywę, to za dużo jak na budżet wiejskiego Ratusza.
Na razie nie ma innego chętnego kupca, więc życie w Marinaledzie toczy się wciąż tym samym rytmem. Nie wiadomo, jak długo jeszcze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















