Sara pamięta, jak żyje się w cieniu ciągłych awarii prądu i wody. Jak to jest, gdy w całym bloku unosi się uciążliwy zapach marihuany. Pamięta obawy przed wyjściem z domu wieczorem i nad ranem. Wtedy było bardzo niebezpiecznie. Dziś jest bezpieczniej, choć stare problemy pozostały.
Sara, dziś 36-letnia, miała szczęście. Już w podstawówce była prymuską. Wyróżniała się, dlatego jej nauczycielka zawalczyła, by przeniesiono ją do szkoły w sąsiedniej dzielnicy. Dostała szansę na ukończenie liceum i studia.
Także Cristina, dziś 48-letnia, pamięta swoje dzieciństwo na tym osiedlu. Trafiła na nie w wieku ośmiu lat, gdy jej rodzice dostali komunalne mieszkanie. Wówczas był to nowy punkt na mapie Sewilli, osiedlali się tu ubodzy robotnicy z całego regionu.
Cristina miała mniej szczęścia: przyszło jej spędzić w tym miejscu całe życie. Tu poznała męża, wychowała dwoje dzieci: – Pytasz, czy chciałbym wyjechać? Jasne, że tak. Jak każdy. Chciałabym mieć piękny dom. Ale jest, jak jest.
Pepe od kilkunastu lat pracuje w Polígono Sur
Sara i Cristina wychowały się w czterdziestotysięcznym Polígono Sur – miejscu, które uważane jest za najbiedniejsze i najbardziej konfliktowe osiedle w całej Hiszpanii. Ledwie kilka kilometrów dzieli je od centrum Sewilli – stolicy Andaluzji, jednego z najbardziej popularnych wśród turystów miast Hiszpanii, pełnego zabytków.

Do Polígono Sur turyści jednak nie docierają. Gdyby jakiś tu trafił, przez przypadek, mógłby się zdziwić. Próżno szukać typowych dla Sewilli pomarańczowych drzewek, konnych bryczek, malowanej ceramiki z Plaza de España. Są za to sterty śmieci, plątaniny kabli (nielegalne podłączenia do prądu to norma), stoły i krzesła na nocne biesiady. Bywają i wypalone mieszkania.
Po osiedlu oprowadza mnie Pepe Serrano. Od kilkunastu lat pracuje dla stowarzyszenia Entre Amigos (Między Przyjaciółmi). Wysoki, szczupły, mówi szybko i z energią. Fan klubu FC Kordoba, skąd pochodzi, całe zawodowe życie związał z tym sewilskim osiedlem.

Pepe zabiera mnie na spacer po ulicy Martínez Montañés, jednej z najtrudniejszych. Uprzedza, by nie wyciągać aparatu, bo to może denerwować.
W siedzibie ich stowarzyszenia klimatyzacja zawieszona jest wysoko, a drzwi solidne, metalowe. Na wszelki wypadek. W ciągu 40 lat działalności było kilka prób kradzieży.
Miejsce gdzie nie przyjeżdża autobus miejski
– Częste są awarie prądu, nie ma wind, skrzynek pocztowych. Listonosze nie chcą tu pracować. Trzeba odbierać listy na poczcie – objaśnia Pepe, gdy mijamy budynek pocztowy.
Nieustannie walczy z firmami kurierskimi: – Gdy coś zamawiamy w sklepie online, firma kurierska zwykle nie chce dowieźć zamówienia. Choć płacimy za przesyłkę.
Podobnie jest z dostawą jedzenia: zamówić można, ale bez gwarancji, że dojedzie. Aby odebrać pizzę, najlepiej umawiać się z dostawcą gdzieś na obrzeżu osiedla, np. przy szpitalu.
Spacerujemy po trzynastej, na ulicach sporo ludzi. Znudzone dzieci, które mają wakacje, siedzą przed blokami i gapią się w ekrany smartfonów.
Mijamy przystanki autobusu miejskiego nr 31, ale próżno by na niego czekać. Nie przyjeżdża od miesiąca. Kierowcy się zbuntowali, gdy po raz kolejny paroletnie dzieci obrzuciły ich kamieniami. Negocjacje na temat powrotu autobusów utknęły, kierowcy grozili strajkiem podczas tygodnia lokalnej fiesty, więc miasto nie nalegało.
Pojawił się pomysł, by autobusom towarzyszył patrol policji, ale decyzji wciąż brak.
– Gdyby coś takiego miało miejsce na innym osiedlu Sewilli, to czy też zabrano by połączenie autobusowe? Na pewno nie – irytuje się Pepe. – Tutaj za sprawą kilkorga winnych tysiące ludzi zostały bez autobusu, nie mogą dojechać do lekarza czy pracy.
Burzliwa historia osiedla Polígono Sur
Aby lepiej zrozumieć historię tego miejsca, odwiedzam lokalne władze. Konkretnie: komisarza osiedla, jedyną taką instytucję w całej Hiszpanii. Sześć lat temu został nim Jaime Bretón Besnier, polityk konserwatywnej Partii Ludowej. W rozmowie wyjaśnia, że jego zadaniem jest „diagnoza i współpraca z innymi służbami Sewilli”. On i jego zespół wydają opinię, ostateczne decyzje podejmują władze miasta.
Historia Polígono Sur sięga lat 60. XX w., gdy ówczesne władze zbudowały tu osiedle z mieszkaniami socjalnymi dla robotników, którzy wcześniej gnieździli się w slumsach i ruderach w innych częściach Sewilli.
Osiedle stało się domem dla ubogich mieszkańców. Jednak z upływem lat pojawił się problem narkotyków, nielegalnych upraw marihuany, a potem też przemocy, handlu bronią i starć gangów. Pierwotni mieszkańcy, w miarę poprawy ich sytuacji życiowej, przeprowadzali się do lepszych dzielnic. Tu zaś trafiali ludzie wyrzucani z innych osiedli – głównie Romowie, imigranci, osoby skrajnie ubogie.
Jaime Bretón Besnier pokazuje mi plan osiedla, w tym jedno z – jak mówi – najbardziej zapalnych miejsc. To strefa zwana Las Vegas, gdzie siedzibę ma stowarzyszenie Entre Amigos.

Na całej ulicy widać mnóstwo wiszących kabli z nielegalnych podłączeń. Na 250 mieszkań w okolicy „strefy” za prąd płaci tylko jeden mieszkaniec i stowarzyszenie.
– Ludzie przyzwyczaili się, że wszystko jest gratis. Woda, prąd, czynsz. Że jedzenie dają Caritas i bank żywności – komisarz dodaje, że lokalne władze nieraz próbowały egzekwować płatności, ale okazywało się to bardziej kosztowne niż ich wysokość.
Narkotyki atrakcyjniejsze niż uczciwa praca
– Uprawiając nielegalnie marihuanę w swoim domu, można zarobić 3 tysiące euro miesięcznie – wylicza Jaime Bretón Besnier. – To sprawia, że trudno nam przekonać młode osoby do kontynuowania nauki czy podjęcia pracy.
Za uprawianie marihuany kodeks karny przewiduje łagodne sankcje. – Aby taki hodowca dostał kilka lat więzienia, policja musiałaby udowodnić, że jest on częścią grupy przestępczej. Jeśli tego nie zrobi, a podejrzany nie ma przeszłości kryminalnej, zwykle winny pozostaje na wolności – mówi komisarz.
Jaime Bretón Besnier uważa, że narkotyki są tutaj, jak to określa, „nielojalną konkurencją” dla uczciwych zajęć. Wymienia fundacje i firmy, które zgłaszały się na osiedle i proponowały mieszkańcom kursy z nowych technologii czy sztucznej inteligencji, a po ich zakończeniu stabilną i dobrze płatną pracę. – Amazon rozdawał nawet bony na 100 euro do wydania w ich sklepie, tak na zachętę. Ale i to nie pomogło. Wielu z tych ludzi po prostu nie chce pracować. Jest im dobrze tak, jak jest – uważa komisarz.
Walka z domowymi plantacjami marihuany jest trudna. Choć łatwo je wytypować: mieszkanie, w którym jest uprawiana, zużywa tyle energii co kilkadziesiąt innych mieszkań.
Ale policja, gdy chce je przeszukać, musi mieć pozwolenie sądu. Wniosek o nie trzeba udokumentować, podać nazwisko właściciela lokalu. To zaś nie jest proste. Użytkownicy mieszkań komunalnych często przekazywali je dalej, niezgodnie z prawem, swoim dzieciom, wnukom czy przyjaciołom. Dziś trudno ustalić, kto gdzie mieszka.
Dzielnica bójek, strzelanin i gangów
W ślad za narkotykami na osiedlu zagościła przemoc. Mechanizm jest taki: gdy plantacja marihuany staje się dochodowa, pojawia się rywalizacja klanów, a co za tym idzie: użycie broni palnej.
Do jednej z większych strzelanin doszło jesienią 2024 r., prawdopodobnie podczas próby kradzieży narkotyków. Policja określa to skrótem vuelco – napad rabunkowy między grupami przestępczymi. Na miejsce wysłano trzystu policjantów. Zatrzymano dziesięć osób. Byli ranni (lekko). Nikt, co typowe dla tej dzielnicy, nie złożył zawiadomienia na policji.
Co martwi władze: analiza łusek zebranych na miejscach strzelanin pokazuje, że używa się już nie tylko strzelb myśliwskich, ale coraz częściej broni automatycznej lub półautomatycznej. To może świadczyć, że gangi się specjalizują, bogacą i rozrastają.
Coraz częściej dochodzi też do szantaży. Członkowie klanów nachodzą starsze osoby z osiedla, grożą, zmuszają do sprzedania mieszkań, aby móc rozszerzyć plantacje.
Stowarzyszenie Entre Amigos przeprowadziło badanie wśród podopiecznych. Wynik: 60 proc. widziało w ostatnich miesiącach bójkę lub strzelaninę, a 55 proc. brało w nich udział.
Pułapka dochodu gwarantowanego
Jaime Bretón Besnier uważa, że czynnikiem, który cementuje strukturalne problemy osiedla, jest – obok narkotyków – także tzw. minimalny dochód gwarantowany.
Ten rodzaj zasiłku został wprowadzony przez rząd centralny w Madrycie podczas pandemii. Miał służyć walce ze społecznym wykluczeniem i ubóstwem. W zależności od sytuacji rodzinnej, może on wynosić od pięciuset do tysiąca euro miesięcznie.
– Mieliśmy rodziny, który się szkoliły, by podjąć jakąś pracę, ale potem nie chciały tego kontynuować. Rozumiem, że pomoc tę dostają osoby, które są w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Albo 55-latkowie, którzy od kilku lat są bezrobotni, kończy im się zasiłek, a w tym wieku trudno znaleźć pracę. Ale minimalnego dochodu gwarantowanego nie można przyznawać 25-latkom, robimy im tym krzywdę. Oni nigdy nie będą chcieli pracować – mówi komisarz osiedla.
Cristina pragnie odrobiny normalności
„Zatrzymano 10 osób po strzelaninie”; „Rozwiązano imprezę z udziałem 40 osób”; „Policja bada sprawę pożaru”: to częste czołówki lokalnych mediów poświęcone osiedlu. Ale Pepe Serrano uważa, że sytuacja jest bardziej złożona, by zmieścić ją w jednym tytule.
– Jest tu wiele problemów, ale to nie strefa wojenna. Wszystko zależy od konkretnego miejsca i ulicy. Większość ludzi chce normalnie żyć. To ci pozostali wpływają na wizerunek całego osiedla – mówi Serrano.
Wśród tych, którzy pragną normalności, jest 48-letnia Cristina. Niska brunetka z ciemną karnacją i długimi prostymi włosami, sympatyczna i otwarta. Na jej delikatnie pomarszczonej twarzy nie ma makijażu, za to maluje się zmęczenie.
Razem z Cristiną, jej mamą i siostrą szukamy odrobiny cienia. Trzydzieści kilka stopni w letni poranek są trudne do wytrzymania. – Dziś piątek, więc przygotowujemy nasz towar. Jutro będziemy go sprzedawać na plażach. Tu w weekend nic już nie sprzedamy, bo całe miasto wyjeżdża nad pobliskie morze – mówi Cristina.
Jest Romką. Jedna piąta mieszkańców osiedla to Romowie (w Andaluzji jest ich 300 tys.). Licznie zamieszkują dwie najbardziej problemowe ulice: Martínez Montañés i Murillo.
Jak wielu Romów w Hiszpanii, Cristina trudni się sprzedażą zwaną venta ambulante. To sprzedaż z samochodu, bez jednego stałego miejsca.
Cristina mówi, że czuje się bezpiecznie: – Nigdy nie miałam problemów. Wstajemy rano i każdy idzie w swoją stronę. Dzieci do liceum. Ja z siostrą pomagam mamie. Znam tu wszystkich. Wiem, z kim mogę rozmawiać, a z kim lepiej nie. Ostatnio faktycznie częściej nie ma prądu, ale to pewnie przez upały. Mieszkam tuż koło straży pożarnej i jeśli zdarza się awaria prądu, to najwyżej na dwie godziny.
Edukacja w Polígono Sur
W Entre Amigos panuje dziś ożywiony ruch. Spieszą się, by zdążyć z przygotowaniami do szkoły letniej dla dzieci z osiedla. Będzie dużo godzin na basenie, nauka segregowania śmieci, zajęcia z muzyki i gotowania. – Są wakacje i chcemy, by dzieci się dobrze bawiły. Ale jesteśmy też po to, by im towarzyszyć, wyłapywać niepokojące sygnały, konflikty w rodzinie – mówi mi Nerea Guzmán z Entre Amigos.
W trakcie roku szkolnego Entre Amigos ma swoich pracowników w każdej z tutejszych szkół. Ich pokoje, usytuowane przy wejściu do budynku, są otwarte także w wakacje. Ludzie z Entre Amigos nadzorują sytuację dzieci, zwłaszcza ich obecność w szkole. Jeszcze 20 lat problem absencji dotyczył 80 proc. dzieci i nastolatków, dziś spadł w okolice 20 procent.
Jednak to wciąż jedna z najgorszych statystyk w kraju. Dane za rok 2023 mówią, że ponad 60 proc. uczniów z tego osiedla nie kończy szkoły.
W szkole C.E.I.P. Andalucía korytarze są pomalowane na żółto, z czym kontrastują niebieskie drzwi. I jest jedna z najbogatszych szkolnych bibliotek w Andaluzji.
Przy wejściu dzieci wraz z rodzicami stworzyli „drzewa życzeń”; większość jest anonimowa. Ktoś marzy o „szkole z czekolady”, ktoś inny o „szacunku”, „większej bibliotece na parterze”, „tolerancji”, „miłości” albo o „zakończeniu problemów na osiedlu”.
W szkole siedzibę ma też społeczne radio – Radio Abierta, Otwarte Radio. Istotnie otwarte dla wszystkich. Pepe Serrano nazywa je teatrem, wymówką i przestrzenią to stworzenia wspólnoty, do poruszania tematów ważnych dla mieszkańców.
Co ma sens w Polígono Sur?
Budynki osiedla kontrastują z nowoczesną infrastrukturą. Polígono Sur ma najlepszą przychodnię w całej prowincji. Nowoczesna, ma długie jasne korytarze, duże okna i patio z roślinami. Gdy oprowadza mnie po nim komisarz osiedla, świeci pustkami.
W Polígono Sur jest też ośrodek aktywności osób starszych, centrum kultury, centra edukacyjne i boiska sportowe (z boisk korzystają chętni z całej Sewilli). Na ich funkcjonowanie co roku płyną miliony euro ze środków krajowych, z europejskiego funduszu rozwoju regionalnego, od prywatnych dawców.
Jednak, mimo tych nakładów, niewiele się tu zmienia. Przyczyną, zdaniem wielu, pozostają narkotyki.
36-letnia Sara Martinez Uceda wychowała się w Polígono Sur. Skończyła studia, kupiła mieszkanie w innej części Sewilli. Ale wciąż wraca: jest psycholożką w Entre Amigos.
Sara: – To bardzo trudne, patrzeć, jak 14-letnia dziewczyna z aspiracjami i świetnymi ocenami zachodzi w ciążę i przerywa naukę. Towarzyszysz jej rodzinie przez lata, mówisz jej, że może zajść daleko, ale to wszystko na nic. To naprawdę trudne.
– Ale nasza praca ma sens – dodaje. – Powtarzam, że jesteśmy jak rolnicy, tyle że nie zawsze to my zbierzemy plony. Trzeba jednak siać. I czekać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















