Chcielibyśmy poznać kogoś, komu pod wpływem kampanii wyborczej przydarzyła się zmiana światopoglądu. Że dajmy na to, wiele miesięcy temu, ów ktoś chciał zagłosować na R. Trzaskowskiego, a dziś jest zdecydowany poprzeć K. Nawrockiego, bądź na odwrót. Zaiste człowiek taki, jeśli istnieje, gdyby ujawniono jego dane i wizerunek, miałby się z pyszna w naszej ojczyźnie przepełnionej tzw. tradycyjną tolerancją i miłością bliźniego. Otóż mniemamy z charakterystyczną pewnością siebie, że kogoś takiego po prostu nie ma.
Kampania wyborcza – w jakimś niezbadanym obszarze tematycznym – wydaje się więc kompletnie zbędna, niesłużąca zdaje się przekonaniu kogokolwiek do czegokolwiek. Jest to narządzie stosowane dziś z rozpędu, bardzo tradycyjne, ale raczej antyczne. Podobnie się rzecz ma, jeśli idzie o sprawy kompromitujące.
Rzeczywiście chyba nie ma dziś niczego, co mogłoby tak gruntownie skompromitować dowolnego kandydata, by jego zwolennicy się od niego odwrócili. Słowem, szukanie haków – choć się cały czas odbywa – jest stratą czasu, pieniędzy i energii, w tym energii elektrycznej. Romans, solidny wałek finansowy, kradzież z bronią w ręku, jazda na gapę tramwajem, spowodowanie po pijanemu wypadku – to pikuś wobec nieostrożnego wdania się w publiczną dyskusję na temat liczby płci, nie tylko u ludzi.
Z naprawdę okropnymi konsekwencjami trzeba się liczyć, gdy przeciwnikom uda się sprowokować kandydata do wyrażenia opinii na temat mikrobiologii czy wirusologii, bądź ogólnie rzecz biorąc leczenia – dajmy na to – antybiotykami, a nie kwasem buraczanym, szpinakiem bądź wywarem z huby. Opinia wyrażona w telewizji na temat szczepienia dzieci może zaszkodzić politykowi znacznie bardziej niż doniesienie, że ów opowiadał dowcipy na pogrzebie własnej matki, albo że sprzedał dziecko sąsiadów Niemcom.
Wobec tak opisanej kondycji elektoratu widzimy, że swoista prawicowość tworzy nam obraz taki oto, że Trzaskowski w wielu sprawach mówi Nawrockim, a Nawrocki Mentzenem. Jest to – każdy przyzna – ciekawe, choćby z uwagi na to, do kogo mówi Mentzen, który, jak się zdaje, jest kołem zamachowym przyszłej polityki w Polsce.
Oto parę dni temu siedzieliśmy przed chałupą w pewnej wsi, której nazwy tu nie wymienimy. W ogóle nie zajmowaliśmy się polityką ani nawet nie rozmyślaliśmy nad jej wpływem na nastroje społeczne. Zawzięcie herboryzowaliśmy oraz oddawaliśmy się nefologii, to jest oglądaniu chmur. Kwilenie ptactwa, poświsty wichru, muczenie krów i pianie kogutów, wszystko to razem, dawno niesłyszane, wiązało nasze zmysły i skutecznie odrywało od rozmyślań nad dolą ojczyzny. Oto jednak sielankę przerywały nam piski, bynajmniej nie ptasie i muczenie bynajmniej nie krowie.
Była to energiczna banderia młodzieży miejscowej na rowerkach. Było ich mniej więcej dwudziestu, a średnia wieku na nasze oko wynosiła powiedzmy dwanaście lat. Kursowali szosą lokalną, a więc raczej pustą, co drugi machał plakatem w czarnej tonacji, a wszyscy skandowali głosami przed mutacją nazwisko swego idola: „Mentzen! Mentzen!”. I tak przez całe popołudnie. Kursowali raz w tę, raz we w tę, nad nimi zaś ćwierkał skowronek.
Nigdy wcześniej nie widzieliśmy dzieci z pasją tego rodzaju, a różne kampanie wyborcze mamy za sobą. Dzieci – co wiemy – zawsze ocieplają wizerunek polityka. Dobrze jest pokazać do kamery dziecko z kwiatkiem albo w krakusce. Tu jednak nie mieliśmy do czynienia z planowaną w sztabie wyborczym akcją, z cyniczną próbą wykorzystywania nieletnich. Był to w pełni spontaniczny wiec, nakręcony przez koło od hulajnogi kandydata Mentzena, na której kiedyś wjedzie on do drugiej tury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















