Reklama

Ładowanie...

Co by było, gdyby nie rozbiory

Co by było, gdyby nie rozbiory

23.01.2018
Czyta się kilka minut
225 lat temu Polska zniknęła z mapy Europy. Na rocznicę II rozbioru przypominamy jeden z najświetniejszych tekstów historycznych z archiwum "TP".
Portrety zaborców w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN / Fot. Bartosz Krupa / Eastnews
Portrety zaborców w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN / Fot. Bartosz Krupa / Eastnews
W

W tę pułapkę wpada chyba każdy, kto lubi historię. Czytając o kolejnych polskich klęskach trudno nie rozmyślać na temat, którym zainteresował się już Juliusz Słowacki, pisząc wkrótce po upadku powstania listopadowego: „Czym dziś byłby nasz kraj odzyskany w trzydziestym pierwszym roku?” Łatwo dodać analogiczne kwestie: Co by było gdyby nie klęska wrześniowa 1939 roku? Gdyby nie rozbiory? Gdyby w XVII wieku Rzeczpospolita umiejętnymi ustępstwami potrafiła rozwiązać problem kozacki?

Historycy zawodowi reagują na podobne pytania łagodniej niż dawniej. Amerykański historyk Robert Fogel, niedawny laureat nagrody Nobla z ekonomii, uzyskał sławę dzięki pracy badającej, drogą skomplikowanych analiz „kontrfaktycznych”, jak rozwijałaby się gospodarka Stanów Zjednoczonych, gdyby nie wynaleziono kolei. A przecież odpowiedź na pytanie co by było, gdyby nie rozbiory, nie wymaga tak głębokich dociekań, bo wydaje się oczywista na pierwszy rzut oka. Spójrzmy na Wiedeń, spójrzmy na Budapeszt (nie mówiąc już o Paryżu) i pomyślmy:

Jak wyglądałaby Warszawa?

Oto sprowadzony z Francji lub Niemiec jakiś naśladowca barona Haussmana śmiałą ręką nakreśliłby szerokie bulwary, przy których, jak przy wiedeńskim Ringu, wznosiłyby się wspaniałe Gmachy Publiczne: Sąd Najwyższy, stołeczny Ratusz, Muzeum Narodowe, Uniwersytet i Katedra (bo przecież mała staromiejska fara nie uniosłaby godności siedziby metropolitalnego biskupstwa). Pięcio- czy sześciopiętrowe kamienice przy bulwarach nie ustępowałyby wspaniałością fasad niejednemu pałacowi.

Centrum przenosiłoby się powoli ze Starego Miasta nad Wisłę, bo dziewiętnastowieczni urbaniści wkomponowaliby skarpę wiślaną w architekturę miasta, tworząc malownicze perspektywy wznoszących się i opadających alej, ulic i uliczek. Nad uregulowaną rzeką, przy eleganckich promenadach stanowiących ulubione miejsce przechadzek wyższych warstw stolicy, obok mostu, dorównującego wdziękiem i przepychem paryskiemu mostowi Aleksandra – wyrósłby wspaniały gmach parlamentu.

Jakby wyglądał? Architektura i urbanistyka dziewiętnastego wieku podporządkowana była programowi ideowemu. Powstawały „style narodowe", które budzić miały uczucia patriotyczne. Takim stylem w Prusach był neogotyk, w Austrii – neobarok. W Polsce zapewne byłby nim nawiązujący do złotego wieku jagiellońskiego neorenesans. Parlament byłby więc neorenesansowy, z krużgankowym dziedzińcem jak na Wawelu czy w Pieskowej Skale, z fasadą kopiującą mieszczańskie kamienice z Kazimierza nad Wisłą; sama dostojność architektury utwierdzałaby gapia w przekonaniu o stabilności mieszczańskiego systemu liberalnej monarchii konstytucyjnej. Neorenesansowe byłyby też gigantyczne dworce kolejowe, a zapewne także i teatr – choć ten mógłby być równie dobrze eklektyczny, według wzoru opery paryskiej (jak teatr krakowski). Opisując stolicę nie można zapomnieć o setkach mniejszych i większych pomników na placach, skwerach, rondach i w parkach, które utwierdzałyby mieszkańców w patriotyzmie i uczuciach dynastycznych.

Możemy sobie wyobrazić analogiczny rozwój dwóch, obok Warszawy, stołecznych miast Rzeczypospolitej – Krakowa i Wilna. Główne rezydencje monarsze – Zamek w Warszawie i Wawel – zostałyby rozbudowane z takim rozmachem, że ogrom postawionych w XIX wieku nowych luksusowych skrzydeł przysłoniłby zupełnie dawniejsze zabudowania (tak, jak to się stało w wiedeńskim Hofburgu i w Zamku Królewskim w Budzie). Wiemy dobrze, jak by to wyglądało: w Warszawie zrealizowano by znany z rycin projekt z czasów stanisławowskich, który zamieniłby Plac Zamkowy w rodzaj antycznego forum, na którym przy kolumnie Zygmunta stałaby druga bliźniacza kolumna Jana III Sobieskiego; w Krakowie zaś przebudowano by Wawel według projektów Wyspiańskiego (co możemy dziś zobaczyć na ślicznej makiecie w Muzeum Wyspiańskiego przy ul. Kanoniczej).

Nasuwa się czasami myśl, że właśnie tę konsekwencję zaborów najżywiej odczuwamy po dziś dzień: brak po europejsku urządzonych dużych miast. Ostatecznie, ludzie zapominają o przegranych bitwach, masakrach czy wywózkach; abstrakcyjne procesy historyczne nie obchodzą ich specjalnie; ale różnicę między Warszawą a wielkimi stolicami Zachodniej, a nawet Środkowej Europy zauważy każdy natychmiast.

Taki wniosek jest jednak przesadzony. Procesy historyczne oddziałują na ludzi nawet jeśli ich się nie zauważa; trzeba rozważyć wpływ braku państwowości na życie społeczne. Załóżmy więc, że mamy rok 1815, Kongres Wiedeński: Rzeczpospolita wchodzi w XIX wiek z granicami z r. 1772, zapewne uszczuplonymi nieco na wschodzie na rzecz Rosji. Wybierzmy (zdając sobie sprawę z arbitralności tego wyboru) cztery grupy bardzo ważnych zagadnień, z którymi musiałaby się zmierzyć: kwestię narodową, kwestię ustroju politycznego, kwestię rozwoju gospodarki oraz kwestię przemian kultury.

W kwestii narodowościowej

rysują się dwa warianty, przy czym bardziej prawdopodobny jest – jak zwykle – wariant pesymistyczny. Oto władze polskie przez cały XIX wiek konsekwentnie dążą do utworzenia scentralizowanego i jednolitego państwa o ustroju parlamentarnym, do czego pierwszy krok stanowiła Konstytucja 3 Maja. Nie ma w tym początkowo nacjonalizmu, jest tylko oświeceniowa fascynacja racjonalnością, jednolitością, praktycyzmem. Te dążenia napotykają na coraz silniejszy opór innych narodowości, przede wszystkim Litwinów i Ukraińców (Rusinów). W konstytucyjnej Rzeczypospolitej świadomość tych narodów rozwijałaby się szybciej niż w „prawdziwym” wariancie historii, kiedy tereny, o których mowa, znalazły się pod panowaniem despotycznej carskiej Rosji. Konflikt narastałby przez cały XIX wiek i w końcu I wojna światowa oderwałaby od nas ziemie etnicznie niepolskie. Pozostałby niewielki kraik (z grubsza biorąc: wschodnie granice dzisiejsze, zachodnie sprzed 1939), w którym wspaniała architektura stolicy stanowiłaby jedyną pamiątkę utraconej świetności.

Obraz taki nie byłby jeszcze całkiem czarny, gdybyśmy mieli za naszą wschodnią granicą w latach dwudziestych i trzydziestych nie potężną Rosję, lecz niepodległe: Ukrainę, Białoruś i Litwę. Niezależnie od konfliktów z tymi państwami, nie zagrażałyby one naszej niepodległości i chroniłyby przed rosyjską agresją.

Dlaczego jednak nie pofantazjować śmielej? Drugi wariant zakłada zupełnie odmienny przebieg procesów narodotwórczych nie tylko w skali Polski, lecz i całej Europy. Wydaje się z dzisiejszej perspektywy oczywiste, że ruch narodowy, początkowo wysuwający jedynie postulaty kulturalne, nieuchronnie zmierza ku tworzeniu własnego państwa. Czy jednak tak być musiało? Austria (to jest zachodnia połowa monarchii habsburskiej) od roku 1867 realizowała model państwa wielonarodowościowego, w którym nie było pojęcia „narodu państwowego” i „mniejszości narodowej”, nie było „języka państwowego” i „języków mniejszościowych”, lecz tylko równouprawnione języki równouprawnionych narodowości.

Model ten nie funkcjonował najlepiej, wstrząsany sporami etnicznymi. Załóżmy jednak, że podobny wzorzec ukształtował się w Rzeczypospolitej po licznych konfliktach wewnętrznych i nieudanych próbach narzucenia przez Polaków swego zwierzchnictwa innym narodowościom w państwie. Byłoby to ułatwione, gdyby Wielkiemu Księstwu Litewskiemu udało się zachować odrębność prawno-państwową, która dawałaby oparcie dla niepolskich ruchów narodowych.

Niemała część Europy – od Bałtyku po Adriatyk i od Alp po Inflanty – realizowałaby więc model państwa równouprawnionych narodowości. Czy nie wystarczyłoby to, aby szale dziejowego rozwoju przeważyć na drugą stronę, tak, by rozwój ruchów narodowych na całym kontynencie poszedł nie w kierunku dążenia do państw narodowych, lecz w kierunku równouprawnienia narodowości w ramach istniejących organizmów państwowych? Można sobie wyobrazić, o ile przyjemniejszym kontynentem byłaby dziś Europa, gdyby idea państwa monoetnicznego nie pojawiła się w ogóle w jej dziejach.

Nie ma wątpliwości, że tylko taki wzorzec rozwoju dawał Rzeczypospolitej jakiekolwiek szanse przetrwania w granicach historycznych. Żadne próby polonizacji Litwinów, Białorusinów czy Ukraińców nie miałyby w XIX wieku szans powodzenia i musiałyby skończyć się konfliktem tym ostrzejszym, z im większą determinacją i konsekwencją byłyby wprowadzane.

Zasadniczy problem związany

z przemianami ustrojowymi

postawiony został już ponad sto lat temu przez krakowską szkolę historyczną: czy można stworzyć nowoczesne państwo konstytucyjne w kraju, który nie miał za sobą doświadczenia absolutyzmu? Wczesnonowożytny absolutyzm europejski nie był miły, ale dokonał rzeczy bardzo ważnej: złamał system, stanowe, „wymieszał” społeczeństwo, osłabił przewag, szlachty, a przez to przygotował grunt pod nowoczesne scentralizowane państwa demokratyczne.

Można teoretycznie wyobrazić sobie inną drogę, gdyby instytucje przedstawicielskie zdołały spełnić zadania państwa absolutnego, tworząc scentralizowany, sprawny aparat biurokratyczny, likwidując samorząd sejmikowy lub przekształcając go w nowoczesny samorząd lokalny. Jednak ewentualny sukces w tej dziedzinie z samej istoty rzeczy sprowadziłby konflikt z niepolskimi narodowościami Rzeczypospolitej, nawet jeśliby władze centralne nie powodowały się wcale szowinizmem, lecz chciały jedynie modernizować strukturę państwa. Modernizacja bez centralizacji nic jest możliwa, tak w każdym razie sądzono w XIX wieku. To zaś przemawiałoby raczej za realizacją pierwszego (pesymistycznego) z dwóch możliwych scenariuszy rozwoju kwestii narodowościowej w Polsce. Scenariusz optymistyczny mógłby się powieść jedynie za cenę powolnego i niekonsekwentnego unowocześniania struktur społecznych i politycznych. Nie bardzo umiem wyobrazić sobie wyjście z tego dylematu, a więc taki (choćby nawet mało realny) rozwój zacofanego państwa europejskiego w XIX wieku, w którym przyspieszonej modernizacji nie towarzyszyłyby ostre napięcia narodowościowe.

Natomiast kwestia ustroju władz centralnych nie jest trudna; Polska z pewnością miałaby ustrój monarchiczno-konstytucyjny. Jeśli przyspieszona modernizacja i centralizacja rozwijałyby się bez przeszkód, wykształciłby się zapewne w Polsce model podobny do tego, który po 1870 r. obowiązywał w Rzeszy Niemieckiej, gdzie parlament posiadał jedynie funkcje ustawodawcze, natomiast monarcha mianował szefa rządu według własnego uznania. Gdyby natomiast centralizacja władzy odniosła mniejsze sukcesy, wtedy szlachta wolałaby zapewne klasyczny parlamentaryzm angielski, z większym znaczeniem sejmu i ograniczoną rolą monarchy.

W takiej Polsce patriotyzm przybrałby inny kształt. Można się obawiać, że brakowałoby mu owego internacjonalizmu i solidarności z uciskanymi, które stanowią najpiękniejsze cechy polskiego patriotyzmu romantycznego. Za to jednak byłby on bliższy modelowi zachodnioeuropejskiemu; otaczałby czcią raczej tron monarchy i instytucje Rzeczypospolitej, niż sam naród, a więc byłby może trudniejszy do przekształcenia w nacjonalizm typu endeckiego. W każdym razie buntownicza pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła” nie miałaby okazji powstać: podczas urodzin Najjaśniejszego Pana dzieci w szkołach śpiewałyby polską wersję pieśni „God save the King”, która w dziewiętnastowiecznej Europie stanowiła uniwersalny hymn państw monarchicznych (czytelnicy „Końca świata szwoleżerów” Mariana Brandysa pamiętają może, że taka polska przeróbka istnieje: powstała z okazji koronacji cara Mikołaja I na króla Polski w 1828 roku).

Wszelkie

rozważania nad rozwojem gospodarczym

w niepodległej Polsce dziewiętnastowiecznej są uzależnione od odpowiedzi na pytanie: czy polityka gospodarcza państwa stanowiła decydujący czynnik wzrostu w ówczesnej Europie Środkowo-Wschodniej? Dawniej historycy jednoznacznie twierdząco na takie pytanie odpowiadali, obecnie jednak są nieco bardziej wstrzemięźliwi. Jerzy Jedlicki pokazał kiedyś, jak problematyczne były w gruncie rzeczy sukcesy polityki przemysłowej Lubeckiego w czasach konstytucyjnego Królestwa Polskiego. Wielu historyków sądzi, że również na Węgrzech w drugiej połowie XIX wieku aktywność państwa nie wpłynęła decydująco no modernizację węgierskiej gospodarki.

Nawet jeżeli przyjmiemy, że umiarkowane działania protekcyjne (cła na obce produkty przemysłowe, ulgi podatkowe dla przemysłowców itp.) byłyby skuteczne dla rozwoju gospodarczego, to wcale nie wiadomo, czy sejm Polski niepodległej byłby je aprobował. Dla ziemiaństwa, które przeważałoby w tym sejmie, ideałem były przecież niskie podatki i niskie cła; taki system bowiem pozwala sprzedawać zboże za granicę i kupować stamtąd towary luksusowe. Przykład sejmu galicyjskiego, niechętnego wszelkim śmielszym działaniom gospodarczym, skłania do sceptycyzmu.

Niekorzystne gospodarcze skutki epoki zaborów wynikały nie tyle z braku aktywnej polityki przemysłowej (której wartość jest problematyczna), ile z braku ogólnej wolności politycznej, szczególnie dotkliwego w zaborze rosyjskim. W obu pozostałych zaborach tworzyło się od polowy XIX wieku społeczeństwo obywatelskie; powstawały spółdzielnie, kółka rolnicze, kasy zapomogowe, a także organizacje oświatowe i kulturalne. Instytucje te objęły swym działaniem dużą część ludności chłopskiej i robotniczej, a ich wpływ na zachowania ludzkie jest dostrzegalny po dziś dzień. W zaborze rosyjskim taką działalność podjąć można było dopiero po pewnej liberalizacji caratu w roku 1905. Pomyślmy tylko, ile zdołaliby zrobić warszawscy pozytywiści, gdyby ich zapał i wiedza łączyły się z jakimikolwiek możliwościami legalnego działania; gdyby mogli zrobić coś więcej poza apelowaniem do dobrej woli czytelników ich artykułów. Niepodległa Polska nie musiałaby popierać przemysłu, wystarczyłoby, gdyby pozwoliła działać swym obywatelom. Nie byłoby w niej może przemyslowej Łodzi, powiązanej z rynkami rosyjskimi i nie wpływającej na zacofane otoczenie – ale miałaby zamożniejszych i mądrzejszych chłopów, robotników i rzemieślników.

W ten sposób dochodzimy do czwartego z wyróżnionych problemów: do kwestii

przemian w kulturze

Powszechna oświata była w XIX wieku niezbędnym warunkiem stworzenia nowoczesnego państwa i gospodarki. W Europie władze państwowe i samorządowe odegrały decydującą rolę w rozwoju sieci szkół, gimnazjów i uniwersytetów, w finansowaniu (lub współfinansowaniu) wydawnictw naukowych, teatrów, muzeów. To wszystko sprzyjało powolnej, modernizacji zarówno postaw ludzkich, jak i struktury społecznej –  i tego wszystkiego, czego Polska (z wyjątkiem Królestwa Polskiego w latach 1815-1830 oraz Galicji w epoce autonomicznej) była w XIX wieku pozbawiona. Brak niepodległego państwa utrudnił kontakty kulturalne z Zachodem. W wolnej Polsce nie byłoby oczywiście Wielkiej Emigracji, zaś kraj mógłby czerpać do woli z myśli zachodnioeuropejskiej. Nie byłoby więc owej dwoistości kultury polskiego romantyzmu, w której wielka literatura i filozofia badająca najgłębsze problemy ogólnoludzkie nie miała nic wspólnego z codziennymi, „przyziemnymi” kwestiami życia społecznego.

Nie ulega wątpliwości, że właśnie w kwestiach kultury brak własnego państwa był dla Polaków najszkodliwszy. Wielka poezja romantyczna nie mogła zastąpić braku szkół, uniwersytetów i stowarzyszeń.

Jakkolwiek nam by się to podobało, trzeba teraz zadać pytanie prowokacyjne:

Co Polska dzięki zaborom zyskała?

Z Austrią i Prusami sprawa jest względnie prosta. Do obu tych państw należały bowiem poza ziemiami polskimi również ziemie bliskie Europie Zachodniej pod względem struktury społecznej i poziomu gospodarczego: a więc ustawodawstwo, odpowiadające potrzebom tych bardziej rozwiniętych regionów, siłą rzeczy obowiązywało również na ziemiach polskich i wspierało ich rozwój cywilizacyjny.

Z zaborem rosyjskim, było inaczej, tu bowiem z metropolii nie płynęły modernizacyjne rozwiązania ustrojowe. Można co najwyżej zastanawiać się czy niektóre formy represji nie miały, wbrew intencji ich twórców, pewnego pozytywnego znaczenia. Mam na myśli radykalne uwłaszczenie po powstaniu styczniowym. Jak wiadomo, było ono formą „kary” dla patriotycznej szlachty i dlatego było korzystniejsze dla chłopów, a dokuczliwsze dla ziemiaństwa niż uwłaszczenie w zaborze pruskim i austriackim. Czy jednak radykalne osłabienie pozycji szlachty nie wzmocniło – zamiast osłabić, jak spodziewały się władze rosyjskie – polskiego życia narodowego? Czy mielibyśmy przy „galicyjskim” albo „pruskim” modelu uwłaszczenia wielki dorobek warszawskiego pozytywizmu i fenomen „niepokornej” inteligencji z przełomu wieków?

W podobnym kierunku szły refleksje Stefana Kieniewicza, gdy pisał o pozytywnym – mimo wszystko – znaczeniu powstania styczniowego w polskiej historii. Nie mogę powiedzieć, abym był zwolennikiem takiego wyszukiwanie pozytywnych elementów w oczywistej klęsce – ale rzecz jest warta dyskusji.

Polityka zagraniczna

zostaje w tych rozważaniach świadomie na boku.

Wszelkie rozważania na temat alternatywnego biegu historii dyplomacji są o wiele trudniejsze niż rozważania o przebiegu procesów społecznych, bo dyplomacja zależy od większej ilości czynników przypadkowych. Rozważając te sprawy należałoby więc rozgałęziać opowieść na podobieństwo drzewa, przedstawiając liczne możliwe warianty rozwoju sytuacji z danych warunków wyjściowych. Pomijam więc kwestię, jak ukształtowałby się w końcu XIX wieku system przymierzy europejskich i czy doszłoby do I wojny światowej; jak potoczyłyby się dzieje Rosji z granicą cofniętą na wschód o kilkaset kilometrów? Pomijam alternatywne dzieje XX wieku: czy byłaby rewolucja rosyjska, komunizm, II wojna światowa? Nie jestem pewien, czy sensowna próba odpowiedzi na tak odległe pytania jest w ogóle możliwa.

Napisałem wyżej, że straty w dziedzinie kultury wynikłe z braku własnego państwa uważam za najbardziej bolesną konsekwencję zaborów. Chodzi nie tylko o kwestie oświaty i nauki, lecz o szerszy problem przemian mentalności. Wolność i oświata wytwarzają tradycję korzystania z wolnych instytucji; rodzą inicjatywę gospodarczą, dają poczucie bezpieczeństwa i zaufania we własne siły. W tym kontekście nieco żartobliwy opis wyimaginowanej dziewiętnastowiecznej Warszawy nabiera charakteru zupełnie poważnego: takie miasto emanuje poczuciem dobrobytu, stabilności i nieuchronności ewolucyjnego postępu.

Nie ma tu znaczenia, czy owe tradycje stabilności i umiaru byłyby „uzasadnione” realną sytuacją kraju. One bowiem dają siłę przetrwania. Polska i bez zaborów mogłaby utracić ziemie wschodnie, mogła nawet nie zyskać Śląska ani Pomorza Zachodniego; mogła przeżyć najazd i zniszczenia drugiej wojny światowej: ale krótka, choćby nawet bardzo okrutna okupacja nie zdołałaby zerwać tradycji społeczeństwa stabilnego i zasobnego. Ta tradycja pozwoliłaby stosunkowo szybko nadrobić straty. Poczucia ciągłości i stabilności nie dało się wytworzyć w ciągu XIX wieku i to stanowi największą stratę, jaką naród polski poniósł w wyniku rozbiorów.

Prof. Maciej Janowski jest kierownikiem Zakładu Historii Idei i Dziejów Inteligencji w XIX i XX wieku. Opublikował m.in. "Polską myśl liberalną do 1918 roku", współautor (z Jerzym Jedlickim i Magdaleną Micińską) "Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918". Tekst ukazał się w "TP" nr 4/1995

 

 

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]