Cisza serca

W medytacji chrześcijańskiej nie chodzi o konkretną formę praktyki, lecz o duchową postawę. Praktyka ma znaczenie tylko o tyle, o ile tę postawę kształtuje i wyraża.

01.04.2013

Czyta się kilka minut

 / Fot. Kamila Buturla
/ Fot. Kamila Buturla

Medytacja chrześcijańska. Zyskuje coraz większą popularność, ale wiąże się także z nieporozumieniami. Czym jest ta praktyka modlitewna? Form modlitwy jest tyle, ile modlących się – zauważył kiedyś Joseph Ratzinger. Także medytacja chrześcijańska wygląda inaczej u każdego medytującego, ale...

MEDYTACJA, CZYLI CO?

Dobrze jest usiąść w stabilnej pozycji, z wyprostowanym kręgosłupem. Na krześle, na poduszce, gdziekolwiek. Taka postawa ciała pomaga utrzymać właściwy stan umysłu – czujne, uważne skupienie. Ważne jednak, by nie uznać jakiegoś ułożenia ciała za to właściwe, bez którego nie można należycie medytować. Przywiązany do konkretnego „sposobu”, ostrzega Mistrz Eckhart, człowiek mija się z Bogiem, znajdując tylko ów „sposób”.

Pomaga koncentracja na oddechu, zwłaszcza gdy złączy się z jego rytmem wypowiadanie (bezdźwięcznie lub na głos) jakiejś krótkiej frazy. Może to być imię „Jezus” albo wezwanie, które często gościło w Jego ustach: „Abba”; może być słowo „Bóg” lub wołacz: „Boże”; albo wczesnochrześcijańskie wezwanie: „Maranatha” – „przyjdź, Panie”. Umysł to włóczęga, ucieka we wspomnienia i mrzonki, przepełniają go myśli, obrazy. Świadomość oddechu, wypowiadanej w jego rytm frazy, zakorzenia w tym oto miejscu i czasie.

Błędem jest jednak próba rozważania znaczenia powtarzanych słów. Chodzi bowiem o czujną uważność, która niczego nie stwarza, nie konstruuje, chodzi o milczenie „ja”, o czyste przyjmowanie. Myślenie pojęciowe i wyobraźnia są konieczne, by działać w świecie, ale obrazy i pojęcia Boga, które umysł tworzy, są nieadekwatne i prowizoryczne; jak to określił Tomasz z Akwinu: są słomą. Gdy się do nich przywiążemy, zasłaniają rzeczywistość. Medytacja nie jest ich czasem – medytując, uwalniamy się od nich i od przymusu ich wytwarzania.

A więc: otwarte milczenie, czujność i uwaga. Teraz. Rzeczywistość jest: nadchodzi i mija, nadchodzi i mija... We wszystkim i zawsze Bóg: wszystkiego Alfa i Omega. Każdej chwili początek, źródło, zasada. I cel, koniec, spełnienie. Który jest. I w tym właśnie momencie: który był. I natychmiast: który przychodzi.

„Ja” z reguły jednak nie chce milczeć. Umysł tworzy strumień obrazów i myśli. Uwaga zaczepia się często o któryś z nich i ucieka od tego, co jest tu i teraz. Uświadomiwszy to sobie, trzeba wracać. Choć czasami, zwłaszcza, gdy „miejsce” ucieczki jest dla nas ważne i „pobyt” w nim rodzi silne emocje (pozytywne i negatywne), powrót nie jest łatwy. Trudność to częsta, gdyż większość rozproszeń wnosimy do modlitwy sami: ważne (choć nie zawsze akceptowane) treści pamięci, lęki, pragnienia... Powrót jest trudny także wtedy, gdy to, co tu i teraz, wydaje się nudne, nie zaspokaja potrzeby pobudzenia, ekscytacji, gdy trwając w czujnej uważności, spostrzegamy właściwie tylko tyle, że nic się nie dzieje.

Trzeba się też zmierzyć z pokusą oceny, mierzenia, na ile realizujemy idealny obraz medytacji (i siebie medytującego). Lecz uważne medytacyjne trwanie jest otwarte na wszystko i do niczego nieprzywiązane. Akceptuje nadchodzące, zaś przemijającemu pozwala odejść. Bez przywiązania przyjmuje i ciszę, i dźwięki; tak spokój, jak i ruch otoczenia; harmonię i chaos; brak rozpraszających myśli, tak samo, jak i ich nawał; nie dąży do zwycięstwa nad nimi (zwycięstwo i porażka to kategorie egocentryczne), pozwala im przechodzić. Nie jest dumne z siebie uważnego, nie denerwuje się sobą rozproszonym. Nie ocenia czasu medytacji, który minął; nie myśli o tym, który jeszcze został. Każdy wdech jest pierwszy, a każdy wydech ostatni.

Pokusą jest też przywiązanie do samej medytacji. To zaś w końcu tylko ćwiczenie otwartej uważności całego życia. Gdy medytując, postrzegamy nadchodzącą sytuację, która wymaga natychmiastowej reakcji i naszego działania – warto podjąć to działanie. Bo w gruncie rzeczy nie jest to wcale przerwanie medytacyjnej modlitwy, lecz tylko zmiana jej formy. A żadna forma nie jest Boga pozbawiona. Jak radzi Mistrz Eckhart: po prostu trzeba starać się przenieść uważny stan umysłu, „ćwiczony” podczas specjalnego czasu cichej, medytacyjnej modlitwy, we wszystkie sytuacje życia, nawet te pełne hałasu i niepokoju. Dlatego też konieczność przerwania siedzącej medytacji jest kolejną okazją wzrastania w uważnej miłości, którą posiadając, trwamy w Bogu.

NIEPOROZUMIENIA I WĄTPLIWOŚCI

Trzeba przyznać, że naszkicowana powyżej forma duchowej aktywności różni się bardzo od tego, co przynajmniej od czasów nowożytnych określano w zachodnim Kościele mianem medytacji. W kościelnych kręgach medytacją tradycyjnie nazywało się bowiem praktykę polegającą na rozważaniu określonych treści związanych z życiem duchowym, często połączonym z intensywną pracą wyobraźni. Przedmiotem, treścią tak pojętej medytacji mogą być fragmenty Pisma Świętego, symbole i doktryny religijne, albo też wydarzenia życiowe lub wewnętrzne duchowe procesy: walka z pokusami, wzrost w cnocie itp.

We współczesnej kulturze, gdy mowa o medytacji, częściej chodzi jednak o praktykę duchową mającą na celu przekroczenie wyobrażeniowo-pojęciowej aktywności umysłu, jego wyciszenie, skupienie i rozwinięcie prostej, intuicyjnej uważności. Określenie duchowej praktyki, o której tu mowa, jako medytacji chrześcijańskiej jest zgodne właśnie z tym współczesnym uzusem językowym.

Zauważmy, że współczesne rozumienie medytacji jako aktywności nie-dyskursywnej i nie-wyobrażeniowej nie odnosi jej bezpośrednio ani do konkretnych treści, „nad którymi” się medytuje, ani nawet do żadnej konkretnej tradycji religijnej. Owa swoista „bezprzedmiotowość” medytacji w drugim znaczeniu tego słowa wzbudza w wielu ludziach podejrzenia, czy praktyka taka może mieć rzeczywiście chrześcijański charakter. Jeśli bowiem medytujący nie powinien przedstawiać sobie żadnych „chrześcijańskich” treści, nie powinien rozważać słów Biblii, wyobrażać sobie Jezusa, myśleć o Bożych przymiotach i dziełach – może powstać pytanie, czy tak pojęta medytacja jest chrześcijańską drogą do Boga?

Wątpliwości wzmaga fakt, że w swojej zewnętrznej formie tak pojęta medytacja wydaje się przypominać pewne praktyki pochodzące z religijno-mądrościowych tradycji Dalekiego Wschodu. Może, padają pytania, mamy tu do czynienia z jakimś synkretycznym pomieszaniem?

Medytacja jest jednak praktyką o głęboko chrześcijańskim charakterze. I nie chodzi wcale o to, że różni się jakoś istotnie od np. medytacji buddyjskiej. O chrześcijańskim charakterze danej praktyki decyduje bowiem nie to, że odróżnia się od praktyk innych religii, lecz to, w jakim stopniu służy naszemu zmierzaniu w Duchu, przez Chrystusa ku Ojcu. Jeśliby się okazało, że medytujący buddyści podążają podobną drogą – chrześcijanin mógłby się tylko cieszyć: Chwała Panu! A więc i oni niedaleko są od Królestwa Bożego!

POSTAWA, NIE TECHNIKA

Prawdą jest, że w Piśmie nie znajdziemy żadnego opisu medytacji. Tym niemniej znajdziemy naukę na temat relacji Boga do człowieka i wynikającej stąd fundamentalnej ludzkiej postawy duchowej. W medytacji chrześcijańskiej chodzi zaś nie o konkretną formę praktyki – lecz właśnie o tę fundamentalną, duchową postawę. Konkretna praktyka ma znaczenie tylko o tyle, o ile postawę tę kształtuje i wyraża. Pismo mówi zatem wiele o tym, co w medytacji najważniejsze.

Początkiem i zasadą jest pierwsze przykazanie dekalogu, które w pełnej wersji zakazuje oddawania religijnej czci jakiemukolwiek utworzonemu przez człowieka obrazowi rzeczy stworzonych (por. Wj 20, 3-4). Tu właśnie znajduje się źródło medytacyjnej postawy, która nie koncentruje się na żadnym pojęciu czy wyobrażeniu Boga, lecz dąży do ich przekroczenia, sięgnięcia poza nimi ku samemu Niepojmowalnemu i Niewyobrażalnemu. Dlatego właśnie medytujący kieruje się ku Bogu bez myślenia o Nim. Myśląc o Bogu, tworzymy obraz odbijający nasze osobiste ograniczenia. Medytujący chce jednak czcić Boga samego i dla tej czci porzuca swoje o Nim myślenie, zgodnie ze słowami św. Maksyma Wyznawcy: „Modlitwa oddziela umysł od wszelkich myśli i stawia go nagim przed Bogiem”.

Medytującemu chrześcijaninowi chodzi o ciche, czyste przyjmowanie, o milczenie „ja”, o bycie całkowicie zasłuchanym. Chce bowiem być posłuszny najważniejszemu przykazaniu, które – choć dotyczy miłości – zaczyna się od wezwania: „Słuchaj Izraelu!” (Pwt 6, 4). Postawa otwartego wyciszenia i zasłuchania nazywana była często w historii uważnością lub czujnością serca. Jeden z jej największych nauczycieli, św. Hezychiusz z Synaju, traktował ją jako „drogę dla wszystkich cnót i przykazań Bożych” i nazywał „strażnikiem umysłu”, polegającym „na całkowitym uwolnieniu od wszelkich wyobrażeń”. „Uwaga – pisał – stanowi nieustanny spokój wewnętrzny, pozbawiony wszelkiej myśli”, a „czujność jest stałym skupieniem umysłu, stojącym u bramy serca”.

Ostatnie zacytowane zdanie wskazuje na istotny aspekt tej duchowości – jest ona postawą stałą, nie ogranicza się tylko do wyznaczonego czasu medytacji. Chodzi o czujną uważność przenikającą i kształtującą całą egzystencję. Czas specjalnie poświęcony na medytacyjną modlitwę jest swego rodzaju ćwiczeniem, by chrześcijanin był w stanie, za wezwaniem św. Pawła, modlić się nieustannie.

Żyjąc w świecie i zajmując się rozmaitymi sprawami, nie sposób nieustannie myśleć o Bogu. Dlatego istotą modlitwy nieustannej jest miłość, nie zaś myślenie. Autor anonimowego, średniowiecznego mistycznego traktatu „Obłok niewiedzy” (który jest jednym z głównych źródeł inspiracji współczesnych chrześcijańskich ruchów medytacyjnych) ostrzega: „możliwe jest kochać Go [Boga], ale nie – myśleć o Nim. Miłością można Go pochwycić i zatrzymać, nigdy jednak myśleniem. A zatem, nawet jeśli dobrze jest czasem myśleć szczególnie o Bożej dobroci i godności i chociaż może to być źródłem oświecenia i częścią kontemplacji, jednak w tej pracy, do której teraz przystępujemy, wszelka taka myśl musi zostać odsunięta i okryta obłokiem zapomnienia”.

Zauważmy, iż autor „Obłoku niewiedzy” przypomina, że rozważanie i wyobrażanie sobie „spraw Bożych” też jest pożyteczne. Wysiłki zrozumienia swojej wiary są ważnym elementem życia człowieka praktykującego medytację (przykładem choćby niniejszy tekst!). Tym niemniej podczas samej modlitwy tę aktywność trzeba pozostawić, „zapomnieć o niej” – jak z naciskiem podkreśla nie tylko autor „Obłoku”, lecz także św. Jan od Krzyża. Według tego Doktora Kościoła, w trakcie modlitwy kontemplacyjnej pamięć – a co za tym idzie świadomość – „ma ogołocić się i opróżnić, (...) by stała się nagą i pustą, jak gdyby nic przez nią nie przeszło – w zupełnym zapomnieniu i zawieszeniu wszystkiego (...) Bóg bowiem nie podpada pod żadną formę ni żadne szczegółowe poznanie (...). Jeśli pamięć jest naprawdę zjednoczona z Bogiem, nie podpadając pod żadne formy i obrazy, jakie mogłaby uchwycić, jest sama bez formy i kształtu (...). Gdy działanie wyobraźni zniknie, pamięć zatapia się w najwyższym Dobru, w wielkim zapomnieniu – nie wie o niczym”.

CHRYSTUS CENTRUM

Medytacja chrześcijańska – choć jest w pewnym sensie modlitwą „bezprzedmiotową” – nie przestaje być chrystocentryczna. Chrystocentryzm nie musi bowiem polegać na tym, że centrum świadomości modlącego się człowieka zajmuje Chrystus jako przedmiot myślenia i wyobraźni. Chodzi raczej o obecność Chrystusa w samym centrum osoby, obecność, którą Ewangelia Janowa opisuje słowami Jezusa: „Ja jestem w moim Ojcu, a wy we Mnie i Ja w was” (J 14, 20), a której odkrycie święty Paweł wyraził w zdaniu: „już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20).

Obecność wcielonego Chrystusa nie ogranicza się do wnętrza człowieka, lecz ukryta jest w całej rzeczywistości, która nas otacza, przemijając, lecz i nadchodząc wciąż na nowo, a którą On napełnia na wszelki sposób (por. Ef 1, 23) jako „Alfa i Omega, (...) który jest, który był, przychodzący” (Ap 1,8).

Aby odkryć tę ukrytą obecność, trzeba posłuchać innych słów Jezusa: że kto chce zachować siebie (dosł. swoją psyche), ten siebie straci, kto zaś zgodzi się na utratę siebie z Jego powodu, ten zyska wieczne życie (por. Mt 3, 17; Mk 8, 35; Łk 9, 24; J 12, 25). Ten właśnie proces zachodzi w medytacyjnej postawie otwarcia, przyjmowania, słuchania i powrotu do siebie, w której medytujący pozwala jednocześnie swojemu „ja” zamilknąć i zniknąć. Jego postawa wobec Boga i świata staje się postawą Chrystusa. Całkowicie otwarty na Ojca, „przezroczysty” wobec Jego woli i działania. Kochający ludzi miłością, którą Chrystus ich kocha, oddający swe życie za życie świata.


PIOTR SIKORA jest teologiem i redaktorem „TP”. Członek krakowskiej grupy medytacji chrześcijańskiej związanej z klasztorem benedyktynów w Lubiniu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof i teolog, publicysta, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, kierownik Katedry Filozofii Współczesnej w Akademii Ignatianum w Krakowie. Nauczyciel mindfulness, trener umiejętności DBT®. Prowadzi też indywidualne sesje dialogu filozoficznego.

Artykuł pochodzi z numeru TP 14/2013