PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: „Nastolatki przesadzają z ekranami”: ten komunikat jest już wszędzie. Coś Panią jeszcze w tej mierze zaskakuje?
Agnieszka Wrońska: Dane pokazane przez nas w kolejnej edycji cyklicznego raportu „Nastolatki” raczej mnie nie zaskakują. Natomiast niepokoją trochę ich medialne interpretacje: często eksponowane są pewne problemy, inne zaś pomijane. Np. nie do końca podzielam pogląd, że ważne w naszym raporcie są tylko statystyki dotyczące czasu spędzanego przy ekranach. Inne dane są również niezwykle istotne, szczególnie w kontekście skali ich występowania.
Pięć godzin bez minuty w dni powszednie, pięć godzin i 14 min. w weekendy aktywnego użycia sieci przez uczniów klas 7-8 podstawówek i 1-2 szkół ponadpodstawowych. To nie robi na Pani wrażenia?
To sporo, bo ten czas stanowi więcej niż jedną piątą doby, a nawet około jedną trzecią, gdy odliczymy sen. Ale po pierwsze, ta krzywa – po wzrostach w pandemii – później nieco opadła i się na tym poziomie stabilizuje. Poza tym czas spędzony przed ekranem nie jest ani jedyną, ani najważniejszą zmienną do analizy. Czasami pół godziny szkodliwego wykorzystania ekranu może bardziej niszczyć niż pięć godzin korzystania twórczego – choćby do czytania lektury.
To co się mieści w tych pięciu godzinach?
Nastolatki używają ekranów w czterech głównych obszarach. Pierwszy to rozrywka i hobby, drugi komunikacja, trzeci zdobywanie wiedzy potrzebnej w szkole, a czwarty informacje potrzebne w życiu codziennym. Jeśli przyjmiemy, że młody człowiek – a tak bywa często – najwięcej czasu poświęca na dwie pierwsze czynności, to trudno nie dostrzec w tym problemu. Ale musimy pamiętać o drugiej stronie tego zjawiska. W ramach innych badań NASK rozmawialiśmy z młodymi twórcami internetowymi. Siedzą w sieci dużo, ale nie jest to działalność szkodliwa. Przeciwnie: rozwijają się tam kompetencyjnie, społecznie, twórczo.
Wasz raport pokazuje jednak w dużej mierze ciemną stronę internetu. Niemal co czwarty nastolatek otrzymał nagie lub półnagie zdjęcie. Co trzeci chłopiec brał udział w tzw. challenge’ach. Młodzi ludzie bardzo wcześnie stają się też odbiorcami patostreamingu i pornografii.
Co do fotografii, przyczyną są nie tylko akty złośliwości czy przemocy, ale też swoiste dowody miłości ze strony rówieśników. Problem w tym, że – zgodnie ze starym żartem – miłość ósmoklasisty trwa czasami tylko „do końca wycieczki”, a zdjęcie w sieci potrafi tkwić latami. Zgodnie z innymi badaniami olbrzymia większość wysyłanych przez młodych ludzi nagich zdjęć później się multiplikuje – czyli jego upublicznienie nie ogranicza się do kanału, na którym zostało oryginalnie przesłane. A to stanowi nie tylko przekroczenie granicy intymności, ale może też służyć do przemocy czy szantażu.
Co do challenge’ów, ich szkodliwość może być bardzo różna: od pozornie zabawnych wyzwań do tych zagrażających zdrowiu i życiu. Wolałabym nie podawać świeżych przykładów – jeśli już, to stare, które na szczęście wyszły z mody, jak połknięcie łyżeczki cynamonu bądź, co gorsza, sprawdzanie, kto dłużej potrzyma w ustach kapsułkę do prania. Nasze badanie ma charakter ilościowy, nie mamy danych, w jakim konkretnie challenge’u uczestniczą młodzi ludzie, i czy co trzeci chłopak deklarujący udział w „wyzwaniu” oznacza partycypację w czymś ryzykownym. Ale na pewno warto na ten czynnik zwrócić uwagę – także dorosłych.
Podobnie jak na pornografię i patostreaming – zjawiska w każdej wersji są szkodliwe. Z tym pierwszym zjawiskiem polski nastolatek styka się niestety coraz wcześniej – obecnie to już jedenaście lat i trzy miesiące.
Gdzie w tym wszystkim dorośli? Pytam, bo Wasz raport zawiera reprezentatywne dane nie tylko z ponad 3 tys. ankiet wypełnianych przez młodzież, ale też niemal tysiąca oddanych przez ich rodziców i opiekunów.
Dla mnie to najbardziej odkrywcza i alarmująca część badania. Chodzi mi o rozbieżności między odpowiedziami dzieci i rodziców. Ci drudzy w zasadzie w każdej kwestii mają wiedzę albo niepełną, albo nikłą, albo wręcz żadną.
My, rodzice, nie do końca wiemy, ile czasu nasze dzieci „siedzą” w sieci. Np. tylko co piąty nastolatek potwierdza wersję własnych rodziców dotyczącą ustalania domowych zasad korzystania z internetu. Nie mamy też pojęcia, ile czasu nasze potomstwo poświęca na social media. Nastolatek deklaruje średnio posiadanie 7 kont – jego statystyczny rodzic uważa, że dziecko ma 3,5 konta. Z badań wiemy, że to już dawno nie Facebook, a znacznie częściej TikTok, Messenger, Instagram, YouTube, który dla młodych ludzi jest nie tylko – jak dla nas – platformą streamingową, ale też komunikacyjną, interaktywną.
Problem kolejny: rodzice nie tylko niedoszacowują skali cyberprzemocy, jakiej poddane są ich dzieci, ale też przeceniają siebie jako instancję pierwszej pomocy. Niemal 66 proc. z nich uważa, że w sytuacji cyberprzemocowej dziecko zwróci się do nich po wsparcie – tyle że takiego samego zdania jest tylko 15 proc. dzieci. Rodzice zaniżają także skalę zjawiska nagich lub półnagich zdjęć. Są też przekonani, że ich nastoletnie dzieci w przeciągu ostatniego roku nie brały udziału w challenge’ach.
Czy te rozbieżności to opowieść o słabych relacjach?
Na pewno w jakimś stopniu tak, ale bronię się przed prostym wnioskiem – „źli rodzice przegapiają problemy i nie interesują się dziećmi”. Na pewno te wyniki mogą się stać impulsem do zmiany. Sprawdzania, co nasze dzieci robią w sieci, rozmawiania z nimi o tym, czasami próby wejścia w ich świat. I upewniania się, że jesteśmy z dziećmi na tyle blisko, że w razie problemu przyjdą do nas, nie bojąc się np. niezrozumienia.
Pamiętajmy też, że mowa o nastolatkach, będących na etapie poszukiwania autonomii, tożsamości, eksperymentu. Zapominamy często, że nawet w tym zmieniającym się szybko świecie pewne rzeczy są niezmienne. Wchodzą nowe technologie, ale przecież stojące za ryzykownymi zachowaniami potrzeby i zadania rozwojowe – jak skłonność do testowania granic, uniezależniania się od świata dorosłych – pozostają takie same. W tym sensie trudno winić rodziców, że nie zawsze wszystko wiedzą.
Z badań wiemy, że największa aktywność młodzieży w sieci ma miejsce w godzinach pozaszkolnych. Czy wobec tego odgórny zakaz używania ekranów w szkole coś by nam dał?
Internet i ekran w szkole są akceptowalne pod warunkiem, że ściśle określimy zasady ich użytkowania. Smartfon z dostępem do sieci może być w szkole użyty twórczo, ale też być nadużywany lub wykorzystywany ryzykownie. W tym drugim przypadku sam zakaz nie rozwiąże problemu.
Znane są różne modele użytkowania urządzeń w szkole, np. odkładanie na bezpieczną odległość telefonu, a sięganie po niego w sytuacji, gdy jest potrzebny np. do nauki. Wspólne ustalanie zasad i konsekwentne ich przestrzeganie tak, zakazy niekoniecznie – tak bym to podsumowała.
A jakie rady ma Pani dla rodziców?
Dość podobne. Po pierwsze, dawajmy dobry przykład, bo dorosły z nosem w ekranie nigdy nie będzie wiarygodny w roli przestrzegającego przed zgubnymi skutkami urządzeń. Po drugie, rozmawiajmy, a nie tylko kontrolujmy i zakazujmy, bo rozmowa będzie zawsze skuteczniejszą formą profilaktyki. Po trzecie, budujmy bliskość i więź, bo wtedy nawet prosta prośba: „Pokaż mi, co robisz w sieci” będzie odebrana jako zainteresowanie, a nie przejaw kontroli.
I jeszcze jedno: wszyscy potrzebujemy więcej edukacji! Np. z naszego raportu wiemy, że o ile około 70 proc. młodych ludzi używa już wytworów sztucznej inteligencji, także do celów edukacyjnych, to wiele z nich ma małą wiedzę na temat jej funkcjonowania. Np. nie wie za dużo o naturze deepfake’ów [zmanipulowane obrazy i dźwięki wygenerowane przez AI – red.].
Bez edukacji – młodych ludzi, ale też rodziców i nauczycieli – statystyki w kolejnych edycjach naszego badania pewnie się nie poprawią.

Dr AGNIESZKA WROŃSKA jest ekspertką Państwowego Instytutu Badawczego NASK, sekretarzem Rady Naukowej NASK-PIB. Specjalizuje się w problematyce cyberzagrożeń wśród dzieci i młodzieży.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















