Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Čabrinović, bohater nienapisanej powieści Conrada

Čabrinović, bohater nienapisanej powieści Conrada

07.07.2014
Czyta się kilka minut
Między innymi dlatego zajmuję się Wielką Wojną: chcę ożywić dziadka, który umarł na jesieni 1972 r. i razem z moją babcią i matką leży na jednym z sarajewskich cmentarzy.
Miljenko Jergović, Warszawa, 2010 r. Fot. Rafał Guz / FOTORZEPA / FORUM
G

GRZEGORZ JANKOWICZ: Literatura nie zawsze od razu odpowiada na doświadczenie wojny. Zdarza się, że literacką historię konfliktu i związanych z nim wydarzeń piszą pokolenia, które nie miały z nimi bezpośredniej styczności. Jak to jest w przypadku pisarzy bośniackich? Kiedy temat I wojny światowej podjęła literatura bośniacka?
MILJENKO JERGOVIĆ: Według mnie nie ma tu reguły. Niekiedy wielka literatura rodzi się w trakcie danego wydarzenia, a niekiedy historyczny moment mija niezauważony i dopiero po latach ktoś do niego wraca. Najważniejsze bośniackie czy jugosłowiańskie teksty literackie na temat Wielkiej Wojny powstały w jej trakcie albo zaraz po niej. Bośniacki (serbski, chorwacki, jugosłowiański...) noblista Ivo Andrić zareagował na tę wojnę bardzo szybko, bo już w czasie internowania (1915-17), odnosząc się do niej na marginesie swojego dziennika poetyckiego pt. „Ex ponto”. Później, w latach 20. i 30. XX w., poruszał ten temat w licznych opowiadaniach, które albo bezpośrednio dotyczyły wojny, albo problematyzowały okoliczności zamachu w Sarajewie.
Co jednak ciekawe, żaden z naszych pisarzy – nieważne: prozaik, dramaturg czy diarysta – nigdy nie zainteresował się tym, co działo się wówczas na frontach północnych Włoch, nad rzekami Piawą i Soczą, gdzie w krwawych bojach bohatersko ginęła bośniacka młodzież, chłopcy w wieku od 21 do 35 lat, którzy walczyli po stronie cesarza w jednym z kilku Bośniacko-Hercegowińskich Pułków Piechoty i zamiast czapek wojskowych nosili fezy, co miało być dowodem na to, że władza stoi na straży idei różnorodności i szanuje przekonania wszystkich obywateli Monarchii. Dlaczego ten temat przeszedł u nas bez echa? Dlaczego nikt nie napisał o nim nawet krótkiego szkicu? Na początku, zaraz po wojnie, o bośniackich regimentach milczano, gdyż na ich historię nie było patriotycznej koniunktury. Przecież z perspektywy nowo powstałego Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców żołnierze tych jednostek bronili interesów wroga. Należy jednak podkreślić, że nie tylko bronili, lecz przede wszystkim przelewali krew, oddawali życie. W imię czego? Ostatecznej porażki? O tym nie wolno było pisać, a kiedy czasy się zmieniły, temat poszedł w zapomnienie.
W ogóle I wojna światowa w literaturze południowych Słowian jest obecna dość słabo. Wyjątkiem są Serbowie, choć i z nimi mamy problem. U nich ten temat zyskał na popularności w latach 80. minionego wieku, czyli przed rozpadem Jugosławii, jako domena narracji narodowej i nacjonalistycznej. Powieści z tego okresu traktują najczęściej o antycznym bohaterstwie serbskich żołnierzy i niewdzięczności innych narodów jugosłowiańskich, a szczególnie tych, których przedstawiciele służyli w armii Austro-Węgier. Z artystycznego punktu widzenia te książki są dzisiaj raczej bez znaczenia. Istnieją, oczywiście, wyjątki, niemniej większość z tych tekstów to nic innego jak narzędzia walki, literackie granaty i bomby stosowane, zanim sięgnie się po prawdziwą broń.
Jakie teksty, jakie dzieła na ten temat odegrały najważniejszą rolę w jugosłowiańskiej tradycji literackiej?
Można powiedzieć, że w tym kontekście najwartościowszymi jugosłowiańskimi świadectwami I wojny światowej są dwa dzieła bardzo od siebie różne: mianowicie zbiór nowel wojennych chorwackiego pisarza Miroslava Krležy pt. „Chorwacki bóg Mars” oraz reporterskie szkice, które na końcu tomu poezji „Liryka Itaki” umieścił serbski pisarz Miloš Crnjanski. Krleža pisał o hekatombie domobranów, czyli Chorwatów w służbie wojsk Monarchii na frontach Wielkiej Wojny, chociaż sam nie brał w niej udziału. Crnjanski zaś opisywał los Serba w habsburskiej armii z własnego doświadczenia, ponieważ jako obywatel C.K. Monarchii został zmobilizowany i służył w wojsku.
Zarówno Crnjanski, jak też Krleža doświadczenie wojny zmienili w poważną literaturę. Obaj pisali jednak z pozycji przegranych, co jest zupełnie wyjątkowe, bo takiego podejścia w literaturze południowych Słowian prawie nie ma. Dominują w niej, przynajmniej jeśli chodzi o tematy wojenne, romantyzm narodowy i nacjonalistyczne stereotypy, więc albo epatowanie heroizmem żołnierzy, albo lament nad zagładą cywilów. Najpopularniejszy jest chyba temat matki, której syn ginie na froncie śmiercią, rzecz jasna, bohaterską. Matka płacze, lecz potrafi docenić ofiarę złożoną na ołtarzu patriotyzmu. Gdyby miała nawet stu synów, bez wahania wszystkich oddałaby ojczyźnie.
Z jakiego powodu Pan zaczął pisać o I wojnie światowej?
Piszę o tym, co interesuje mnie również jako czytelnika. To jest pierwszy i najważniejszy powód. Ten temat jest mi bliski także z przyczyn osobistych.
Mój dziadek Franjo Rejc urodził się i wychował w Bośni, ale czuł się Słoweńcem (stamtąd pochodził jego ojciec), co dla władz, oczywiście, nie miało żadnego znaczenia. Kiedy doszło do wojny, został zmobilizowany i jako żołnierz Bośniacko-Hercegowińskich Pułków Piechoty z fezem na głowie przeżył piekło Soczy. Nad tą rzeką, mniej więcej 30 kilometrów od pierwszej linii frontu, urodził się jego ojciec, a mój pradziadek. Tam, nad Soczą, Franjo trafił do włoskiej niewoli. Wypuszczono go dopiero w 1921 r. Do domu wrócił z pięknymi opowieściami, których w dzieciństwie chętnie słuchałem. Miał talent do języków, szybko nauczył się włoskiego i zaczął pracować jako tłumacz. Dlatego Włosi trzymali go tak długo. Zdobył wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół, a ich wspólna historia przysłoniła mu bolesne wspomnienia z frontu. Z wojny przywiózł mały czarny zeszyt. Prowadził w nim dziennik pisany ołówkiem i piórem. Żeby koledzy nie zaglądali mu przez ramię, na wszelki wypadek używał włoskiego i cyrylicy. Ci, którzy ją znali, nie rozumieli słów, a ci, którzy znali język, nie umieli rozszyfrować alfabetu. Jako chłopiec niemal się z tym zeszytem nie rozstawałem. Zawsze, kiedy się przeprowadzam, biorę go ze sobą. To rodzinna relikwia.
Między innymi dlatego zajmuję się Wielką Wojną. Chcę ożywić dziadka, który umarł na jesieni 1972 r. i razem z moją babcią i matką leży na jednym z sarajewskich cmentarzy.
W opowiadaniu „Nadprzyrodzony wyraz jego rąk” koncentruje się Pan przede wszystkim na grupie zamachowców, zwracając uwagę na te aspekty ich osobowości, które łączą się w jakiś sposób z zamachem.
Piszę o nich i o ich pokoleniu, zresztą nie tylko w tym opowiadaniu. O wydarzeniach sprzed zamachu i w ogóle sprzed wybuchu I wojny napisałem szereg tekstów fabularnych i non-fiction. Gavrilo Princip jest, co często powtarzam, moim gimnazjalnym kolegą. Dzieli nas różnica 70 lat, poza tym wszystko się zgadza: te same szkolne korytarze, sale lekcyjne, piece na węgiel, schody i poręcze. Jego czyn zmienił kierunek historii Europy.
Zamach rozpoczął okrutny XX wiek i skupił w sobie późniejsze wydarzenia: od rewolucji październikowej, przez dojście Hitlera do władzy, Holokaust, niemieckie obozy koncentracyjne, epokę stalinizmu, Gułag, podpisanie Układu Warszawskiego, aż po powstanie NATO, zimną wojnę, Wietnam itd. W każdym z nich dało się usłyszeć echo strzału z rewolweru Principa. Można powiedzieć, że ów dźwięk towarzyszył narodzinom nas wszystkich, całej Europy. Czy więc ten człowiek nie jest interesujący? Czy nie są interesujący jego kompani, z którymi doznawał duchowych uniesień, czytając Walta Withmana, Nietzschego, Schopenhauera i klasyków anarchizmu, i oddawał się romantycznym rojeniom o zjednoczeniu południowych Słowian jako jednego narodu w jednym państwie? Nie spełniło się żadne z jego marzeń. Nastało piekło na ziemi, a Princip i inni młodobośniacy, doświadczywszy go, długo konali w austro-węgierskich więzieniach.
Dlatego mnie fascynują. Gdyby ich pragnienia zostały zaspokojone, nie byliby tak ciekawi. Bo zwycięzcy są nudni. Oni mają swoje wygrane, a ofiarom zostaje literatura.
Prezentuje ich Pan jako „zapaleńców, amatorów, którzy zabijając austriackiego arcyksięcia, chcieli nauczyć się fachu, by do następnej akcji, jeśli nadarzy się taka okazja, podejść profesjonalnie”. Czy chce Pan w ten sposób dać czytelnikowi do zrozumienia, że wielkie wydarzenia historyczne – w tym wypadku wojna – biorą swój początek w nie do końca przemyślanych decyzjach i chaotycznych, przypadkowych działaniach ludzi?
Nie jest to regułą, ale w tym przypadku tak było. W wybuchu I wojny światowej kluczową rolę odegrały zbiegi okoliczności. Nie skłamię mówiąc, że „krótki XX wiek” zaczął się przez przypadek, a potem prowadziła go ręka jakiejś okrutnej opatrzności.
Nieco ironicznie pisze Pan, że dla „męczenników i banitów” wybawieniem może być wyłącznie literatura. Tylko w niej bowiem mogą dostać drugą szansę. Czy także to było Pańskim celem: rzucenie nieszczęsnym spiskowcom „koła ratunkowego”?
Nie, bo ich już dawno nie ma. Koła ratunkowego być może potrzebujemy my, kiedy zastanawiamy się nad ich losem. Albo kiedy myślimy o sobie jako o dzieciach XX wieku.
W przedstawianej przez Pana grupie bardzo wyraźny jest podział na tych, którzy nie mają żadnych wątpliwości co do sensu podejmowanych działań (nie zastanawiają się nawet nad ich konsekwencjami – interesuje ich czyste działanie), oraz tych, którzy myślą przede wszystkim o skutkach. Nie rozwija Pan jednak tego wątku, a wydaje się, że taki konflikt daje duże możliwości fabularne.
Pewnie rozwinie go ktoś inny w jakiejś innej opowieści, a może sam już to zrobiłem, choć nie jestem tego świadomy. Ludzie często dzielą się na tych, którzy działają, nie troszcząc się o skutki, i na tych, którzy nic nie robią, ponieważ paraliżuje ich strach przed konsekwencjami. Dzięki jednym i drugim nasz świat wygląda tak, jak wygląda. Osobiście należę do tej drugiej grupy i całkiem prawdopodobne, że właśnie dlatego zajmuję się literaturą.
W opowiadaniu pojawia się również wątek różnych wariantów historii – losy jednostek i narodów mogłyby wyglądać inaczej, gdyby bombę w Sarajewie rzucił nie Čabrinović, lecz ktoś inny. Czy rozważał Pan napisanie takiej alternatywnej historii XX wieku?
Wydaje mi się, że XX wiek to dla mnie za dużo. A może nie ma sensu ogarniać całości, jeśli interesują nas detale. Jeśli lubimy opowiadać lokalne historyjki, dlaczego mielibyśmy zabierać się za te wszechogarniające? Mnie zawsze ciekawiło właśnie takie spojrzenie w skali mikro, świat szczegółów, ponieważ w nich, tak to sobie wyobrażam, przegląda się ogół, tak jak cały świat przegląda się w najmniejszym kawałeczku rozbitej w drobny mak szyby samochodowej.
Chwila, w której Čabrinović miota bombę, jest przez Pana przedstawiana w niezwykle ironiczny – choć pod względem faktograficznym precyzyjny – sposób. Po nieudanym zamachu Čabrinović próbuje się otruć, ale bezskutecznie. Połknięta dawka trucizny nie zabija go. Oto rozjuszony tłum rzuca się na zamachowca, który – jakby na przekór powadze chwili – wymiotuje. Widać wyraźnie, że interesuje Pana także komiczny (a w swej komiczności żałosny) aspekt wielkiej historii.
Każda, nawet ta najstarsza opowieść posiada komiczny czy tragikomiczny aspekt. A jeśli chodzi o historię, jak już wspomniałem, o wiele bardziej interesują mnie małe wydarzenia, które razem wzięte tworzą coś wielkiego. Na przykład wolę przestudiować menu ostatniej kolacji Franciszka Ferdynanda i księżnej Zofii niż wszystkie geostrategiczne analizy przyczyn wybuchu Wielkiej Wojny.
Najważniejszym bohaterem Pańskiego tekstu jest właśnie Čabrinović. Dlaczego to on – a nie Princip, któremu ostatecznie udało się zgładzić arcyksięcia – przyciągnął Pańską uwagę?
Princip to rewolucjonista, postać emblematyczna, człowiek z charyzmą, a Čabrinović: urodzony przegrany, lekkomyślny chłopak o niejasnych przekonaniach, tragicznie skłócony z ojcem, smutny i samotny, typograf o usposobieniu awanturnika, który nigdzie nie może zagrzać miejsca, a jednak czuje wagę życia, wie, co straci, poświęcając je dla idei (dopiero później – tuż przed zamachem – traci do tego życia przekonanie). Princip natomiast jest mocny i pewny siebie, cyniczny i pogodzony ze śmiercią, w swojej niezłomności przypomina młodego Trockiego i wszystkich innych fatalnych rewolucjonistów XX wieku, z powszechnie dziś znienawidzonymi antyamerykańskimi bojownikami o prawa muzułmanów włącznie.
Čabrinovicia i Principa wiele różniło. Dlatego też wzajemnie się nie znosili. Gdyby przeżyli, prawdopodobnie doszłoby między nimi do ostrego konfliktu. Čabrinović to główny bohater jakiejś nienapisanej powieści Josepha Conrada, podczas gdy Princip, ze swoim cynizmem i pewnością siebie, przynależy raczej do Gombrowicza. Załóżmy, że nie umarł w Terezinie, tylko uciekł do Ameryki, o której skądinąd często myślał jako o wymarzonej ojczyźnie. Jeśli tak by się stało, na swoich rodaków patrzyłby z taką samą dozą rozpaczy, z jaką Gombrowicz patrzył na Polaków. I już rodzi mi się w głowie „Transatlantyk” z Principem w roli głównej...
Ważny jest także wątek dotyczący relacji między poszczególnymi nacjami: Serbami, Chorwatami, Bośniakami... A także ich stosunek do idei jugoslawizmu. Czy mógłby Pan powiedzieć więcej na ten temat, umieszczając go w kontekście I wojny światowej?
To był okres powstawania nowych państw, czas, kiedy narody europejskie dopiero raczkowały i – szczególnie na Bałkanach – nie do końca było wiadomo, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Jugosłowiańska idea emancypacyjna zrodziła się wśród tych południowych Słowian, którzy nie mieli ani niepodległości, ani praw narodowych w granicach obcego państwa. Mowa więc głównie o Chorwatach zamkniętych w Austro-Węgrzech, a nie o Serbach, którzy posiadali wówczas własne królestwo. Ciekawe, że najbardziej zagorzałym Jugosłowianinem, inspiratorem tej idei i duchowym patronem, był biskup katolicki – Josip Juraj Strossmayer. Później Kościół popierał chorwacki nacjonalizm i zbrodnicze Niezależne Państwo Chorwackie, które ramię w ramię z Hitlerem dokonywało ludobójstwa Żydów, Serbów, Romów oraz wszystkich nie-Chorwatów i niekatolików.
Tak więc przed 1914 r. jugoslawizm cieszył się powodzeniem przede wszystkim w Chorwacji. Znaleźli w nim schronienie także młodobośniacy, mieszkańcy kraju podzielonego etnicznie i wyznaniowo, w którym triumfy święciła nienawiść na tle religijnym i narodowym. Im natomiast nacjonalizm był obcy, poza tym uważali się za ateistów.
Gavrilo Princip, również ateista, wierzył, że remedium na tę wszechobecną w Bośni wrogość będzie jugoslawizm.
W podtytule opowiadania wskazuje Pan na istotny wątek: relację między ojcem a synem. Zresztą notoryczne kłótnie między Nedeljko a jego ojcem są przedstawiane jako jeden z motywów decyzji Čabrinovicia o przystąpieniu do zamachowców. Czy to przesłanie dla dzisiejszych społeczeństw – by uważały na synów?
Nie wiem, wolałbym uniknąć takich uogólnień. Po prostu zawsze interesowały mnie stosunki ojców i synów. Szczerze mówiąc, nie mam szacunku do synów, którzy zamiast przeciwstawiać się swoim ojcom, za wszelką cenę starają się ich naśladować. Wiem jednak, że nie mam prawa tak myśleć.
Być może poszedłem za daleko w interpretacji własnej relacji z ojcem? A może wzięło się to stąd, że boję się każdego patriarchalnego konserwatyzmu? Dobre społeczeństwo powinno umożliwić swoim synom bunt przeciwko ojcom, ale takie społeczeństwo nie istnieje. Może i lepiej, że tak jest.

Przełożył Miłosz Waligórski

MILJENKO JERGOVIĆ (ur. 1966 w Sarajewie) jest poetą, prozaikiem, eseistą, publicystą i dramaturgiem, jednym z najwybitniejszych pisarzy bośniackich. Absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Sarajewskiego. Laureat wielu nagród literackich, w tym Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus za powieść „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki” (wyd. polskie 2011). W języku polskim ukazały się również: „Ruta Tannenbaum” (2008), „Ojciec” (2012), „Wołga, Wołga” (2013). Pisarz będzie gościem tegorocznej edycji Festiwalu Conrada.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]