Bezpłodne przepędzanie czasu

Pamflecik Anny Nasiłowskiej na polską literaturę pełen jest uzasadnionej goryczy, spod której nieustannie przeziera tęsknota do lepszych czasów.
Czyta się kilka minut

---ramka 388393|prawo|1---Dawniej, proszę państwa, dawniej to dopiero było wspaniale. Literatura była zajmującą “rozmową o świecie", która miała “zarazem znaczenie artystyczne", prasa literacka kwitła, powstawały seryjnie “utwory dojrzałe artystycznie i jednocześnie żarliwie zaangażowane politycznie". Dawniej byli prawdziwi pisarze, dzisiaj jest tylko biedna Olga Tokarczuk, ciekawa autorka o topornym stylu. Dawniej była “całkiem poważna literatura", dzisiaj towarzyszy nam już tylko literaturka. Po raz kolejny wpadamy w otchłań mitu soplicowskiego.

Głos Nasiłowskiej podsumowuje niejako toczoną ostatnio w polskiej prasie rozmowę na temat kondycji i przyszłości polskiej prozy (nie wiem dlaczego uznano, że stan poezji jest dla wszystkich bardzo zadowalający). Rozmowę tę, do udziału w której zaproszono znanych reporterów z literackiego frontu, sprowokowała Pora Prozy zorganizowana przez Instytut Książki, którego chwalebnym zamiarom nie towarzyszyło, niestety, imponujące zainteresowanie czytelników. Jednym z powodów społecznej obojętności był, jak sądzę, rytualny scenariusz, w którym ciągle ci sami krytycy powtarzają do znudzenia te same, niezbyt wyszukane myśli. A to, że niewidzialna ręka rynku formatuje nam gusta, a to, że przyszedł czas na zmagania się ze współczesnością, a to znowu, że literatura prawicowa dostała zadyszki, a literatura gejowska i lesbijska będzie się miała dobrze, mimo pohukiwania polityków o moralnym oczyszczaniu kultury. Takie tam banały i oczywistości, które każdy widzi, choć nie każdy za ich głoszenie dostaje honorarium i zwrot kosztów podróży.

Nasiłowska w dyskusji tej nie bierze udziału, może dlatego, że - jako historyczka literatury, pisarka, a nawet mama pisarki - stoi troszkę na zewnątrz tego nudnego przelewania z pustego (literatura) w próżne (krytyka). Jej cele są ambitniejsze i z większej frustracji się biorą. Krytyk - jak kierowca wyścigów samochodowych - nie może się frustrować, bo luzowałby tym samym śruby przy kołach swojego bolidu. Nasiłowskiej jednak frustracja ima się łatwo, powiedziałbym nawet: za łatwo. Nie ma już rozmowy, biadoli, inteligencja abdykowała, więc nie ma też literatury. Czy to znaczy, że warunkiem istnienia dobrej literatury jest intensywna obecność inteligencji w życiu publicznym? Czy to znaczy, że należy dopuścić inteligencję do tego, by decydowała o tym, co jest w sztuce istotne, a co nie? By pisarz pytał: szanowna inteligencjo, proszę, usiądźmy do stołu, najlepiej okrągłego, żeby nikt nie czuł się pominięty i zmarginalizowany, porozmawiajmy poważnie, a na pewno coś z tej naszej rozmowy wyniknie istotnego? Tak sugeruje Nasiłowska i ja tę sugestię stanowczo odrzucam.

Świat szlachetnego banału

Otóż - powiem wprost - nic bardziej zabójczego dla literatury (i sztuki w ogóle) niż oglądanie się na inteligencję. Inteligencja jako klasa z zasady dąży do mentalnego status quo i nie ma żadnego społecznego interesu w tym, żeby ryzykować tak z trudem wywalczone poczucie oczywistości i zdrowy rozsądek, na których to dwóch filarach mieszczańskiego ładu wspiera się jej kondycja. Inteligencja jest inercyjna i zachowawcza, strzeże swojego skarbczyka z ledwo ledwo uciułanym kapitalikiem i jeśli interesuje się literaturą, to tylko taką, która umocni jej potoczną i nieskomplikowaną wizję świata.

Jak jednak wiadomo, żadna wielka sztuka z potocznej i oczywistej wizji świata nigdy się nie wyłoniła. Wręcz przeciwnie, inteligencja czapkująca sztuce z powodu źle skrywanych kompleksów najlepiej czuje się w szlachetnym banale, który nie zmusza ani do myślenia, ani do zmiany punktu widzenia. Najlepszym i najstraszniejszym tego dowodem jest polska szkoła, która przecież na inteligencji jako klasie się opiera (nauczyciel to inteligent par excellence), zaś jej wpływ na gusta literackie i kreatywne myślenie polskiej młodzieży jest katastrofalny.

Tu jednak wpadamy w kleszcze strasznego paradoksu. Jeśli kształceniem młodej inteligencji zajmuje się szkoła (czyli sama inteligencja), to jak może ona wykształcić kogoś, kto nie powielałby wszystkich wad, jakimi odznaczają się niewykształceni nauczyciele? Jedna z możliwych, choć zaskakujących odpowiedzi na to pytanie brzmi tak: tylko rezygnacja z roszczeń inteligencji do kształcenia dzieci może je uchronić przed banalizacją, a przez to może odrodzić polską literaturę, której słabość - powtarzam wyraźnie - z aliansu z polską inteligencją wynika. To by jednak znaczyło, że dzieci nie wolno posyłać na lekcje języka polskiego, co jest niestety niemożliwe. A skoro szkoły polskiej nic z brei szkodliwego banału nie ruszy, to i narzekania nad polską literaturą trwać będą - niestety - wiecznie.

Inteligencja, która przez dziesiątki lat była ostoją polskiej duchowości, dzisiaj jest w stanie widocznego jak na dłoni duchowego rozkładu. Nie jest to jednak wynik jej nieuchronnej degeneracji spowodowanej - jak sugerują prawicowi krytycy - zbrodniczą działalnością PRL-u, lecz tylko smutna, acz nieuchronna konsekwencja jej podstawowych racji istnienia. Kulturotwórcza istota inteligencji pozostała dokładnie ta sama co przed stu laty - jest nią zażarta ochrona stanu posiadania, która może się powieść o tyle, o ile jakiekolwiek odstępstwo od akceptowanej normy zostanie potraktowane jako wredna i niebezpieczna apostazja. W dodatku tak się przez niefortunne okoliczności historyczne złożyło, że inteligencja polska jest jednocześnie narodowa na wskroś (bo sprawiła to obrona polskości, którą się głównie zajmowała) i tym samym zaściankowa w sensie dosłownym i metaforycznym: broni polskości, kiedy nawet nie trzeba jej bronić, i broni swojego wymęczonego w pocie czoła języka, bo innych języków nie zna i poznać nie ma zamiaru. W swojej zapalczywości każdego, kto będzie stawiał jej kłopotliwe pytania, postawi pod wyimaginowanym lub prawdziwym sądem, jak miało to miejsce na początku ubiegłego wieku w przypadku Stanisława Brzozowskiego, jedynego polskiego filozofa, który poważnie traktował literaturę.

Rozkosze salonu

Stawianie dzisiaj na polską inteligencję jako rękojmię odrodzenia polskiej literatury jest kompletnym nieporozumieniem. Inteligencja nie kieruje się bowiem przenikliwością i niezależnością sądu, ale rozkoszami salonu, w którym wszyscy się uśmiechają i wcinają darmowe tartinki, po czym idą do domu i oglądają “M jak miłość". Na szczyty wyrafinowania literackiego polska inteligencja wspina się wtedy, gdy śledzi poczynania pisarskie Tomasza Jastruna, który jedną ręką, jako Smecz w “Plusie i Minusie" trzyma się za sumienie narodowe, drugą zaś, jako pisarz kobiecego miesięcznika, za słabnącą męskość, którą krzepi duchową pielgrzymką do Paola Coelho, odbywaną w towarzystwie pierwszego macho polskiej psychoterapii Wojciecha Eichelbergera. W ten sposób Jastrun obsługuje dwa główne obiegi polskiej inteligencji, wysokonakładowy magazyn ilustrowany (wersja soft dla prawdziwych kobiet, które uwielbiają Adama Michnika) i równie wysokonakładowy sobotni dodatek kulturalny (wersja hard, dla prawdziwych mężczyzn, którzy nienawidzą Adama Michnika). Tak właśnie spełnia się ideał inteligentnej rozmowy wszystkich ze wszystkimi.

Nasiłowska tęskni za tygodnikami literackimi? Najmocniej zapewne tęskni za przedwojennymi “Wiadomościami Literackimi", które wypaczyły na całe lata gusta literackie polskiej inteligencji, do dziś przekonanej, że najwybitniejszym polskim poetą był Julian Tuwim, najelegantszym zaś myślicielem Antoni Słonimski. Kiedy jednak w Polsce działo się coś naprawdę ważnego w literaturze (na przykład pisał wiersze Bolesław Leśmian, a opowiadania Gombrowicz), “Wiadomości" nabierały zwykle wody w usta. Autorka “Literaturki" tęskni więc do takiej sytuacji, w której inteligent, wolny od ponurej gry rynkowej, niewierzący - jak sugeruje - “w stan konta i profesjonalizm" (a więc biedny i nieprofesjonalny), ponownie odzyskuje realny wpływ na literaturę, podporządkowaną “misji i odpowiedzialności".

Uważam, że gdyby misja ta miała się spełnić, gdyby taki inteligent miał rozstrzygać o czymkolwiek, literatura polska wpadłaby w kryzys, z którego mogłaby się już nie podnieść o własnych siłach. Dlaczego? Ano dlatego, że wizja artystyczna polskiej inteligencji jest szlachetna, ale opiera się na kiczu, często kiczu metafizycznym, jak w przypadku filmów Krzysztofa Kieślowskiego, późnej poezji Czesława Miłosza lub prozy Herlinga-Grudzińskiego. Ano dlatego, że wizja ta, która jest wizją “spłyciarzy" (jak mawiał Witkacy), nie dopuszcza do siebie żadnej subwersji, żadnej drażniącej i przemieniającej myśli i sztuki, wmawiając wszystkim, że tak naprawdę, pod stołem umalowanym w lewicowe lub prawicowe barwy, wszyscy trzymamy się za ręce, wszyscy wierzymy w te same wartości, a kto nie wierzy, to - jak powiedziałby Witkacy - “w szeju jewo i won", bo to pewnie postmodernista albo faszysta, co w języku polskiej inteligencji, która ledwo daje sobie radę z trudnymi pojęciami, wychodzi na jedno.

"Zaropiała lekkość, zjełczały dowcip"

Witkacego przywołuję nie przypadkiem, albowiem dziwnym trafem, kiedy Nasiłowska, która z reguły skąpi nam nazwisk, przywołuje mityczne akty założycielskie wielkiej polskiej prozy, wymienia trzech autorów (a właściwie trzy tytuły ich dzieł): Żeromskiego, Nałkowską i Kadena-Bandrowskiego, mówiąc, że to była wielka literatura, “dojrzała artystycznie i żarliwie zaangażowana politycznie". Dobrze się składa, bo mogę wobec tego zacytować Witkacego w sprawie jednego z wymienionych wyżej pisarzy. Oto odpowiedni kawałek “Jedynego wyjścia": “Naprawdę, czy warto pisać powieści takie, jakie się dziś u nas na przykład pisze, takie nawet jak niedogeniuszony przez brak filozoficznego, a nawet (o zgrozo!) i określonego dość społecznego światopoglądu Kaden-Bandrowski (...). No dobrze, ale właściwie po co? Właściwie, czy to nie jest tylko intratne przepędzanie czasu dla autora i przewalanie z trudem tegoż drogiego (ach, jakże!) czasu przez znudzonego życiem czytelnika - to nic nie budzi więcej, nie daje nowego wymiaru, nie otwarza nic w człowieku - bezpłodne przepędzanie czasu".

Tak właśnie myślę, za Witkacym, jednym z niewielu dobrze wykształconych polskich pisarzy, który o coś naprawdę walczył ze śmiertelną, dosłownie, powagą: polska literatura to w większości “bezpłodne przepędzanie czasu" pisarzy i czytelników, zarówno tych, którzy notują każde drgnienie swej szlachetnej i artystycznej duszy, przekonani, że to kogoś rzeczywiście obchodzi, jak i tych, którzy tę wzniosłą duszę nad dziesiątą szklanką piwa wyśmiewają. Pierwsi celują w styl wysoki, bo wierzą, że tam jest prawdziwa ojczyzna ducha, drudzy nie wierzą w ogóle w ducha, więc fetyszyzują bez końca język, jako alfę i omegę zdegradowanego świata. I pierwsi, i drudzy moim zdaniem produkują jedynie nudne przypisy do staroświeckich myśli, co nie ma nic wspólnego z poważną literaturą.

Tu dalej trzymam stronę Witkacego, któremu - pamiętajmy o tym - naprawdę chodziło o coś bardzo ważnego: o to, żeby dzięki sztuce pospolity świat choć na chwilę rozpalił się “przedziwnym ogniem metafizycznej tajemnicy" i żeby ludzie potrafili poszerzyć swoje egzystencjalne doświadczenie. Tyle tylko, że nie chodziło Witkacemu o mydlenie ludziom oczu metafizyką, jako uczuciem z definicji dowartościowującym każdego jełopa, który sobie o niej pomyśli, lecz o to, co możemy ze świata zrozumieć, kiedy jesteśmy lepiej wykształceni i kiedy nie wpadamy w pułapki bezrefleksyjności, zastawiane przez kiepskich pisarzy sterujących uczuciami tłumu. “Nie było - czytamy w Jedynym wyjściu o Polsce lat 30. - żadnej intelektualnej atmosfery - paru błaznów spotworniałych w podlizywaniu się zidiociałym tłumom w imię zaropiałej już lekkości i w imię zjełczałego dawno, wskutek nadużyć, dowcipu".

To, moim zdaniem, jest konsekwencja inteligenckiej wizji literatury, którą proponuje Anna Nasiłowska, albowiem inteligent nie rozmyśla, tylko przytakuje temu, kogo uzna za swojego intelektualnego przewodnika. A że więcej jest w Polsce intelektualnych uzurpatorów niż prawdziwych intelektualistów, to i inteligencja tworzy baranie stado, które idzie tam, gdzie mu powiedzą autorzy wysokonakładowych gazet. Dziesięć lat temu Nasiłowska swoje wprowadzenie do feministycznego numeru “Tekstów Drugich" nazwała “Przeciw oczywistościom". Dzisiaj, szukając zbawienia dla polskiej literaturki w polskiej inteligencji, chcąc nie chcąc dodaje do tego tytułu jeszcze jedno “przeciw".

Wizja oparta na rozmowie pisarzy ze społeczeństwem zakłada - niestety - że obie strony mają coś do powiedzenia, w co chętnie wierzą polscy pisarze, bez oporów gadający nieistotne głupstwa, chętnie podchwytywane przez krytykę, która z monotonnego powtarzania głupstw słynie (jest oczywiście kilka wyjątków, ale nie powiem, kogo mam na myśli, bo pozostali się śmiertelnie obrażą i nikt nie przyjdzie do mojego programu w telewizji, a wyboru wielkiego nie ma).

Najpierw, słusznie pisał Witkacy, trzeba mieć jako takie pojęcie w sprawach sztuki i filozofii, “a kto go nie ma, gadać też prawa nie ma - najprzód pozytywny system, a potem psioczenie". To są święte słowa, panie i panowie od literatury! To są święte słowa, panie i panowie krytycy, którzy psioczycie na polską literaturę. Najpierw, na miłość boską, przeczytajcież coś więcej ponad “Pieska przydrożnego" albo “Dziennik pisany nocą", coś więcej ponad Kołakowskiego czy Brach-Czainę, Błońskiego czy Berezę, najpierw zbudujcie sobie wyraźny światopogląd estetyczny, a potem dopiero narzekajcie na swój smutny los czytelników, którym trzeba coś podsunąć nowego i to koniecznie, żeby oddawało sprawiedliwość widzialnemu, to jest naszemu, polskiemu, światu. Kiedyś świetny poeta w moim wieku zapytał mnie grobowym głosem: “co czytać?". Odpowiedziałem: “jak to, co? Hegla". Od tej pory popadł w ciężką melancholię i rozmawia ze mną rzadko. Wczoraj zaś, na to samo pytanie “co czytać?" młodemu intelektualiście i entuzjaście poezji trudnej a pięknej, odpowiedziałem: “jak to, co? Balzaka". Pokiwał głową i powiedział, że owszem, weźmie pod uwagę i zanotuje w kajeciku.

***

Dlaczego Hegel i Balzac, a nie Witkowski, Masłowska czy Ziemkiewicz? Ba, dlaczego Hegel i Balzac, a nie Olga Tokarczuk, Stefan Chwin czy Paweł Huelle? Odpowiedzi są dwie. Po pierwsze, szkoda czasu, którego jest tak mało, że trzeba dokonywać wyborów. Po drugie, nie wszyscy trzymamy się pod stołem za ręce, prawdziwi zaś artyści za ręce nie trzymają się z nikim i są zasadniczo niesprawiedliwi wobec widzialnego świata. Problem w tym, że polska inteligencja ma za dużo wolnego czasu i za bardzo nęci ją salon, gdzie wszyscy poklepują się po plecach, ale tak naprawdę szczerze nienawidzą tych, którzy mogą jej powiedzieć smutną prawdę. Nie robią tego jednak pisarze, bo straciliby swoich czytelników, z których żyją, i krytyków, którzy o nich mówią. Nie robią tego krytycy, bo straciliby swoich pisarzy, z których żyją, i czytelników, którzy ich karmią. Dlatego właśnie polska literatura wygląda tak, jak wygląda, a ja do poduszki czytam Hegla i Balzaka, bo nie mam czasu na głupstwa.

MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI jest teoretykiem literatury, filozofem, tłumaczem (m.in. Derridy i Pereka), profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ostatnio opublikował “Czarny nurt. Gombrowicz, świat, literatura" (Wydawnictwo Literackie, 2004). Stale współpracuje z “TP".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2005