MICHAŁ SOWIŃSKI: Skąd wzięło się Herbewo?
Andrzej Barański: Historia zaczęła się od mojego dziadka, który zbudował wszystko od zera. Mając 13 lat przyjechał do Krakowa – uciekł od ojca, zawodowego sierżanta armii austriackiej, który był niezwykle trudnym człowiekiem. Jako nastolatek zaczął dziadek praktykować u szklarza, gdzie dość szybko poważnie pokaleczył sobie dłonie przy pracy. Trafił do Szpitala Bonifratrów, w którym został wyleczony i niedługo potem zatrudnił się jako pomocnik w sklepie z wyrobami tytoniowymi u pana Rudolfa Herliczki przy Małym Rynku. Dzięki pracującemu tam dozorcy miał możliwość zamieszkania na strychu. Rozpoczął naukę zawodu, mając za sobą jedynie dwie klasy szkoły podstawowej. Stopniowo jednak awansował, został sprzedawcą, buchalterem, a później przedstawicielem handlowym na Bośnię i Hercegowinę. Jeździł po Bałkanach i skupował tytoń. Okazał się niezwykle skuteczny, a środowisko kupców żydowskich, które uznało go za bardzo uczciwego i pracowitego człowieka, pomogło mu rozwinąć skrzydła.

Pomagali mu kształcić się w fachu kupieckim?
Tak. Dziadek, Stanisław Wołoszyński, wpadł na pomysł udoskonalenia produkcji tutek. Wówczas na rynku dostępnych było niewiele gotowych papierosów. Zazwyczaj robiono je z tutki właśnie, czyli rureczki papieru. Następnie wkładano taką rurkę do bardzo prostej maszynki i przy jej pomocy nabijano tytoń – powstawał gotowy papieros. Palili wtedy wszyscy, do lat 50. XIX wieku było to uważane za bardzo zdrową przyjemność. Stanisław około roku 1907 poszedł na swoje zakładając fabrykę „Kosmos” przy ulicy Krupniczej 21. To w niej skonstruował pierwszy automat do produkcji tutek.
Maszyna ta była o wiele wydajniejsza od zatrudnionych pracowników i spełniała pokładane w niej oczekiwania. Przyspieszyło to sprzedaż, dodatkowo reklama wzmacniała rozpoznawalność produktu i zyski oraz przekonywała konsumentów o wysokim poziomie higienicznym produktów – tutek nie dotykają w czasie produkcji ludzkie ręce. Wykorzystując sukces, inwestował w drugą i kolejną maszynę. Ta metoda produkcji tutek i bibułek zyskała uznanie jeszcze przed I wojną światową. Firma przetrwała wojnę, a po niej Stanisław Wołoszyński połączył siły ze swoimi wcześniejszymi konkurentami, czyli z przedsiębiorstwami rodzin Herliczków i Bełdowskich. Powstała spółka Herbewo, z nazwą pochodzącą od pierwszych liter nazwisk rodowych.

Firma miała oryginalne i głośne kampanie reklamowe.
Reklamy emitowano w kinach po projekcji filmu fabularnego, a przy okazji sprzedawano produkty Herbewa. Puszczano je także w kinobusach, które jeździły od wsi do wsi po całej Polsce. Tak firma HERBEWO ze swoimi tutkami, wśród których najbardziej popularną marką był Morwitan, zyskiwała rozgłos. W Polskim Radio puszczano specjalnie skomponowane piosenki reklamowe z melodią tanga, walca, fokstrota. Warto odnaleźć w internecie te utwory, których teksty mogą dla współczesnego odbiorcy być nieco szokujące. W przestrzeni miejskiej widoczna była reklama na automobilach oraz na pięknych neonach reklamowych. Jeden z nich, w Warszawie, był ruchomy i łączył logo HERBEWO oraz Myszkę Mickey. To był bardzo nowatorski marketing! Rozwój Herbewa oparto na trzech filarach: reklamie, innowacji, działalności prospołecznej.
Jaka idea stała za tym wszystkim?
Wdzięczność. Dziadek oparł swoje życie na poczuciu wdzięczności. Pamiętał o tych, którzy mu pomogli bezinteresownie wtedy, gdy sam nie miał nic. Bardzo pomógł Bonifratrom w rozbudowie szpitala i nie tylko. Dozorcy, który znalazł mu kąt do życia w tak trudnym momencie, zaoferował stanowisko w firmie – został jednym z bardzo ważnych pracowników. Stanisław Wołoszyński był gorącym zwolennikiem nowinek technicznych – został pierwszym pasażerem cywilnym, który odbył lot z Krakowa do Wiednia. To trochę jakby dzisiaj był kosmonautą.
Jakie jeszcze innowacje wprowadzał?
Automatyzował fabrykę przy pomocy maszyn, miał niezwykle nowoczesne podejście do reklamy i marketingu, ale i troszczył się o pracowników. Niezwykle ważni byli dla niego ludzie i możliwość zabezpieczenia ich bytu, był osobą o wielkiej wrażliwości społecznej. W Polsce istniał konflikt interesów między Polakami a Żydami. Aby nie przeszkadzało to w działalności firmy Herbewo, stosowano zasadę, że do zachodniej Polski wysyłano Polaków, a do wschodniej– Żydów. Przedstawicieli handlowych było kilkuset. Wszyscy kupcy z danej części kraju byli przekonani, że odpowiednio jest to firma żydowska lub polska.

W jaki sposób Stanisław Wołoszyński został jedynym właścicielem Herbewa?
Gdy fabryka zaczęła się rozwijać, dziadek stopniowo odkupował udziały od wdów i od pozostałych wspólników. Firma rozwijała się znakomicie, posiadała ponad 20 proc. rynku w Polsce, co było ogromnym sukcesem. Dziadek umarł w 1931 roku. W testamencie większość akcji zapisał swojemu synowi, Andrzejowi, który był od małego przyuczony do zajmowania się przedsiębiorstwem. Doprowadził do zakupu przez Herbewo akcji Mirkowskiej Fabryki Papieru w Jeziornej od braci Frère, Belgów. Przeprowadził jej modernizację na dużą salę – traktował przywrócenie świetności zrujnowanej fabryce jako swój patriotyczny obowiązek. W 1939 roku Mirkowska zatrudniała ok. 1200 pracowników. Przed wojną został też konsulem honorowym Belgii w Krakowie. Był doktorem praw. Doskonale zajmował się fabryką.
Ale w końcu firmą pokieruje jego siostra, Pana mama. Jak do tego doszło?
Niemcy wiedzieli, kim jest Andrzej Wołoszyński i w pewnym momencie zaproponowali mu tekę ministra przemysłu w marionetkowym polskim rządzie. Odmówił. W 1942 roku zostaje aresztowany na podstawie donosu na gestapo prawdopodobnie złożonego przez bliską mu osobę. Trafił na Motelupich, a potem do obozów, kolejno do Auschwitz, Buchenwald, Gross-Rosen i Dachau. Mama walczyła jak lew, by wydostać brata. Na próżno. W tym czasie musiała zastąpić go w Herbewie. Już wcześniej była zaangażowana w życie firmy, ale zarządzanie tak dużym przedsiębiorstwem przez kobietę w tamtych czasach było rzeczą niespotykaną!

Mama była podobna do brata?
Nie! Byli wyjątkowo różni – mama jako dziecko była niezwykle wrażliwą i delikatną dziewczynką. Do tego stopnia, że nie była w stanie przywyknąć do środowiska szkolnego. Zamiast chodzić do szkoły podstawowej, uczyła się indywidualnie w domu. Przed wojną studiowała w Wyższej Szkole Handlowej za czasów profesora Bollanda – to dzisiejszy Uniwersytet Ekonomiczny. Wyrosła na bardzo skromną osobę. Wuj natomiast był przekonany o swojej wyjątkowości. Pewności siebie dodawały mu imponujące warunki fizyczne i doskonałe wykształcenie. Wuj skończył Akademię Handlową i zrobił doktorat na prawie. Akademię kończył w Wiedniu jeszcze przed wojną, tam poznał bardzo dużo Niemców i stąd zresztą narodził się pomysł remontu papierni w Konstancinie. Udało mu się przekształcić ją w najnowocześniejszą papiernię w Europie. Dodam na marginesie, że wuj przez lata był zakochany we Włoszce, ale jego mama, córka powstańca styczniowego, takie małżeństwo traktowała jako zbrodnię patriotyczną i nie zgodziła się na nie.

Co wyjątkowego wprowadzała kobieta dyrektor w fabryce?
Oparła swój sukces na... empatii. Szczególnie wobec kobiet, które miały dziecko, a nie miały męża. W tamtych czasach wiązało się to z dyskryminacją, napiętnowaniem. Mama te kobiety zatrudniała w Herbewie. Zorganizowała też żłobek i przedszkole. W ten sposób zdobyła rzeszę oddanych pracowniczek. Dbała, by zarobki były godne – i rzeczywiście, były zdecydowanie wyższe niż u konkurencji. Przykładowo mechanicy zarabiali nawet tysiąc złotych, a gdzie indziej najczęściej 300, 400. Wprowadziła też politykę socjalną, organizowała wakacje dla pracowników. Wynajęła kiedyś w tym celu cały dwór w Mogilanach. Tak zbudowała wspaniały zespół. Gdy później przyszła okupacja, bardzo dużo pań zostało kimś w rodzaju agentek mojej mamy. Kobiety te miały krewnych na Poczcie Polskiej, dzięki czemu udawało im się przechwytywać listy do gestapo z donosami. To było właściwie coś na kształt wywiadu.
Wróćmy jeszcze do okupacji.
Przychodzi okupacja, do fabryki Herbewo wchodzą Niemcy. Przez całą jesień 1939 roku przysyłali delegacje przemysłowców niemieckich, by ci uczyli się organizacji we wzorcowo zarządzanej fabryce. Potem, gdy wuj został aresztowany, przecierali oczy ze zdumienia widząc kobietę dyrektora. Mama znała świetnie niemiecki, wyglądała jak wzorcowy typ Niemki – blondynka, bardzo zgrabna. Stopniowo jednak Niemcy przejmowali fabrykę.
Co dzieje się z Herbewem po wojnie?
Do 1948 roku fabryka bez przerwy działała. Zamówiono nowe maszyny, żeby uruchomić produkcję. Moja mama cały czas działała w Krakowie. Wzięła ślub z moim ojcem, ale nie od razu. Ojciec pochodził ze strasznie biednej chłopskiej rodziny spod Pacanowa. Skończył jednak studia i zaczął pracę w banku. Wysoko awansował, był jednym z dyrektorów Komunalnej Kasy Oszczędności. Rodzice wzięli ślub w 1946 roku. Jest rok 1948, mama jest w ciąży, mojego ojca zamykają do więzienia. Skazany został na 15 lat, wyszedł schorowany warunkowo po 6 latach.

A jak wyglądała sytuacja Herbewa?
Nowe maszyny przyjechały, zostały złożone w podworcu, a fabrykę upaństwowiono. Zajęto wszystko poza jednym lokalem – archiwum Herbewa, ale spółki nie wykreślono z rejestru. Mamie została administracja posiadanych od przed wojny kamienic, które zostały zajęte przez kwaterunek.
A Pan?
Skończyłem szkołę, pracowałem na AGH. Otworzyłem później warsztat samochodowy, ponieważ nie mogłem się pogodzić z tym, że muszę pracować na etacie państwowym. Poznałem dzięki temu całą opozycję – rozniosło się, że nie oszukuję ludzi. Potem zaczęły się zmiany ustrojowe. Wystąpiliśmy o odzyskanie firmy, spółka cały czas istniała, odbywały się walne zgromadzenia. Stopniowo przejmowaliśmy Herbewo, 11 sklepów, nikogo przy tym nie wyrzuciliśmy. Przejmowaliśmy te sklepy z personelem i z inwentarzem, spłacaliśmy wszystko. Żeby dostać fabrykę, musiałem po decyzji ministerstwa przemysłu o stwierdzeniu faktu nielegalnego przejęcia wziąć duży kredyt i spłacić koszty wyprowadzek lokatorów. Metodą kupiecką – wykupywaniem – odzyskaliśmy Herbewo. Następnie stopniowo remontowaliśmy lokale. Otworzyliśmy dom handlowy, a później sklepy zmienione zostały na powierzchnie biurowe. Zbudowaliśmy nowoczesny budynek przy ulicy Lubelskiej, a 7 lat temu kolejny przy Prądnickiej. Tak się przedstawia ta historia. Najważniejsze w niej są porady moich przodków. Dzięki nim zbudowałem sobie zespół ludzi, najlepszy z możliwych.

Co jest kluczem do sukcesu Herbewa?
Firma musi się opierać na uczciwości, innowacyjności. W tym duchu wprowadziliśmy pierwsze zielone dachy w Krakowie. Przyznam, że przez zupełny przypadek. Na budynku, gdzie jest ładny taras, w którymś momencie dach porósł mchem, dość duży kawałek. Pięknie to wyglądało. Pomyślałem, że jeśli już przerabiamy wszystko, to trzeba również jakąś zieleń tu posadzić. Wprowadziliśmy również pierwsze wielkogabarytowe cegły zamiast tworzyw sztucznych na elewacji na Lubelskiej 29. Ten budynek zdobi niezwykły witraż projektu Piotra Ostrowskiego z Krakowskiego Zakładu Witrażów S.G. Żeleński. Na innym biurowcu, Regent Office przy ul. Prądnickiej 20A powstała pierwsza winnica na dachu. Zajmuję się trochę winiarstwem, to moje hobby. A zaczynałem bez jakiejkolwiek znajomości uprawy winorośli – od kupienia przypadkowych szczepów, kierowałem się po prostu ładną nazwą i miałem nadzieję, że wyrosną dobre winogrona. Od posadzenia pierwszych krzaczków mija już 20 lat i niektóre wina są wybitne.
Jak to jest prowadzić firmę o tak długiej tradycji rodzinnej? Na naszym polskim gruncie to rzadko spotykane.
Tradycja bardzo pomaga, ponieważ nie trzeba odbywać studiów specjalistycznych. Wystarczy parę zdań, przemyśleń przekazanych od poprzedników. Należy być bezwzględnie uczciwym. Mój dziadek, gdy zdarzyło się kiedyś, że dostał list od klienta, który pisał mu z rozżaleniem, że w pudełku z tutkami papierosowymi brakuje jednej sztuki, czuł się w obowiązku zrekompensować to rozczarowanie. To był oczywiście błąd maszyny, ale Stanisław Wołoszyński wysłał temu klientowi trzy pełne pudełka tutek papierosowych wraz z listem z przeprosinami. Wychowałem się na tych historiach, traktuję je bardzo poważnie. Losy firmy i ludzi z nią związanych były niezwykle dramatyczne. To powinno nauczyć mnie pokory – nad nią pracuję... Miałem też zawsze ogromne szczęście do spotykania niezwykłych ludzi na swojej drodze. To m.in. ks. Adam Boniecki, Mirosław Dzielski – oni stali się moimi mistrzami.
Kolejnym czynnikiem kształtującym moją postawę było doświadczenie religijne. Przed bierzmowaniem brałem udział w spotkaniu grupy chłopaków przygotowujących się do tego sakramentu i wówczas biskup Wojtyła, który był tam obecny, spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy nie oszukiwał ludzi. Potraktowałem to niezwykle serio. Uczciwość i dobre traktowanie ludzi, moich pracowników, jest dla mnie kluczowe.
Takie podejście procentuje?
Tak, to pozwala zbudować zespół sprawdzonych i zaufanych ludzi, na których można liczyć, bo wiążą się z firmą na długie lata. Myślę, że niekoniecznie trzeba posiadać wykształcenie ekonomiczne, ale dobrze jest odbyć wymagające studia. Tak, by przygotowały nas do pracy, pozwoliły się rozwinąć, nabrać obycia. Moje studia na AGH, bardzo trudne, które zawodowo niewiele mi dały – mechanika była u nas poboczną działką. Niemniej bardzo dokładnie ją studiowałem, a potem byłem jednym z lepszym mechaników.
Czyli wewnętrzne przekonanie o swojej wartości połączone z uczciwością to przepis na sukces?
Tak, dodałbym jeszcze to, co podkreślała moja mama – absolutnie nie należy się wywyższać. Trzeba być życzliwym dla ludzi. Mówiła, że dla niej i dla ojca firma była dużo ważniejsza niż oni sami. Herbewo to zespół ludzi i to ludzie są tu najważniejsi.

DODATEK DO „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” 37/2024
Redakcja: Michał Sowiński | skład: Agnieszka Cynarska-Taran | Fotoedycja: Jacek Taran
Okładka: Budynek „Herbewo”, widok od strony Nowego Kleparza, Kraków, 1941 r. / Ewald Theuergarten / Narodowe Archiwum Cyfrowe
// Historyczne opakowanie produktu Herbewa / Jacek Taran

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















