„To oczywiście nie znaczy, że jestem najlepszym zawodnikiem na świecie” – mówił Gukesh po ostatniej partii zaskakująco wyrównanego meczu, w którym odebrał koronę starszemu o 14 lat Dingowi Lirenowi. Te słowa to hołd lenny złożony Magnusowi Carlsenowi, od kilkunastu lat numerowi jeden w światowym rankingu, który dwa lata temu zrezygnował z obrony tytułu, bo zmęczył go format meczów o mistrzostwo świata.
To format w istocie morderczy: nie chodzi tylko o 14 partii, z których każda może trwać nawet 6-7 godzin, rozplanowanych na dwa i pół tygodnia, ale też o miesiące koniecznych przygotowań. To właśnie w nich, jako sparingpartnerzy i autorzy pomysłów debiutowych, Gukeshowi towarzyszyli arcymistrzowie Grzegorz Gajewski (jako główny trener) Radosław Wojtaszek, Jan-Krzysztof Duda i Jan Klimkowski.
Musieli się uczciwie napracować, bo Gukesh i Ding, co zaskakujące na tym poziomie, zaczynali każdą partię w inny sposób, próbując złapać rywala na nieznajomości szachowej teorii. Czyli sekwencji nawet kilkunastu początkowych posunięć, opracowywanych z trenerami i komputerem, których zawodnicy uczą się na pamięć, by zaoszczędzić czas i energię w wielogodzinnym pojedynku.
Dwukrotnie w meczu czasu i energii zabrakło starszemu z tej dwójki. W jedenastej partii Ding, zmęczony obroną niekorzystnej pozycji i będąc już pod presją czasu, przeoczył sekwencję trzech ruchów prowadzących do utraty skoczka. Z kolei w ostatniej partii tak niekorzystnie wymienił w obiektywnie wyrównanej końcówce figury, że natychmiast znalazł się na przegranej pozycji. Gdy skupiony przez cały partię Gukesh zrozumiał – nie od razu – co zrobił jego rywal, zaczął się w końcu nieśmiało uśmiechać. Po chwili ze łzami w oczach sprzątał figury na szachownicy, kupując sobie trochę czasu, zanim tłum ludzi zbiegł się z gratulacjami.
Te dwa błędy Dinga położą się cieniem na jego występie, który fachowcy oceniali jako nadspodziewanie dobry. Nadspodziewanie, bo Chińczyk, choć to on bronił tytułu mistrza świata, w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zmagał się z problemami osobistymi, a jego wyniki były słabe – w światowym rankingu w tym czasie wyprzedziło go ponad 30 zawodników (wśród nich wspomniany już Jan-Krzysztof Duda). Przed meczem z Gukeshem Ding mówił wprost, że przegranej się nie boi – boi się kompromitacji.
Tej jednak, mimo dwóch rzadko spotykanych na tym poziomie błędów, nie było – w całym meczu Ding pokazał wielką odporność psychiczną. Zaczął od wygranej, a po porażce w feralnej 11. partii następną wygrał w wielki stylu. W kilku innych udało mu się wybronić bardzo nieprzyjemne pozycje. Także ostateczną przegraną zniósł dobrze: jeszcze tego samego dnia relaksował się, rozgrywając ponad 20 szybkich partii w sieci.
Komentując zmagania Gukesha i Dinga dla platformy chess.com, Magnus Carlsen mówił, że w grze tych zawodników nic mu nie imponuje i że cieszy się, że nie jest to już „jego cyrk” – ale nie należy tych słów uważać za przejaw zwykłego zarozumialstwa czy resentymentu ze strony zawodnika, który zrezygnował z obrony mistrzowskiego tytułu. Najlepsi szachiści zaskakująco często mówią dokładnie, to co myślą. Chyba żaden sportowiec na świecie tak często jak Carlsen nie powtarzał po wygranych zawodach, że cieszy się z wyniku, choć brzydzi swojej gry.
Gdy 11 lat temu zza dźwiękoszczelnej szyby mecz o mistrzostwo świata Carslena z broniącym tytułu Viswanathanem Anandem oglądał 7-letni Gukesh, pomyślał sobie wówczas, że chciałby osobiście przywrócić Indiom straconą wtedy przez Ananda koronę.
Udało się mu to szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Przed nim jeszcze jedno zadanie: strącenie Magnusa ze szczytu rankingu. Jeśli kariera młodego Hindusa będzie pędzić w dotychczasowym tempie, to nie będziemy musieli na to długo czekać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















