Nie spodziewajcie się zbyt wiele po końcu świata. Najpierw niepostrzeżenie znikną pszczoły, padnie internet i z początku będzie to wyglądało na przerwę techniczną. Ale kiedy wyłączy się na dobre szpitalna aparatura, innego końca nie będzie. Jako ostatnie, zgodnie z pradawnymi przepowiedniami, zgasną gwiazdy.
Tylko dlaczego przed tym ostatecznym blackoutem wyświetla się wszędzie (na ekranach, w oknach domów, na niebie) postać mężczyzny o imieniu Chuck z podziękowaniem za „39 wspaniałych lat”? W najnowszej adaptacji Stephena Kinga (a było ich już około pół setki) chodzi nie tyle o tajemnicę, bo ta wyjaśnia się dosyć szybko, ile o czytelny humanistyczny przekaz.
Co prawda Bóg dawno temu umarł, przyszłość więdnie na naszych oczach i jesteśmy ledwie kilkusekundowym epizodem w kosmicznym kalendarzu, warto jednak opowiedzieć, póki samemu jeszcze się żyje, czyjeś pojedyncze życie. Choćby i od końca.
Stąd „Życie Chucka” Mike’a Flanagana przeprowadza nas od wielkiego finału do dzieciństwa tytułowego bohatera. Na początku opowieści jest on jedynie wiralem prześladującym jednego z ostatnich ludzi – rozwiedzionego nauczyciela o imieniu Marty (w tej roli Chiwetel Ejiofor).
W kolejnych wstecznych aktach dowiadujemy się, na czym polegała osobliwość tej szarej w gruncie rzeczy biografii. Kim był, niedługo przed swoją śmiercią, ów skromny urzędnik bankowy, zagrany przez Toma Hiddlestona, i co sprawiło, że kiedyś został księgowym, a nie tancerzem, wbrew swojej dziecięcej pasji. I dlaczego jego twarz uśmiecha się teraz z bilbordów.
Opowieść, cofając się w czasie, tworzy także zaskakujące pętle, w których losy Marty’ego przecinają się z historią Chucka na przekór linearnej logice. Tak oto fantazja Kinga poszukuje odtrutki na egzystencjalny bezsens.
„Życie Chucka” ma działać niczym melancholijny otulacz
Znajduje też inne sposoby, ażeby obłaskawić nieuchronne. Czymś takim jest taniec, zwłaszcza z drugiego aktu, kiedy to dorosły Chuck, będąc w nudnej delegacji, zostaje zwabiony i niejako sprowokowany do tańczenia przez uliczną perkusistkę (gra ją The Pocket Queen, autentyczna mistrzyni wybijania rytmów).
Ta brawurowa scena wydaje się esencją „Życia Chucka” i życia w ogóle. Budzące się ciało uruchamia czułe wspomnienia i zarzucone ongiś marzenia. Intuicyjnie nadrabia czas, skrócony przez terminalną chorobę i nadciągającą katastrofę. Dopiero na końcu, a właściwie bliżej początku tej odwróconej historii, dowiadujemy się, jakie impulsy popchnęły sztywniaka pod krawatem w ekstatyczną choreografię. Do tego z przypadkową tancerką i na oczach przechodniów.
Ponieważ King pisał „Życie Chucka” jeszcze przed pandemią (ukazało się w kwietniu 2020 roku), można dopatrywać się w nim jedynie luźnych przeczuć związanych z pandemicznym stanem ducha. Bądź sięgnąć po wytrychy w rodzaju „epidemia samotności” czy „tęsknota za bliskością”. Zwłaszcza że każda apokaliptyczna opowieść aż się prosi o wysokie C, zrównoważone międzyludzkim ciepełkiem.
Flanagan, podobnie jak autor literackiego pierwowzoru, odsunął na bok paranormalną grozę na rzecz tej całkiem realnej, powszechnie wyczuwanej, i sięgnął po filozofującą przypowiastkę. Opowiadanie z tomu „Jest krew…” to już trzecia jego adaptacja prozy mistrza, po filmach „Gra Geralda” (2017) i „Doktor Sen” (2019).
Napisany przezeń dla Amazon Prime Video miniserial „Carrie”, zapowiadany na przyszły rok, też otrzymał błogosławieństwo Kinga, choć ma być zupełnie nowym spojrzeniem na historię o demonach dziewczęcego dorastania – minie wszak równe pół wieku od premiery głośnego filmu Briana De Palmy.
Teraz dostajemy potoczyście opowiedzianą gawędę o demonach uniwersalnych, o końcu świata w skali mikro i makro. Jakże kojącą swym spokojnym tonem, tanecznym rytmem i zmienioną chronologią. W naszych srogich czasach nagrodzone przez publiczność festiwalu w Toronto „Życie Chucka” ma działać niczym melancholijny otulacz i z pewnością byłoby doskonałym filmem świątecznym.
Współczesny „Forrest Gump” Flanaganowi nie wyszedł
Bo nie da się ukryć, wiele zawartych w tym filmie mądrości brzmi niczym wypisy z Paula Coelho czy złote myśli z darmowych e-kartek, wysyłanych wraz z życzeniami dobrego dnia i serią emotek. Wiadomo, że lepiej spędzić koniec świata z kimś niż samotnie. Że świat bardziej potrzebuje księgowych, aczkolwiek kocha tancerzy (z tym akurat chciałoby się polemizować). Że każde życie ma swój własny unikalny rytm, a każdy człowiek, jak mówi przywoływana tutaj „Pieśń o sobie samym” Walta Whitmana, to osobny wszechświat, zawierający w sobie nieskończoność wieloświatów…
Ta narzucona od pierwszych scen kosmiczna perspektywa pozwala zdystansować się od przyziemnych realiów, popatrzeć na swoje życie z góry, wszelką „fizykę” (choroby, problemy społeczne, zmiany klimatyczne, politykę) rozbroić na chwilę czystą metafizyką. I właściwie czemuż by nie. Tyle że Flanagan za bardzo stara się stworzyć coś na miarę współczesnego „Forresta Gumpa”.
Ma do tego wszelkie atuty: dobry materiał literacki, rękę nabitą w kinie gatunkowym i ciekawie obsadzonych aktorów (na przykład zapijaczonego dziadka Chucka gra sam Mark Hamill, pamiętny Luke Skywalker z „Gwiezdnych wojen”). Jego własna „choreografia” (scenopisarska, reżyserska, montażowa) wydaje się jednak nazbyt dopięta, zbyt wygładzona w każdym najdrobniejszym ruchu, za bardzo szeleszcząca scenariuszem.
Nie chodzi nawet o wszechwiedzącą narrację czytaną za kadrem przez Nicka Offermana, ale o domknięcie w ładnym kadrze czy mądrym słowie owej whitemanowskiej „mnogości”. Nieskończonego potencjału zdarzeń, emocji, lecz także środków artystycznego wyrazu.
Można jedynie spekulować, jak wyglądałby ten film w wydaniu Darrena Aronofsky’ego, który pierwotnie miał reżyserować „Życie Chucka”. Lub pod skrzydłami Terrence’a Malicka w jego najlepszych czasach, zanim popadł w męczący manieryzm. W obu tych przypadkach różnie wyrażana autorska skłonność do ekscesu mogłaby okazać się bardziej twórcza dla tej historii.
Flanagan, pomimo igraszek z czasem i musicalowych nawiązań, opowiada ją bardzo po bożemu – trzyma się wyjściowego tekstu, upraszcza, spłaszcza, przesładza. Dobrze wie, że zanim zgaśnie na dobre internet i wszystkie gwiazdy, większa część ludzkości wolałaby dostać od kogoś sympatyczną e-kartkę zamiast wyszukanego w swojej ironii mema. Albo po prostu pierwszy i ostatni raz zatańczyć na ulicy.
ŻYCIE CHUCKA („The Life of Chuck”) – reż. Mike Flanagan. Prod. USA 2024. Dystryb. Monolith Films. W kinach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















