Pawła Ileckiego poznałem, gdy mieszkał jeszcze w Pensjonacie Socjalnym św. Łazarza, prowadzonym przez Kamiliańską Misję Pomocy Społecznej. Był wówczas osobą w kryzysie bezdomności. Wychodził z niego, czekał na miejsce w Domu Pomocy Społecznej. I cały czas coś robił.
Łącznie 23 lata spędził w kryzysie bezdomności: tej ulicznej i schroniskowej. Pierwszy raz wylądował na ulicy w 1996 roku. 10 lat później przeszedł detoks, zaczął terapię, warsztaty rozwoju osobistego, znalazł pracę w ochronie. Ukrywając, że nie ma gdzie spać, dorabiał, pisząc felietony literackie dla „Newsweeka”, bywał gościem w telewizji. Ale znów się posypało, znów trafił na bruk.
Gdy mówił o rzeczywistości życia na ulicy, hipnotyzował spokojem, wyważeniem i konkretem. Mówił niespiesznie, ale to, co najważniejsze. Nie owijał w bawełnę, tylko nazywał po imieniu. Przemoc – przemocą, opresję – opresją, niedziałający system wsparcia, pogardę, indolencję – wszystko bez ogródek. Po ponad dwóch dekadach kryzysu bezdomności nikt nie mógł mu zarzucić, że nie wie, o czym mówi, bo tego nie doświadczył. Znał wszystkie odcienie – również najmroczniejsze – tego świata.
Nikt nie mógł mu też powiedzieć, że nie zna się na systemowej i teoretycznej stronie sprawy, bo podpierał się danymi, uczył studentów i studentki, zaczął pracę nad doktoratem (na bazie wywiadów chciał zmierzyć się z pojęciem „bezdomności z wyboru”) u profesora Ryszarda Szarfenberga.
Był samorzecznikiem totalnym. Działał jako rzecznik prasowy w Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu, udzielał się w ruchu ATD Czwarty Świat, prowadził zajęcia, uczestniczył w konferencjach naukowych, pisał książkę, zgadzał się zasiadać w Żywej Bibliotece, współtworzył Otwartą Kuchnię Miejską… Mówił wszędzie i zawsze. Przemawiał na dużych wydarzeniach poświęconych polityce społecznej, ale gdy zaprosiłem go do szkoły, w której wówczas pracowałem, bez oporów spotkał się z dosłownie kilkorgiem uczniów, uczennic, nauczycieli i nauczycielek. Nigdy nie uważał, że nie warto. Każdemu, kto chciał słuchać, był gotów opowiedzieć, wyjaśnić, uświadomić. Gdy trzeba – delikatnie. Gdy należało – między oczy.
Tłumaczył mi – przekonanemu, że po latach działań na rzecz osób w kryzysie bezdomności i pisania o ich sytuacji naprawdę wiele rozumiem – że częsty błąd oferty pomocowej polega na tym, że opiera się ją na zasobach. To było dla mnie kontrintuicyjne – dlaczego bywa, że to błąd? Paweł cierpliwie wyjaśniał: „Ktoś był tokarzem, to próbuje się znaleźć mu pracę w zawodzie. Nie myśli się o tym, że to już raz nie wyszło, ktoś właśnie z tego życia wpadł w bezdomność. Czasem trzeba pracować na brakach – na tym, czego ludzie nie mają”. Zapamiętałem do dzisiaj. A on dodawał: to pozwala robić kultura.
Sam też tworzył. Był aktorem Teatru Bezdomnych prowadzonego przez reżyserkę Annę Marię Szufę. Wystąpił w wystawianym w Akademii Teatralnej spektaklu „Love Summit. Warsaw” w reżyserii Marty Malinowskiej, współtworzył Teatr Uciśnionych. W tym ostatnim, pod artystyczną opieką Martyny Markiewicz, wystawiali spektakl o opresji wobec osób w kryzysie bezdomności. Odgrywali sceny wyrzucania z tramwaju, z galerii, nieudzielenia pomocy przez pogotowie, wreszcie: brutalnego pobicia i podpalenia. Zawsze grali ten spektakl dwa razy, za drugim razem pozwalając publiczności ingerować, interweniować, przeciwdziałać.
Nie zgadzał się na to, czego nie rozumiał. Gdy był już mieszkańcem DPS-u, na przełomie 2020 i 2021 roku był wśród pierwszych zaszczepionych w Polsce – mieszkańcy DPS-ów należeli do grupy „zero”. Gdy mimo to wciąż nie mógł wychodzić, protestował. Napisał o tym w mediach społecznościowych, a chwilę później jego wypowiedź znalazła się w „Gazecie Wyborczej”. Dwa dni później DPS został otwarty.
Mówił mi wówczas, że najbardziej w walce o wyjście z izolacji chodzi mu o teatr, że chce grać, chodzić na próby. Ale obaj wiedzieliśmy, że chodzi mu także o prawa człowieka. I o innych mieszkańców i mieszkanki DPS-u, których rzecznikiem stał się w tamtej chwili. Dla siebie, oprócz możliwości mówienia i działania, nie chciał wiele. Mówił, że wystarcza mu internet, kawa i tytoń.
Miewał problemy i kryzysy. Czasem znikał i trudno było się z nim skontaktować. A potem wracał i znów działał, mówił, tworzył. Podnosił się z kryzysu bezdomności przez dekady, a z jego konsekwencjami nie przestał mierzyć się nigdy. Również dlatego był chodzącą prawdą, znakiem zapytania i ważną częścią odpowiedzi zarazem.
O swoim życiu opowiadał, że chciał, by było jak w wierszu Leopolda Staffa: „Budowałem na piasku / I zwaliło się. / Budowałem na skale / I zwaliło się. / Teraz budując zacznę / Od dymu z komina”. Mówił: „Moim dymem z komina jest idea, by zmienić wizerunek osób w kryzysie bezdomności. Więc muszę sam działać, pokazywać, że osoba w kryzysie bezdomności może pisać doktorat, prowadzić seminaria, wykłady, być pracownikiem naukowym, aktorem teatralnym, twórcą kultury”.
Udało mu się zrobić ogromnie wiele. Zmarł przed paroma dniami. I nic mi już nie wyjaśni.
Pawle, śpij spokojnie, Twój głos nie ucichnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















