Wózek inwalidzki stał kilka centymetrów od bramy Szpitala Grochowskiego, przed podjazdem karetek. W pozycji półleżącej, z rękoma splecionymi na brzuchu, drzemał na nim starszy mężczyzna. Smętnie zwisała pusta nogawka, jeden but był na swoim miejscu, czyli na lewej nodze, pod wózkiem leżał drugi oraz siatka z ciastkami i papierami. 2 grudnia, około południa, temperatura w Warszawie wynosiła ok. 2 st. Celsjusza.
Niewidzialny kolega
– Czy potrzebuje pan pomocy? – zapytałem.
– Wszystko w porządku, za chwilę jadę do domu – odpowiedział, a ja wróciłem do swoich spraw.
Kiedy wracałem cztery godziny później, wózek stał nadal, a mężczyzna dalej przekonywał, że nie potrzebuje pomocy. Tyle że teraz telepał się z zimna. Zacząłem dopytywać. Okazało się, że ma na imię Ryszard, został wypisany ze szpitala i jedzie do domu w jednej z mazowieckich miejscowości. Stwierdził też, że jest na przystanku i za chwilę wsiada do autobusu, wskazując przy tym na zaparkowany obok samochód osobowy. Rozmawiał też z niewidzialnym dla mnie Darkiem. Prosił go o ogień i palił niewidzialne papierosy.
Pan Ryszard wykazywał cechy zaburzeń demencyjnych lub psychicznych. Pewne było, że nie zdawał sobie sprawy ze swojego położenia. Ruszyłem na izbę przyjęć.
Proszę dzwonić do straży
– To bezdomny. Nie chciał transportu medycznego. Jak chce pan pomóc, to trzeba dzwonić do straży miejskiej – poinstruowała mnie rejestratorka. Skorzystałem z rady. Po 20 minutach przyjechał patrol. Pan Ryszard nie chciał słyszeć o noclegowni ani schronisku. Twierdził przy tym, że znajduje się w innej miejscowości i że za chwilę wsiada do autobusu, bo ma sprawy do załatwienia.
– Pojedzie pan jutro, jak się pan wyśpi i coś zje – chóralnie przekonywaliśmy ze strażnikami. Odpowiedź brzmiała: nie. Funkcjonariusze sprawdzili, czy jest trzeźwy. Alkomat pokazał 0.00. Postanowili również poszukać pomocy na izbie przyjęć.
– Proszę dzwonić po karetkę – poradzili pracownicy szpitala, mimo że wózek stał kilkadziesiąt metrów od drzwi. W międzyczasie zatelefonowałem do partnerki, która przyniosła kubek herbaty. Mężczyzna wypił ją niemal duszkiem. Ciepło przyniosło zmianę. Usłyszeliśmy: tak, chcę jechać. Od tego momentu więcej go nie widziałem.
Nie ma wskazań
Nazajutrz wróciłem się do Referatu Prasowego Straży Miejskiej m.st. Warszawy, żeby dowiedzieć się, jak historia potoczyła się dalej.
„Strażnicy miejscy mają ograniczone pole działania w sytuacjach, gdy osoba (...) wykazuje objawy demencji, choroby psychicznej lub znajduje się w stanie zagrażającym jej życiu bądź zdrowiu. W takich przypadkach niezwłocznie wzywają na miejsce pogotowie ratunkowe. To służby medyczne podejmują decyzję o ewentualnej hospitalizacji lub skierowaniu do odpowiedniej placówki. W opisywanej sytuacji, po przeprowadzeniu rozmowy w szpitalu, strażnicy uzyskali informację, że stan mężczyzny nie zagraża jego życiu ani zdrowiu – czytam w odpowiedzi. – Działania strażników miały w związku z tym charakter pomocowy i były ukierunkowane na zabezpieczenie schronienia oraz noclegu (...). Funkcjonariusze skontaktowali się ze służbą dyżurną VII Oddziału Terenowego w celu ustalenia miejsca, do którego mogliby przewieźć 62-latka. (...) Mężczyzna został przewieziony do noclegowni na terenie Białołęki w Warszawie. Transport odbył się zgodnie z obowiązującymi procedurami, które wymagają zgody osoby przewożonej”.
Podobnie asekuracyjny ton przyjmuje Szpital Grochowski: „Po wnikliwym przeanalizowaniu sprawy, niniejszym wskazujemy, że w sytuacji, gdy nie ma wskazań medycznych do przyjęcia do Szpitala, pacjent nie jest przyjmowany do oddziału. Pacjent, odmawiając pomocy oraz transportu, był świadomy. W odniesieniu do wewnętrznych procedur Szpitala wskazujemy, że Izba Przyjęć posiada wykaz miejsc pomocy niskoprogowej, ponadto w strukturach Szpitala działa pracownik socjalny, który jest często wzywany przez personel Izby Przyjęć w celu wsparcia przy zabezpieczeniu osoby w kryzysie, ale dana osoba musi wyrazić chęć przyjęcia pomocy”.
Przesłanki o zagrożeniu
Innego zdania jest Bartłomiej Matyszewski, wiceprezes Fundacji Fortior, ratownik medyczny, pracownik schroniska dla bezdomnych prowadzonego przez Wspólnotę Chleb Życia siostry Chmielewskiej, człowiek, który od wielu lat pomaga ludziom na ulicy i dzięki któremu udało mi się prześledzić dalszą ścieżkę pana Ryszarda. A ta nie zakończyła się w schronisku w Białołęce. Nie pozwalał na to jego stan zdrowia. Został przewieziony najpierw do schroniska siostry Chmielewskiej, gdzie oferowane są także świadczenia opiekuńcze, a następnie – po ocenie jego stanu przez ratowników – ponownie do szpitala.
– Nie zdawał sobie sprawy z tego, gdzie jest i co się z nim dzieje. Jeżeli istnieją przesłanki o zagrożeniu zdrowia i życia, zgodnie z ustawą o ochronie zdrowia psychicznego po ocenie przez medyków, że pacjent nie jest świadomy swojego położenia, nawet w sytuacji niezgody udzielenie pomocy jest obowiązkiem – wyjaśnia Matyszewski. – Ten konkretny człowiek nie powinien opuścić szpitala. Jeśli nie było dla niego miejsca, powinien zostać przekazany do innej placówki.
Oprócz złego stanu psychicznego, wskazującego na chorobę demencyjną, pan Ryszard zmagał się wieloma innymi problemami zdrowotnymi. Z wypisu wynika, że do Szpitala Grochowskiego został przewieziony w nocy z powodu bólu w okolicach nadbrzusza i wyziębienia. Od czterech dni nie jadł.
Kilka lat temu miał wyłonioną stomię z powodu skrętu jelit. Ta wypadła jakiś czas temu z powodu niezmieniania worków stomijnych. W miejscu wyłonienia pojawiły się zmiany martwicze. Kolejny niepokojący objaw to liczne i rozległe owrzodzenia, wskazujące na długotrwałe zaniedbania higieniczne. Do tego przepuklina w miejscach po laparotomii. Stwierdzono także zespół uzależnienia od alkoholu. Mimo to ze Szpitala Grochowskiego wypisano go już następnego dnia – o 7.40, co oznacza, że zanim został przewieziony przez straż miejską do schroniska, następnie do kolejnego, i w końcu znowu do szpitala, pod bramą izby przyjęć przesiedział bez ruchu 9 godzin.
Wieloletni brak wsparcia
Statystyki dotyczące osób w kryzysie bezdomności nie wskazują jednoznacznie, że przyczyny utraty dachu nad głową mogą wiązać się z zaburzeniami otępiennymi. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej problem ten dotyka nieco ponad 31 tys. Polaków. Ledwie 7 proc. jako przyczynę bezdomności wskazuje problemy zdrowotne. Głównym czynnikiem pozostaje uzależnienie od alkoholu (19 proc.), są nimi także konflikt rodzinny (17 proc.), eksmisja (11 proc.), rozpad związku (8 proc.), utrata pracy (7 proc.).
Jeżeli jednak spojrzymy na strukturę wiekową badanych, okaże się, że 70 proc. stanowią osoby w wieku produkcyjnym. Z drugiej strony aż jedna trzecia to ludzie w wieku emerytalnym (głównie mężczyźni). Można przypuszczać, że w tej grupie akcenty dotyczące przyczyn bezdomności rozkładają się inaczej. O tym jednak oficjalne statystyki milczą.
Poza tym, jak wskazuje wiceprezes Fundacji Fortior, najnowsze badania dotyczące zjawiska bezdomności kolidują z danymi ministerialnymi. – Bardzo często uzależnienie od alkoholu czy narkotyków, które obserwujemy u osób w kryzysie bezdomności, to tylko efekt pewnych doświadczeń. Uzależnienie jest objawem czegoś, co wydarzyło się w przeszłości, z czym ludzie sobie nie radzą. Tak naprawdę główną przyczyną jest wieloletni brak wsparcia – wyjaśnia Bartłomiej Matyszewski.
Z jego 12-letnich doświadczeń pracy na ulicy wynika, że „pensjonariuszami” schronisk, zwłaszcza oferujących świadczenia opiekuńcze, w znaczącym odsetku są ludzie doświadczający zaburzeń neurologicznych i kryzysów psychicznych. Bardzo często w wieku senioralnym. Ta grupa jest najbardziej bezbronna wobec powszechnej narracji nastawionej na sukces.
– Często są to osoby po urazach, po mikroudarach przechodzonych bezobjawowo, które przynoszą jednak konsekwencje. Bywa też, że są to ludzie chorujący na choroby neurodegeneracyjne. Ale o diagnozie możemy mówić dopiero po zbadaniu przez lekarza, a to często ma miejsce dopiero, kiedy człowiek straci już dach nad głową – dodaje Matyszewski.
Szacuje się, że w Polsce chorobami otępiennymi może być dotkniętych nawet 600 tys. osób.
Epidemia demencji
Prof. Tomasz Targowski, konsultant krajowy w dziedzinie geriatrii, przyznaje, że prognozy nie są optymistyczne. W ciągu kolejnego ćwierćwiecza dane ulegną podwojeniu – ocenia się, że na świecie żyje 55 mln ludzi dotkniętych demencją, a w 2050 r. będzie ich już 115 mln.
– Jeśli chodzi o klasyczne otępienia, zazwyczaj powodują je pierwotne neurodegeneracyjne choroby ośrodkowego układu nerwowego. Wśród nich najczęściej występuje choroba Alzheimera. To ok. 50-70 proc. przypadków. Dalej jest otępienie ciałami Lewy’ego (15 proc.), czołowo-skroniowe (5-10 proc.), zdarza się też otępienie w chorobie Parkinsona (5-10 proc.). Rzadsze przyczyny to choroba Creutzfeldta-Jakoba, zespół Hakima czy choroba Huntingtona – wymienia prof. Targowski. – Ale musimy też pamiętać o otępieniach naczyniopochodnych w przebiegu schorzeń układu sercowo-naczyniowego, zaburzeń lipidowych czy cukrzycy. Szacuje się, że otępienie naczyniopochodne może być nawet drugie, po alzheimerowskim, co do częstości występowania. Jest następstwem palenia papierosów i nadciśnienia tętniczego. Przyczyny otępienia u danego pacjenta mogą być oczywiście podwójne i wynikać np. z choroby Alzheimera oraz komponenty naczyniowej.
Zachorować może każdy. Najmłodszy odnotowany przypadek choroby Alzheimera dotyczył 19-letniego Chińczyka. Ryzyko rośnie z wiekiem – na zespoły otępienne cierpią głównie seniorzy, częściej osoby pozbawione kontaktów społecznych, nieuprawiające sportu, nadużywające alkoholu czy narkotyków, ale też chorujące na wspomniane choroby. Ryzyko rośnie także u osób przyjmujących opioidy ze wskazań medycznych, np. w leczeniu bólu w przebiegu choroby nowotworowej. Czynnikiem zwiększającym ryzyko może też być niedoczynność tarczycy, cukrzyca i nawracające incydenty hipoglikemii. W populacji najstarszej obniżone jest wchłanianie witaminy B12. Jej niedobory również mogą się przyczyniać do wystąpienia stanów otępiennych. Choroba Alzheimera dotyka częściej kobiety, natomiast na zespoły, których przyczyny są naczyniopochodne, częściej zapadają mężczyźni.
Kto może rozpoznać chorobę?
– W zasadzie każdy lekarz jest w stanie zorientować się, że ma do czynienia z pacjentem, który ma głębokie zaburzenia poznawcze. Aczkolwiek musimy zdawać sobie sprawę, że czasami w łagodnych postaciach jest to trudno wychwytywalne i wychodzi dopiero po dłuższym kontakcie – odpowiada prof. Targowski.
Świat osób cierpiących na zespoły otępienne kurczy się powoli. Choroba Alzheimera rozwija się podstępnie, stopniowo; zaczyna się od zapominania nazwisk, od zaburzeń depresyjnych. Pojawia się uczucie rozdrażnienia i podejrzliwość.
– Często chory nie ma poczucia choroby, ale pojawia się widoczna dla jego otoczenia apatia, zubożenie kontaktów towarzyskich, problemy z odnalezieniem adresu. W drugiej fazie, która przychodzi po kilku latach, chory zaczyna zapominać imiona swoich bliskich. Mogą pojawić się zaburzenia rytmu czuwania, nocne „łazikowanie”, zagubienie w najbliższym otoczeniu – wyjaśnia profesor. – Taki pacjent nie jest w stanie poradzić sobie bez opieki osób trzecich. Poza tym osoby te odczuwają silny lęk przed samotnością, potrzebują mieć w zasięgu wzroku twarz osoby, którą kojarzą. Mogą pojawiać się omamy i urojenia, także prześladowcze, stąd np. nieuprawnione podejrzenia o zdradę czy okradanie. Zaawansowane otępienie to nie tylko problem pacjentów, ale też ich bliskich. Spadają na nich zupełnie nowe obowiązki.
Szans na wyleczenie nie ma. Stosowane terapie mogą jedynie spowolnić postęp zmian degeneracyjnych.
Rola sąsiadów i streetworkerów
Kiedy choroba otępienna dotyka osoby samotnej, sytuacja się komplikuje. Jak podkreśla konsultant, takie osoby nie są w stanie same o siebie zadbać, nie mówiąc o prowadzeniu domu. Rozwiązaniem pozostaje zakład opiekuńczo-leczniczy albo pielęgnacyjno-leczniczy. Kłopot w tym, że miejsc w Polsce jest zaledwie 40 tys. Na miejsca czekają wszyscy pacjenci wymagający całodobowej opieki. Zanim zwolni się miejsce w ZOL (czyli w praktyce zajmujący łóżko pacjent umrze), mija często wiele miesięcy. Bywa, że rodziny, nawet dalsze, umieszczają pacjentów w prywatnych domach opieki. W przypadku osób zupełnie samotnych ważną rolę odgrywają empatyczni sąsiedzi i pracownicy socjalni.
– Obecnie prowadzone są prace nad integracją opieki społecznej, socjalnej i zdrowotnej. Liczę, że międzyresortowy zespół ds. polityki senioralnej wypracuje decyzje – mówi prof. Targowski. – Z uwagi na starzenie się społeczeństwa obszary opiekuńcze coraz częściej przeplatają się ze zdrowotnymi. Rozdział kompetencji pomiędzy resortami nie ułatwia wypracowania rozwiązań, bo trudno określić, ile w dziennym domu opieki jest pomocy medycznej, a ile socjalnej, i kto ma to finansować. Dużo się mówi o projekcie dziennych centrów wsparcia, mają ruszyć programy pilotażowe dotyczące schorzeń neurodegeneracyjnych, które miałyby zapewnić m.in. domowe wsparcie dla osób cierpiących na chorobę Alzheimera czy Parkinsona. Wiele mówi się o pomocy dla opiekunów, o opiece wytchnieniowej, ale na razie to melodia przyszłości, miejmy nadzieję niedalekiej.
Sytuacja osób bezdomnych cierpiących na schorzenia otępienne jest wielokrotnie trudniejsza. Żeby trafiły do ośrodka, muszą zostać wychwycone przez streetworkerów, ratowników czy strażników miejskich. Konieczna jest współpraca pracowników socjalnych szpitali, gminnych ośrodków pomocy społecznej oraz personelu schronisk, noclegowni i ogrzewalni.
Widać zmianę
Mimo że, jak podkreśla Bartłomiej Matyszewski, sieć systemu pomocy w ciągu ostatnich lat rozrosła się i możliwości wsparcia są nieporównywalnie większe niż kilka lat temu, w przypadku najbardziej potrzebujących, jak pan Ryszard, wciąż są to rozwiązania doraźne.
Zgodnie z policyjnymi statystykami, tylko w sezonie jesienno-zimowym 2023/2024 z powodu wychłodzenia zmarły w Polsce 32 osoby (rok wcześniej 28, dwa lata wcześniej 44). W porównaniu do stanu sprzed kilku lat widać zmianę: w zimie 2015/2016 r. na ulicy z wyziębienia umarło 108 osób, rok później 111.
Nie znam losów pana Ryszarda, nie wiem, dlaczego znalazł się na ulicy. Nasze ścieżki przecięły się tylko raz, pozostawiając pytania o nasze postawy wobec starości, uzależnienia, bezdomności i wartości ludzkiego życia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















