Katarzyna Kubisiowska: Byłam pewna, że gabinet dyrektorki Trójki jest o wiele większy.
Agnieszka Szydłowska: Ale to nie ten prawdziwy.
Jak to?
Kiedy w styczniu 2024 r. nowa funkcja zaprowadziła mnie wprost do miejsca, które powszechnie nazywa się gabinetem dyrektora, zastałam ciemne meble, skórzane kanapy, w przeszklonej gablocie dziwne książki, a do tego przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy. Dwie minuty wystarczyły na podjęcie decyzji o tym, że chcę pracować w pokoju obok, gdzie dotąd znajdował się składzik – pomieszczenie dla nikogo i do niczego. Po całym radiu pozbierałam różne rzeczy: ten różowy fotel wyprowadziłam z drugiej części budynku, siadywali w nim politycy przed wejściem na antenę. Kupiłam też trochę kwiatów. Część z nich zaniosłam do studia Osieckiej, gdzie od razu zaczęliśmy nagrywać koncerty.
Gesty oswajające przestrzeń?
Poniekąd ją odczarowujące. I tu nie chodzi wyłącznie o ostatnie lata, kiedy radio dewastowała poprzednia ekipa rządząca, ale też o dekady poprzedzające. Trójka przecież powstała w 1962 r., 1 kwietnia będzie obchodzić 63. urodziny. To kawał czasu z lepszymi i gorszymi momentami.
Mit dobrej Trójki ma wielu wyznawców.
Spójrz na tę gigantyczną książkę wydaną z okazji półwiecza radia. „33 x Trójka”, autorem jest Wiesław Weiss, bezcenna rzecz. Często do niej zaglądam, bo tam jest historia, choć wybiórcza, tylko niektóre audycje zostały opisane.
Ta przeszłość Trójki jest poprzeczką?
Bogactwem. A ja, jako dyrektorka, dostałam zadanie: odzyskanie wiarygodności i odbudowa podstawy degradowanej od roku 2016 przez kolejne osiem lat. Początkowo mało kto w nas wierzył i wszyscy dookoła mówili, że to się nie może udać. Przez wiele miesięcy dostawaliśmy tego rodzaju sygnały.
I?
Szacowałam, że jest źle, ale nie zdawałam sobie sprawy ze stopnia degrengolady na poziomie ludzkim. Pracownicy przychodzili do mojego pokoju i nadawali na siebie w sposób bezwzględny. A ze mnie robili sędziego jakiejś sprawy. Większość życia przeżyłam jako osoba, która miała dyrektora czy kierownika, i przysięgam z ręką na sercu, że nie pamiętam, bym na kogoś skarżyła. Trudnością było też i to, że dziennikarze byli zastraszeni.
Zastraszeni?
Przez pierwsze miesiące mojego dyrektorowania właściwie non stop słyszałam pytanie, czy można ten temat zrealizować, tego gościa zaprosić, w tym wydarzeniu uczestniczyć. Jeśli dziennikarz przychodzi do dyrektora z elementarnymi kwestiami z zakresu swojej pracy, to znaczy, że pozbawiono go autonomii.
Pozbawiono go czy raczej sam się pozbawił?
Ludzie kilka lat pracowali w warunkach i atmosferze niesprzyjającej sprawczości. Do końca nie byli pewni, które z materiałów przez nich zrealizowanych zostaną wyemitowane, gdyż w ostatniej chwili mogli dostać informację, że ten temat jest na cenzurowanym i zostaje ściągnięty.
Trójka powstała za rządów Gomułki, kiedy szalała cenzura, a mimo to już wtedy, jak i w każdej kolejnej dekadzie PRL-u pracownicy potrafili przemycać treści między słowami. Dziennikarzowi tak łatwo dziś zasznurować usta?
Jeśli na kolegium redakcyjnym dziennikarz wyrazi inne zdanie niż dyrektorka, to nie oznacza, że ma on powiedzieć „OK” i odstąpić od tematu. To jest ten moment, kiedy może o temat zawalczyć. Jeśli podnoszę brew – coś mnie nie przekonuje, mam za mało danych – to znaczy, że jestem gotowa do rozpoczęcia rozmowy.
Wniosek?
Na bierną postawę mogły złożyć się dwa czynniki: opresja wynikająca z upolitycznienia stacji oraz nauka płynąca z kapitalizmu stawiającego na bezwzględne podporządkowanie się szefostwu. Skoro karze, to wymaga, jak nie posłucham, to wylecę, jeśli nie zrobię, będzie niezadowolony. Efekt był też taki, że dziennikarze traktowali Trójkę jak robotę, którą wykonuje się bez zaangażowania, czasami zwyczajnie odwala i wraca do domu. Dziennikarz był człowiekiem do wynajęcia, to samo by robił w każdej innej stacji. Zastałam w zespole kilka osób, które miały radiowy warsztat, to znaczy wyrobiony głos i umiejętność prowadzenia audycji. Tyle że nie stało za tym nic więcej.
Bez autorskiego podejścia?
Pamiętasz akcję „Orzeł może”? Dziesięć lat temu Trójka zrobiła ją wespół z „Gazetą Wyborczą”. A chodziło o to, by wykrzesać z narodu więcej optymizmu. Pokazać, że jest w nas potencjał, umiemy robić rzeczy niepowtarzalne i możemy być z tego dumni. Nie do końca było mi po drodze z paradowaniem za czekoladowym orłem, cieszyłam się w duchu, że mam w tym czasie do zrobienia coś innego: poleciałam do Londynu na wymarzony wywiad z Thomem Yorke’em.
Ale uczestniczyłam w zebraniu w studiu Osieckiej, na którym Magda Jethon, ówczesna dyrektorka, mówiła, jak widzi tę akcję, a jedna z koleżanek wyrażała swoje wątpliwości pytaniem, czy to jednak dobry pomysł, czy nie powinniśmy się bardziej zdystansować od polityków. Co pokazuje, że zespół Trójki był niejednorodny. Jednocześnie za Trójkę pokroiłby się każdy tam pracujący, niezależnie od poglądów i od tego, kogo się lubi, a kogo nie.
Krzysztof Skowroński, dyrektor Trójki od 2006 r., pokazał, że można mieć skrystalizowany światopogląd prawicowy, ale nie decyduje on o kształcie stacji. Pod jego skrzydłami radio przeżyło renesans.
Z Krzyśkiem przeszłam chrzest bojowy. Na żywo ze studia w Krakowie prowadziłam rozmowę z Maurycym Gomulickim. Opowiadał on o swojej wystawie składającej się z cyklu kolaży – mandali tworzonych z miniaturowych zdjęć wagin rozmaitych kształtów i kolorów. Maurycy mówił, że całkowicie oddał się pracy i że on, jak patrzy na – teraz cytuję artystę – „pizdę”, to czuje absolutny zachwyt. I po zakończeniu audycji widzę, że dzwoni Skowroński. Struchlałam: wiadomo, jak szef bezpośrednio dzwoni do dziennikarza, to raczej z niczym dobrym. A on mówi: „Brawo, to było spontaniczne. Prawdziwe”. Krzysztof takim był właśnie dyrektorem: kochającym radio. Chciał, by ono było wiarygodne, by dużo się w nim działo, by pojawiały się nowe pomysły, ludzie ze sobą rozmawiali i współpracowali. Był stymulantem radiowego szaleństwa.
Swobody?
Dla publicznych mediów to był ciekawy czas. Kiedy zaczynałam w nich pracę, nie do końca rozumiałam sinusoidy, i że one są politycznie motywowane, a po każdych wyborach wygrane ugrupowanie rozdaje karty. Jednak zawsze najwięcej zależało od tego, komu powierzano szefowanie anteną. W ostatnich latach mieliśmy politycznych urzędników, tymczasem Skowroński pokazał, że da się robić radio inaczej. Choć dziś, czytając jego wypowiedzi, myślę, że raczej nie spotkalibyśmy się w myśleniu o Trójce. Ciekawe są te ludzkie transformacje.
Tworzenie radia publicznego A.D. 2025 jest bardziej ryzykowne niż za czasów Skowrońskiego?
Sądzisz, że to ryzykowne?
A nie jest? Gruntownie zmieniły się media, mają dużą konkurencję: platformy muzyczne i radia internetowe. Młodzi ludzie raczej radia nie słuchają.
A starsi słuchają?
Na pewno spora część słucha Radia Maryja. O. Tadeusz Rydzyk, zakładając w Toruniu tę stację, pomyślał o ludziach, którzy nie byli beneficjentami transformacji ustrojowej i zostali zignorowani przez każdy rząd po roku 1989.
Kiedyś mówiliśmy, nie bez złośliwości, że podobieństwo między Trójką a Radiem Maryja polega głównie na tym, że słuchacze, ze względu na swój wiek, nie będą nas słuchać przez kolejnych 40 lat. Badania z końca roku 2024 dotyczące zasięgu stacji radiowych pokazują, że rok do roku największy wzrost, na poziomie 2 pkt. proc., zanotował RMF, a na drugim miejscu jest Radio Zet ze wzrostem 1,5 pkt. proc. To stacje, które z naszej perspektywy w promocję inwestują kosmiczne sumy – wkoło i wszędzie widzisz przecież RMF i Zetkę. Na trzecim miejscu uplasowało się Radio Maryja ze wzrostem zasięgu o 0,9 pkt. proc., a po niej jest Trójka – z 0,5 pkt. proc. nadwyżki. Wprawdzie nie mamy łaski wiary, ale ten wynik pokazuje, że Trójka jest medium podobnym w strukturze do Radia Maryja.
Chodzi o szczególnego słuchacza?
I zaspokajanie innych potrzeb niż stacje komercyjne, często podobnie brzmiące, z milionową publicznością. Trójka nigdy nie będzie mieć tylu słuchaczy. Ona będzie przyciągać do siebie ludzi poszukujących rzeczy inteligentnych i lubiących odkrywać złożoność świata. Zmęczonych biciem piany – faworyzowaniem treści politycznych, antagonizowaniem i pogłębianiem polaryzacji. Nieodwracających się od tego, co się dzieje w geopolityce, ale jednocześnie gotowych na pogłębianie tematów.
Choćby kryzys klimatyczny… Dla nas nie jest on kwestią polityczną, tylko naukowo potwierdzonym faktem. Rozmawiając o nim, przyjmujemy perspektywę tych, którzy muszą sobie radzić z jego skutkami. Demagogia nas nie interesuje.

Taka ma być Trójka?
Mamy umożliwiać słuchaczom pełny dostęp do kultury. I to nie wyłącznie poprzez opowiadanie o tym, co się w niej dzieje. Czytamy na antenie książki. Nadajemy koncerty na żywo, więc niezależnie od tego, gdzie mieszkasz, możesz w nich uczestniczyć. Zabieramy słuchaczy do teatru: co tydzień jest słuchowisko, i to wcale nie o północy, kiedy zazwyczaj śpisz, tylko o godzinie 19. Podkreślam raz jeszcze i z całą mocą: swobodny dostęp do kultury media publiczne powinny mieć wpisany grubymi literami do ustawy medialnej.
Powinny też rozdzielać to, czym jest rzetelna, obiektywna, niezinterpretowana informacja, a czym są publicystyka, opinia i komentarz. Tych dwóch porządków nie wolno mieszać. Nie wolno też poddawać się emocjom, ściemom i fake newsom. Fact checking także powinien być obowiązkiem mediów publicznych, jako strategiczny cel państwa.
To ten ideał?
Być może media publiczne powinny być wyłączone z komercyjnego obiegu, by robić swoje na najwyższym poziomie. Warto przemyśleć, jak ochronić ich strukturę przed politycznymi zawirowaniami, by nie powtórzyła się historia. Zniszczenie Trójki, z którego podnosimy się od roku, ma nie tylko symboliczny wymiar. To była stacja rozpędzona, z wynikami słuchalności, przynosząca dochody. To też zostało zrujnowane.
Mamy przykłady ze świata, że media publiczne mogą działać skutecznie i cieszyć się zaufaniem. Jest brytyjskie BBC, amerykańskie NPR – dosłownie publiczne medium. W 2019 r. za pierwszej prezydentury Donalda Trumpa podróżowałam po Stanach autem, słuchając NPR. I do tej pory pamiętam, w jaki sposób komentowano wystąpienie prezydenta – puszczano fragment, a potem dwie osoby o przeciwstawnych poglądach odnosiły się do jego słów. Bez jadu, awantury, argumentując.
I Ty wierzysz, że w Polsce da się jeszcze w ten sposób prowadzić dyskusje?
Moje wysiłki jako dyrektorki idą w tym właśnie kierunku. Wiem też dzięki przeprowadzonym badaniom, że słuchaczami Trójki są ludzie dojrzali, głównie grupa między 40. a 59. rokiem życia. I kiedy mówisz, że młodzi radia nie słuchają, to rzeczywiście znajdziemy wiele argumentów na udowodnienie tej tezy. Tyle że radio to już nie tylko stojące w kuchni zgrabne pudełko, które włączasz tuż po przebudzeniu i ono towarzyszy ci przez cały dzień. Trójka jest też medium, które oferuje podkasty, możesz je odsłuchać w dowolnym czasie. Jeżeli temat jest interesujący dla ludzi, to naprawdę nie ma znaczenia, w jakim oni są wieku.
Jestem bardzo dumna z Trójkowych podkastów społecznych. Z „Onkostory”, gdzie Agnieszce Trzeciakiewicz ludzie opowiadają o swoich zmaganiach z chorobami onkologicznymi, a specjaliści dzielą się swoim doświadczeniem. Wśród zrealizowanych odcinków jest jeden, który szczególnie mnie porusza, bo piękne świadectwo życia ze świadomością policzonego czasu dał w nim Jan Hernik, mój zmarły na początku roku przyjaciel. A Kasia Stoparczyk, dziennikarka z „dawnego zestawu” Trójki, kojarzona z „Zagadkową niedzielą”, prowadzi podkast „116 111” – oparty o prawdziwe historie młodych dorosłych w kryzysach psychicznych i życiowych. To dla mnie ważne też dlatego, że w rozmowach z Kasią odkryłam, iż przez lata pracy stała się pogotowiem ratunkowym dzieciaków w kłopotach. I w końcu ma szansę połączyć oba te światy na antenie.
Młodzi to najbardziej wymagająca grupa słuchaczy?
Ale ich nie kokietujemy. Sama pamiętam, jak pracowałam w Rozgłośni Harcerskiej i wtedy dostawaliśmy od starszych kolegów cięgi za to, że na antenie non stop puszczamy hip-hop. Dziś rap jest najbardziej popularną muzyką na świecie, ale wtedy trzeba było się ciągle z niego tłumaczyć. A on był częścią tożsamości mojego pokolenia. Miałam 20 lat i śmialiśmy się z kolegami rówieśnikami z kolegów starszych o pokolenie, którzy próbowali nam opowiedzieć o młodych ludziach z perspektywy swoich 50 lat.
A młodzi dziennikarze w Trójce?
Mówimy im: macie wolną rękę, tylko pamiętajcie, że zależy nam na tym, by odbudować pewien etos, a cała reszta to jest wasza odpowiedzialność, bo tworzymy radio autorskie. Prędzej czy później nasi młodzi prowadzący spotkają się z młodymi słuchaczami. Ale wiesz, co jest ciekawe? Oni pracują, a potem wychodzą. Cięcie. Praca to praca, życie to życie. Oddzielają te dwie sfery.
Zaraz, zaraz: dziennikarstwo to nie robota między ósmą a szesnastą. Gdzie ten etos?
Tu następuje absolutnie zderzenie pokoleniowe. Ty i ja oddajemy całe życie robocie, jesteśmy niewolnicami kultury zapierdolu. Ludzie dwadzieścia lat młodsi wiedzą, że to ślepa ulica. Młodzi nie rezygnują ze spraw zaplanowanych w ich prywatnym czasie. To nie my, tylko oni mają rację.
Tu o rację chodzi?
Na początku rozmowy mówiłam, że przez pierwsze trzy miesiące mojego dyrektorowania przychodzili do mnie dziennikarze z każdą drobnostką. Ja im pomagałam rozwiązać problem, oni wychodzili do domu o 17, a ja zostawałam do 22, bo miałam pracę, której nie byłam w stanie wykonać w ciągu dnia. W końcu musiałam powiedzieć: „stop”. A wierz mi: długo się z tym woziłam. Zrozumiałam, że Trójkowe obowiązki muszę zmieścić w wyznaczonych przez siebie granicach.
Udało się?
Jakoś się udało. Teraz pomiędzy kolegiami odbieram miliard telefonów i odbywam drugie tyle rozmów, a czasami jeszcze robię audycję. Sama sobie zazdroszczę czasów, gdy byłam dziennikarką i miałam kilka godzin na przygotowanie audycji w pełnym komforcie.
To jest cena, którą płacisz za to stanowisko?
Sama odpowiedz na to pytanie: ile razy w Polsce za naszego życia zdarzyło się, żeby tego typu zadanie jak zarządzanie publicznym radiem powierzono kobiecie? Czy mogłabym liczyć się z tym, że powiem „nie” i jednocześnie dostanę kiedykolwiek porównywalną propozycję? Choć wcześniej, przez cztery lata po odejściu z Trójki w roku 2020, wiodłam super poukładane życie. Byłam typowym przykładem freelancera zaczepionego w radiu newonce. Zdarzały się momenty, w których martwiłam się o zarobki, czasami szybko wchodziłam na wysoką falę, pracowałam intensywnie i oszczędzałam na przestoje. A jednocześnie miałam czas na czytanie, oglądanie, słuchanie, zwiedzanie, rozmyślanie.
I DJ-owanie z Dorotą Masłowską?
Dorotę podziwiam od jej debiutu – „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”. Pracowałam wtedy w Pegazie i w jednym z programów mieliśmy materiał o super zdolnej maturzystce z Wejherowa. Pamiętam, jak dziś: stała na balkonie i paliła papierosa. A ja myślałam: „To ona pali przy rodzicach?”.
Dorota jest dla mnie fitnessem mózgu. Kiedy ją czytam, jestem pod niezmiennym wrażeniem, jak słowa, które łączy w koślawym chichocie, powodują, że mi się coś otwiera, rozumiem więcej i głębiej. Kochałam nasz wspólny podkast pod niepoprawnym tytułem „Godzina czasu”.
A to wspólne granie?
Obie lubimy się bawić nie tylko do dobrej muzyki, czasami ciekawsze jest to, co nie wyszło, co skompromitowane. Nawet ktoś to ostatnio nam po kolejnej DJ-skiej imprezie napisał, że gdyby rozłożyć na części pierwsze nasz set i zanalizować wybór piosenek, to wyszłoby, że mamy naprawdę okrutnie zły gust. A w naszym wspólnym graniu chodzi o to, że najlepszą zemstą wobec wszystkich tego świata niedogodności jest radość. Jeżeli komuś, kto ci truje, jak masz żyć, chcesz naprawdę zrobić przykrość, to stań naprzeciwko niego ucieszona. I kiedy z Dorotą gramy, a ludzie zaczynają tańczyć, wytwarza się kula wspólnej radości. Tu stawką jest szczęście. Ta zabawa nie ma niczego wspólnego z intelektem. To jest na poziomie ciała.
Agnieszka Szydłowska (ur. 1974) jest dziennikarką radiową i telewizyjną. Pracowała w Rozgłośni Harcerskiej, a następnie w Radiostacji. W Programie 3 Polskiego Radia prowadziła m.in. audycje „Radiowy dom kultury” i „Program alternatywny”. Po odejściu z Trójki pracowała w newonce.radio. Od 18 stycznia 2024 r. jest dyrektorką Programu 3 PR.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















