Źródło już bije

Dobra Nowina zdumiewa: głosi, że na życie wieczne nie trzeba czekać ani chwili.

29.10.2018

Czyta się kilka minut

Dzień Wszystkich Świętych w Pińczowie, woj. świętokrzyskie / HENRYK SADURA / GETTY IMAGES
Dzień Wszystkich Świętych w Pińczowie, woj. świętokrzyskie / HENRYK SADURA / GETTY IMAGES

Daty na nagrobkach – wszystkie minione. Rodzą się wspomnienia. Wzrok duszy odbija się jednak od nich i usiłuje przeniknąć: gdzie poszli ci wszyscy święci, wszyscy zmarli? Pytająco spogląda w przyszłość: gdzie idę ja? Jeśli natrafia na ciemność, to może dlatego, że skierowany jest nie w tym, co trzeba, kierunku.

W Ewangelii Jana możemy przeczytać zaskakujące słowa: „Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże i bez miary udziela Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie jest posłuszny Synowi, nie dostrzeże życia, lecz gniew Boży spoczywa na nim” (J 3, 34-36). Jeśli ktoś przyzwyczajony jest myśleć o wieczności jako o przyszłości zasłoniętej umieraniem, zapisane tu słowa Jezusa rozbijają jego obraz spraw ostatecznych. Wskazują jednoznacznie: ten, kto wierzy w Syna, ma – już teraz – życie wieczne, już teraz żyje wiecznym życiem.

W czwartej Ewangelii Jezus jeszcze kilkakrotnie wypowie podobną myśl, łącząc posiadanie życia wiecznego z wiarą czy ze spożywaniem Jego Ciała i Krwi: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Albo: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie” (J 6, 54-57).

Niech nie myli nas tu wzmianka o „dniu ostatecznym” jako dniu wskrzeszenia. Jest to bowiem w perspektywie Ewangelii Jana dzień, w którym wszystko się dokonało, co – zgodnie ze słowami Jezusa wypowiedzianymi na krzyżu – spełnia się w Jego przejściu do Ojca, czyli w wydarzeniu śmierci i zmartwychwstania. O tym właśnie mówił do uczniów w wieczerniku: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. (…) Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was” (J 14, 3. 18-20). Miejsce przygotowane nam przez Jezusa nie jest „hen tam”, lecz w nas. Na zamieszkanie w nim nie musimy zaś czekać wiele lat – ta przestrzeń (jeśli można nazwać ją przestrzenią) już w nas istnieje, otwarta teraz. Jak do tego wymiaru dotrzeć? Wystarczy, mówi Jezus, wierzyć. Ale jak się to robi?

Podążaj za ciszą

Życiodajna wiara w Jezusa nie jest po prostu przyjęciem bez dowodu Jego słów. W tradycji Izraela, której uczestnikami byli zarówno Rabbi z Nazaretu, jak i ewangelista oraz jego pierwsi czytelnicy, wiara była rozumiana jako całkowite zdanie się na Tego, w którego się wierzy, jako nakierowanie na Niego całej swojej egzystencji. Wyrazem wiary była modlitwa, którą każdy pobożny Żyd wypowiadał trzy razy dziennie, próbując jej słowami ukształtować swoje życie: „Słuchaj, Izraelu, Wiekuisty jest jeden. Będziesz miłował Wiekuistego, swego Boga, całym swym sercem, całą swą duszą, całą swą mocą”. Korzeniem wiary jest zamilknięcie, uciszenie serca i umysłu, i słuchanie. Wsłuchanie w Boga brzmiącego w szmerze ciszy (por. 1 Krl 19, 12-13) scala człowieka, by cały – zintegrowany i niepodzielony – Boga kochał.


CZYTAJ TAKŻE

ROZMOWA Z KS. GRZEGORZEM STRZELCZYKIEM, TEOLOGIEM: Sąd ostateczny to moment, kiedy spojrzymy sobie wszyscy w oczy, wiedząc, dokąd doszło nasze dobro i nasze zło. Nastąpi totalne ujawnienie wszystkiego. Dzień wielkiego wstydu.


Kto wierzy w Syna, ten jest w Niego – boski Logos, Słowo – całkowicie zasłuchany, na Niego całkowicie nakierowany, zdając się na Niego zupełnie. To On staje się źródłem i zasadą wszystkich myśli, uczuć i czynów takiego człowieka, On staje się więc źródłem i zasadą jego tożsamości. Jak Syn – wsłuchany w Ojca i zdający się na Niego – przez Niego żyje, tak człowiek żyje przez Syna – który jest w Ojcu i w człowieku.

Stąd mamy drugą część wypowiedzi, w której Jezus mówi, iż ten, kto nie jest posłuszny Synowi, życia nie dostrzeże – posłuszeństwo trzeba tutaj rozumieć (zgodnie nie tylko z polską etymologią tego słowa) jako słuchanie i podążanie za usłyszanym głosem. W perspektywie Janowej ewangelii Logos-Słowo, Światło i Życie splatają się ze sobą nierozdzielnie. Wszystko, co istnieje, stało się przez Logos. Istnieje w Nim – i w Nim jest życiem. Życie płynie więc wokół nas i w nas – zawsze, w każdym momencie, w każdej chwili. Nie zawsze jednak je dostrzegamy, nie zawsze jesteśmy jego świadomi, nie doświadczamy tego, co jest naszą prawdziwą naturą.

Wypuść siebie

Trafną, choć nie do końca jasną intuicję, o co tu chodzi, miał polski filozof Henryk Elzenberg. Pisał on: „Nie nieśmiertelność, ale wydostanie się poza »świat śmierci«. Przestać się utożsamiać z tym ciałem, które musi się rozpaść, a przede wszystkim z tą psychiką, która ma zgasnąć. Utożsamiać się z czymś, co jest poza czasem, pozaczasowe. To jest sensowny i w jakimś sensie dostępny równoważnik »życia wiecznego«”.

Elzenberg chrześcijaństwo traktował z krytycznym dystansem, a jego słowa mogą zgrzytać w chrześcijańskich uszach. Ale jego intuicja bardzo bliska jest nauce Jezusa, przekazanej przez wszystkich ewangelistów. W wersji Jana brzmi ona tak: „Ten, kto kocha swoją duszę/psyche, traci ją, a kto nienawidzi swojej duszy/psyche na tym świecie, zachowa ją na życie wieczne” (J 12, 25). Greckie słowo użyte tu na oznaczenie kochania duszy – filein – zawiera w sobie konotacje przywiązania, dążenia, pragnienia. Można by je przetłumaczyć: „kto lgnie do swojej duszy”, kto się z nią utożsamia.

Słowo zaś miseo, tłumaczone jako „nienawidzi”, może też oznaczać wzgardę, odrzucenie, lekceważenie. W takiej interpretacji nie chodzi o autoagresję, lecz o swoisty dystans, brak lgnięcia do swojej „duszy na tym świecie”, a więc do swojego psychiczno-empirycznego „ja”, odwiązanie od własnej tożsamości wyróżnionej na podstawie odrębności ciała oraz niepowtarzalności poszczególnego strumienia świadomości, ze wszystkimi jego śladami pamięciowymi, z całą jego historią. Jak zgodnie stwierdzają Rabbi z Nazaretu i polski filozof: tę tożsamość tracimy, ona gaśnie, jeśli się do niej przywiążemy, jeśli o nią będzie nam chodzić – zostaniemy z niczym.

Choć może nawet lepiej powiedzieć: nie tyle zostaniemy, co zostajemy. Nie chodzi bowiem tylko o przeminięcie naszego doczesnego „ja” kiedyś w przyszłości. Ono przemija stale, teraz – jako element przemijającego świata. Jeśli jednak ziarno umiera, przypomina Jezus, uwalnia z siebie nowe życie – którym naprawdę jesteśmy.

Znajdź początek

W perspektywie ewangelicznej utożsamienie, o którym pisał Elzenberg, nie jest decyzją woli, czysto ludzkim ruchem ku zewnętrznemu wobec nas przedmiotowi, lecz ma charakter odkrycia już uprzednio nam danej i nie od nas pochodzącej – ale najbardziej naszej – tożsamości. Boski Logos brzmi w nas od początku naszego istnienia, od początku tworząc nas na swój obraz i podobieństwo. Współzależność naszego końca – tj. ostatecznego spełnienia naszej egzystencji – i owego boskiego początku dobrze wyraża tekst apokryficznej Ewangelii Tomasza: „Uczniowie powiedzieli do Jezusa: »Powiedz nam, jak nadejdzie nasz koniec?«. Odparł Jezus: »Czy znaleźliście już wasz początek, że pytacie o koniec? W miejscu, gdzie jest początek, jest i koniec. Błogosławiony, kto stanie na początku – pozna koniec i nie zakosztuje śmierci«” (EwT 18).


EDYTORIAL KS. ADAMA BONIECKIEGO: Śmierć bliskich, śmierć ludzi, których kochamy, tych, których istnienie było cząstką naszego istnienia, to przedsmak własnej śmierci. Nikt i nic tej przestrzeni nie wypełni.


Trzeba nam stanąć na początku – czyli powrócić do naszego boskiego Źródła – a ono bije w nas, nawet jeśli nie jesteśmy świadomi jego istnienia, gdy w naszej świadomości zostało przysypane przez tysiące zewnętrznych bodźców i wzbudzonych przez nie pragnień, dążeń i niechęci. Splatają się one w zasłonę, która rozpościera przed nami złudny obraz ulotnego i przemijającego świata jako trwałej rzeczywistości.

Zasłona rozproszenia rozciąga się nie tylko w przestrzeni, lecz przede wszystkim w czasie. By sparafrazować słowa Pascala: wyciągani poza tu-i-teraz przez narzucające się nam nieodparcie obrazy z pamięci, albo przez troski, lęki i nadzieje, wspominamy życie, albo spodziewamy się żyć – ale nie żyjemy naprawdę.

Warto jednak zobaczyć, że pomiędzy wspominaniem a spodziewaniem się nie ma symetrii. Albowiem znamy tak naprawdę tylko przeszłość. Nasz obraz przyszłości, nasze lęki i nadzieje zbudowane są z naszych już przeżytych doświadczeń. Nasza historia jest filtrem, przez który patrzymy na otaczający nas świat. W naszej historii pewne sprawy stają się dla nas bardzo cenne – na tyle cenne, że chcemy, aby trwały. Lecz przywiązanie do tego, co przemija – przemożna chęć zatrzymania, czego zatrzymać się nie da – zamyka na to, co nadchodzi, nowe, świeże, to, czego jeszcze nie było.

Teraz jest(eś)

Warto w tym momencie posłuchać innego jeszcze wielkiego filozofa, który choć podobnie jak Elzenberg nie był chrześcijaninem, miewał bardzo ewangeliczne intuicje. W swoim notatniku Ludwig Witt- genstein zanotował: „Tylko ten, kto żyje nie w czasie, a w teraźniejszości, jest szczęśliwy”. Szczęście zanurzonego w teraźniejszości bierze się zaś stąd, że „życie w teraźniejszości nie zna śmierci”. Wyjaśnienie Wittgensteina może wydać się proste: „Jeśli przez wieczność rozumiemy nie nieskończony okres czasu, lecz bezczasowość, to można powiedzieć, że żyje wiecznie ten, kto żyje w teraźniejszości”.

W chrześcijańskiej, mistycznej perspektywie nie chodzi tylko o psychologiczne wrażenie braku upływu czasu, które może być nazwane, na zasadzie licentia poetica, wiecznością. Powracając z rozproszenia w tym, czego już i jeszcze nie ma, i skupiając się w jedynym momencie, który istnieje, dotykamy fundamentalnego wymiaru rzeczywistości. Jak wyjaśnia to Mistrz Eckhart: „Bóg jest bowiem w tej władzy [czyli w najgłębszym poziomie ducha/umysłu – PS] jakby w wiecznym »teraz«. Gdyby duch był w niej stale zjednoczony z Bogiem, człowiek nie mógłby się starzeć, »teraz« bowiem, w którym On stworzył człowieka, »teraz«, w którym zejdzie z tego świata ostatni człowiek, i »teraz«, w którym ja do was mówię, w Bogu się utożsamiają i stanowią jedno tylko »teraz«. A ponieważ ten człowiek mieszka z Bogiem w jednej światłości, nie ma w nim ani cierpienia, ani następstwa czasu, lecz tylko niezmienna wieczność” (Kazanie 2). Dlatego właśnie „w duszy, która trwa w obecnym »teraz«, Ojciec rodzi swego Jednorodzonego Syna, a w tym samym narodzeniu dusza się rodzi na nowo w Bogu. Jest to jedno i to samo narodzenie: ilekroć dusza rodzi się na nowo w Bogu, tylekroć Ojciec rodzi w niej swego Jednorodzonego Syna” (Kazanie 10).

Eckhart mówi o narodzeniu Syna w duszy. Ewangelista Jan – o trwaniu w człowieku Syna-Logosu. Obaj chcą otworzyć przed nami perspektywę, w której człowiek – każda i każdy z nas – jawi się jako nie całkiem przemijający, jako posiadający w sobie wieczny wymiar, boską „iskierkę”.

Żyj bez granic

Koniecznym warunkiem rozpalenia się tej iskierki w płomień widoczny w codziennej egzystencji jest nie tylko skupienie na rozbrzmiewającym cicho w nas teraz Słowie. Trzeba, jak opisuje Eckhart, wyzbyć się postawy „kupca”, czyli kształtowania naszych relacji ze światem, a nawet z Bogiem, na zasadzie „coś za coś”. Jesteśmy dla innych dobrzy, prowadzimy życie religijne, gdyż – i o tyle, o ile – wzmacnia to nasze poczucie własnej wartości, umacnia nasze „ego” albo (to ma miejsce zwłaszcza w sferze praktyk religijnych) przynosi nadzieję na przyszłą, „wieczną” nagrodę. Nagrodę tę zaś wyobrażamy sobie najczęściej jako dobrostan naszego „ja”, takiego, jakim jest ono w doczesności: ograniczonego, odseparowanego od innych w tym, co własne, przeżywającego przemijające doświadczenia.

Najgorsze jest tu jednak to wsobne nastawienie – chęć otrzymania i zatrzymania dobra dla siebie. Kto jednak chce zachować takie „ja”, takie życie – ten, mówi Jezus, straci je. Droga życia przebiega inaczej.

Pamiętam, jak moje dzieci – wówczas kilkuletnie – odkryły tę drogę ku wieczności. Dostały po paczce cukierków. Zamiast jednak, jak dotąd, zjeść je w samotności, zaprosiły kilkoro koleżanek i kolegów z sąsiedztwa. Cukierki rozeszły się szybciej, a każde z moich dzieci zjadło ich znacznie mniej, niż gdyby jadły same. Ale pojawiła się nowa jakość – radość wspólnego „ucztowania” – już sama w sobie, w momencie wspólnego spotkania, większa niż czysto zmysłowa przyjemność smakowania słodyczy; a także tworząca relacje przyjaźni, znacznie mniej podatne na niszczący wpływ czasu niż pobudzenie kubków smakowych.

Więcej jeszcze – moje dzieci odkryły możliwość cieszenia się z radości innych, a nawet uczestnictwa w ich radości, przeżywania – jak swojego – szczęścia drugiego. Granice ich małych „ja” zostały rozluźnione, ich serca się poszerzyły. W bezinteresownej i wspólnej radości ujawniła się iskierka wieczności.

Oddaj wszystko

Właśnie z tego względu Jezus wiąże posiadanie wiecznego życia ze spożywaniem Jego Ciała i Krwi. „Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6, 48-51).

Jedząc i pijąc zwykłe pożywienie i napój, w procesie trawienia przekształcamy tę materię w siebie. Jak jednak uświadamiali sobie i nam ojcowie Kościoła – jedzenie i picie Ciała i Krwi Boga ma skutek przeciwny: w procesie duchowego trawienia nie my jesteśmy stroną aktywną, to boskie Pożywienie przemienia nas w siebie. Jest to jednak Ciało, które siebie wydało na śmierć, które z siebie zrezygnowało, całe siebie oddaje. Być strawionym przez boskie Ciało i Krew to znaczy być przemienionym w Rzeczywistość, która nie zatrzymuje nic dla siebie, która nigdzie nie stawia granicy: moje – nie moje; która cała staje się pokarmem dla innych.

Jezus przeszedł w Ojca umierając. Jeśli więc Ewangelia przedstawia Go jako od początku boskiego, będącego jedno z Ojcem, to dlatego, że od początku był cały dla innych. „Gdzie ja jestem, będzie i mój sługa” (J 12, 26) – żyjemy, życie oddając.

Przesłanie Ewangelii Jana, którego treść była mniej lub bardziej wyraźnie doświadczana przez mistyków, takich jak Eckhart, albo filozofów, jak Wittgenstein czy Elzenberg, nie głosi, iż wraz ze śmiercią wszystko się kończy. Odwraca jednak nasz wzrok poszukujący wieczności od nieznanej przyszłości i kieruje go ku tajemniczej głębi obecnej w nas i wszędzie. Jeśli odważymy się pójść za szmerem Słowa, odkryjemy szczęście, w którym znikamy i bez lęku przed śmiercią wiecznie żyjemy. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof i teolog, publicysta, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, kierownik Katedry Filozofii Współczesnej w Akademii Ignatianum w Krakowie. Nauczyciel mindfulness, trener umiejętności DBT®. Prowadzi też indywidualne sesje dialogu filozoficznego.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2018