Reklama

Żegnaj Muszynianko!

Żegnaj Muszynianko!

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
07.11.2019
Czyta się kilka minut
Przez lata była najbardziej znaną polską spółdzielnią. Ale niestety już nie jest.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
6

6 września Spółdzielnia Pracy „Muszynianka” została wykreślona z Rejestru Przedsiębiorców. Od 2 września w KRS-ie widnieje za to „Muszynianka” Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Zmiana firma z Krynicy Zdroju przeprowadziła po swojemu: cicho i bez rozgłosu. W zasadzie można powiedzieć, że się udało. Sprawą zainteresowały się jedynie lokalne media. 

Postanowiłem zadzwonić do prezesa Muszynianki Ryszarda Mosura i zapytać o powody tej decyzji. W końcu jeszcze dwa lata temu mówił mi z dumą, że „struktura spółdzielcza to nie jest żaden balast. My uważamy przeciwnie. Spółdzielczość pomogła nam trzymać się razem w trudnym czasie przemian, a potem chroniła przed pokusą sprzedania się bogatemu inwestorowi”.

Dziś Mosur też dość otwarcie wyjaśnia, że... zmieniły się okoliczności. Sprawa jest dość prosta – rzecz w tym, że większość kluczowych spółdzielców Muszynianki to ludzie w okolicach wieku emerytalnego. A idea spółdzielni pracy polega przecież na tym, że w momencie przejścia na emeryturę udziały pozostają w firmie. Krótko mówiąc – nie można ich ze sobą zabrać ani też dłużej wypłacać sobie dywidendy od zysków. Tymczasem w Muszyniance jest co wypłacać, bo to jeden z czołowych producentów wody mineralnej w Polsce. A jej majątek szacowany jest na ok. 300 mln zł. Spółdzielcy szybko więc skalkulowali, że istnienie spółdzielni było dobre na poprzednim etapie, ale dłużej im się już nie opłaca. Przekształcając się w spółkę, zachowują przecież prawo do dalszego dysponowania udziałami. Nawet po rozwiązaniu stosunku pracy albo przejściu na emeryturę. Podsumowując: idea spółdzielni pracy przegrała w Krynicy z chęcią monetyzacji zysków przez samych spółdzielców.


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


I właśnie w ten oto (dość prozaiczny) sposób kończy się historia najsłynniejszej spółdzielni pracy w Polsce. Założona w 1951 r. firma (choć wtedy nazywała się jeszcze „Postęp”) zatrudniała w ostatnich latach ok. 80 osób, z czego 40 to spółdzielcy (a dziś udziałowcy). Spółdzielczość była w tym okresie jedną z wizytówek Muszynianki. To dzięki strukturze spółdzielczej w zakładach z doliny Popradu wytworzyła się nietypowa, jak na polski kapitalizm, kultura pracy. Oparta na niskiej rozpiętości płac (różnica między robotnikiem a prezesem wynosi – i to od lat – 1 do 3), współdzieleniu się zyskami (większość szła na rozwój firmy) i długim, stabilnym zatrudnieniu. Muszynianka ze swą spółdzielczą kulturą bywała regularnie obiektem westchnień zwolenników innego kapitalizmu. Zwłaszcza po kryzysie 2008 r., gdy nawet Komisja Europejska przyznała, że w czasie recesji nic tak nie stabilizuje cyklu koniunkturalnego, jak prężne spółdzielnie. 

Ta kultura nie zmieni się oczywiście w Muszyniance z dnia na dzień. Ale zmieni się na pewno. Dlatego mówienie, że pomiędzy spółką a spółdzielnią nie ma żadnej różnicy, jest zwykłym mydleniem oczu. Będzie tak: spółka Muszynianka zacznie się z każdym rokiem coraz bardziej upodabniać do innych przedsiębiorstw działających na rynku. Straci swoją wyjątkowość. Płace przestaną być równe, a zatrudnienie stabilne. Pojawią się walki o władzę i być może do gry wejdzie zewnętrzny inwestor. Słowem: Wrzesień 2019 roku to koniec Muszynianki jaką znamy. Dokładnie tak było przecież z innymi spółdzielniami pracy, które istniały kiedyś w wielu branżach. Od produkcji wody po wydawanie opiniotwórczych mediów. Tam też chęć monetyzacji zysku przez jedno pokolenie zwyciężyło nad przeświadczeniem, że instytucja to coś więcej niż osobisty interes jednej generacji. Niestety.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"chęć monetyzacji zysku przez jedno pokolenie zwyciężyło nad przeświadczeniem, że instytucja to coś więcej niż osobisty interes jednej generacji". Ależ, miły panie Redaktorze, chodzi właśnie o interes następnej generacji, spadkobierców mianowicie. Prawo spółdzielcze trochę jednak komplikuje kwestie dziedziczenia, zwłaszcza jeśli spadkobierców jest wielu. Na przykład wymusza wskazanie przez nich spośród siebie jednego, który obejmie udziały, ewentualnie podzielenie pomiędzy tych, którzy spełnią wymóg drugi i ważniejszy. Trzeba bowiem być członkiem spółdzielni lub złożyć deklarację członkowską. Załóżmy, że mamy do czynienia ze zgodną rodziną. Sprawa jest pozornie prosta, ale skoro wstąpienie spadkobiercy/ów w miejsce udziałowca staje się zależne od zdarzenia przyszłego niepewnego, to znów robi się skomplikowana. Każda spółdzielnia może swobodnie określić warunki członkostwa, które odpowiadają jej specyfice. Przepisy prawa spółdzielczego o warunkach dziedziczenia skarżono do TK, ale bezskutecznie. Możne skończyć się i często kończy się tak, że bliskim zmarłego zostanie na otarcie łez kilkaset złotych. Zamiast de facto zostawiać im prawo do jednorazowej niewielkiej zapomogi, lepiej zyskać znacznie większą kwotę, jaka przypadnie członkom "Muszynianki" w wyniku przekształcenia w spółkę z o.o. To jest właśnie myślenie ekonomiczne, z troską o to, co zostawimy przyszłemu pokoleniu.

...i śmiało wykrzyczy gromkim falsetem pod niebiosa "k o m u n o wróć!...", i niech jeszcze przyjodłuje - wszak to dopiero była i n s t y t u c j a!

Myślę,że oprócz tego ,co napisał zwyjątkiepprzc inną przyczyną zmian jest strach przed upadkiem firmy.Prosta rozlewnia wody jest warta 300 mln gdyż jest marką rozpoznawalną niemal przez wszystkich.Coraz większa świadomość ekologiczna będzie sprawiała,że butelkowana woda przestanie być chętnie kupowana,a wtedy biznes trafi szlag.

<<Zmiana firma z Krynicy Zdroju przeprowadziła po swojemu: cicho i bez rozgłosu (...)>> Pomijam merytorykę - ale to OBRZYDLIWE sugerowanie, że "coś jest na rzeczy", to takie "nasze, PiS-owskie" /przypomnę np. " już nikt nigdy przez tego Pana życia pozbawiony nie będzie" albo "jeśli ktoś ma majątek to skądś go ma"/ Mmm... Palce lizać ! TYGODNIKU - to naprawdę Twój styl ?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]