Żeby słowa leczyły

Nad listem Czytelniczki z Kanady. "Dochodzę do dziewięćdziesiątki. Mąż jest jeszcze starszy. Mieliśmy czwórkę dzieci. Dwoje zmarło na nowotwory. Jedno mieszka w Australii. Jedno w zakładzie dla nieuleczalnie chorych". Co odpowiedzieć, co przekazać, żeby choć odrobinę się przydało? Przecież nie ten cytat akurat znaleziony, gdzie bardzo na pewno żarliwy (i młody - widać to ze zdjęcia) autor zapewnia, że nie ma samotności, póki nie zgubiło się Boga.
Czyta się kilka minut

"Wtedy ludzie są naprawdę rozpaczliwie samotni (...) Bo samotność nie jest wynikiem zewnętrznej sytuacji, tylko niezdolności kochania".

Wszystko to prawda, tylko niestety nie musi się z niej rodzić ten najprostszy i najwłaściwszy instynkt, by człowiekowi zamiast kazania podać w jego opuszczeniu szklankę herbaty i usiadłszy, zapewnić: mogę zostać, nigdzie się nie spieszę, jeśli tylko mnie potrzebujesz. Tamta budująca konstatacja - co samotnością "nigdy nie jest" - bez takiego instynktu pozostanie oderwana i nieprzydatna. Co gorsza - zadźwięczy może tonem fałszywym...

Wszyscy w ubiegłym roku czytaliśmy o procesie, w wyniku którego rodzicom dwojga dzieci chorych na hypochondroplazję (w największym skrócie: brak zdolności kośćca do rośnięcia, plus cała masa komplikacji) sąd przyznał zadośćuczynienie za to, że szpital odmówił przeprowadzenia badań prenatalnych. Burza, jaka podniosła się po orzeczeniu sądu, dotyczyła strony werbalnej: dlaczego mówi się o "odszkodowaniu", tak jakby życie dzieci było szkodą? A jeden z duszpasterzy, upowszechniając swój obszerny komentarz, spuentował: "Życie Mateusza i Moniki nie jest krzywdą dla nikogo (...). Życie Mateusza i Moniki jest darem dla nich samych, dla ich rodziców, bliskich, dla polskiego narodu". I znowu: to prawda. Tylko co z tej prawdy przenika do realnej codzienności dzieci państwa W. i ich samych? Reportaż Edyty Gietki w ostatniej "Polityce" pokazuje bez żadnych wielkich słów codzienny, nieprawdopodobny trud pielęgnacji i codzienne, trudno wyobrażalne cierpienia dzieci. A jest w tym reportażu parę zdań szczególnie poruszających. To scena ze sklepu, do którego mama chodzi z Mateuszem. Mateusz ma już lat dziesięć, jest bardzo zdolny muzycznie, tylko mierzy nieco mniej niż 90 cm i lekarz nie obiecuje, by bez kuracji kiedykolwiek przekroczył wzrost pięciolatka, Matka uczy go samodzielności, w supermarkecie na przykład. "Idź Mateusz, poproś o ser żółty. Chłopiec staje przy ladzie, a mama patrzy z kilku metrów na to, że go nie widać. Jest jak powietrze dla pani w kolejce i pani po tamtej stronie lady. Mateusz mówi gdzieś w górę: ja tu stoję, to, że mnie nie widać, nie znaczy, że nie stoję. Mama powiedziała: wiesz, synku, łatwiej by mi było stanąć, żeby mnie widzieli, niż patrzeć, jak ciebie nie dostrzegają inni".

Jak związać słowa księdza S. o życiu Mateusza jako "darze dla narodu" z tym jednym choćby doświadczeniem? Nie wiem, i ksiądz nie wie zapewne także. W naszym języku etycznym jest bowiem dzisiaj bardzo wiele oburzenia na zło i bardzo wiele myśli pięknych i słusznych, ale pozostających jakby za kurtyną oddzielającą codzienność od prawd generalnych. Nie zmieniają świata, który zmieniony mógłby ratować, a przynajmniej nie ranić. I same wtedy chyba nie bardzo potrafią pocieszyć. To wciąż jest zadanie nierozwiązane do końca...

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2008