Reklama

Zbrodnia, życie, literatura

Zbrodnia, życie, literatura

15.11.2006
Czyta się kilka minut
Tej jesieni trup będzie się ścielił gęsto.
W

Właśnie ukazuje się po polsku kolejna - napisana w 1991 r. - powieść Henninga Mankella "Psy z Rygi", wielka gratka dla miłośników komisarza Kurta Wallandera. Tym razem Wallander prowadzi śledztwo w sprawie dwóch zamordowanych mężczyzn. Wszystko wskazuje, że to trupy ze Wschodu, może z Łotwy, o której komisarz nie wie nic, bo skąd na początku lat 90. przeciętny Szwed miałby cokolwiek wiedzieć o Łotwie? Co prawda obiło mu się o uszy, że republiki nadbałtyckie domagają się niepodległości i Moskwa krwawo tłumi ich bunt, ale ani go to ziębi, ani grzeje.

Wallander jak zawsze jest w ponurym nastroju, szwedzka demokracja wydaje mu się fasadą, za którą skrywa się cynizm, korupcja i bezduszna konsumpcja. W śledztwie pomaga mu oficer przybyły z Rygi. Po kilku dniach major Liepa wraca jednak na Łotwę i zostaje zamordowany. Wallanderowi nie pozostaje nic innego, jak pojechać do Rygi i tropić zabójców majora. Sęk w tym, że nie wie, kim był Liepa, i nie ma pojęcia, czym jest państwo totalitarne, które co prawda się rozkłada, ale...

"Psy z Rygi" to powieść niemal kafkowska, klaustrofobiczna i ponura jak codzienność ojczyzny proletariatu. Na szczęście rozjaśnia ją blask oczu Bajby Liepy, wdowy po majorze, która - jak wiemy z późniejszych powieści szwedzkiego pisarza - stanie się lekiem na wieczną mizantropię Wallandera. "Psy" czyta się z zapartym tchem, bo kryminały Mankella, nawet jeśli zwycięża w nich sprawiedliwość, nie krzepią i nie dodają otuchy. Nieludzkie systemy się kompromitują, padają mury berlińskie, ale świat nie staje się lepszy. Na listopad lektura jak znalazł!

***

Tym, którzy nie gustują w mrocznych opowieściach o panach z KGB, polecam "Kostium arlekina" Leonida Józefowicza, nostalgiczną opowiastkę o carskiej belle époque, kiedy zabójstwa popełniano z gracją i finezją - na przykład szczypcami do kruszenia cukru. Józefowicz to, po Aleksandrze Marininie i Borysie Akuninie, kolejny beletrysta rosyjski, któremu pisana jest sława gwiazdy kultury masowej. W Rosji uznanie już zdobył. Czy zdobędzie poza ojczyzną?

Józefowicz z wykształcenia jest historykiem, autorem monografii o rosyjskim ceremoniale dyplomatycznym i szkiców o samozwańcach. Bohaterem jego powieści jest nieustraszony śledczy Iwan Dmitriewicz Putilin, postać rzekomo autentyczna, człowiek, który przez czterdzieści lat siał postrach wśród petersburskich zbirów. W "Kostiumie arlekina" ma wyjaśnić tajemnicę zgonu austriackiego dyplomaty uduszonego poduszką - a nie był to najlepszy moment, by odprawić księcia von Arens­berg na tamten świat, bo Wiedeń i Petersburg odmieniają przez wszystkie przypadki słowo "Bałkany" i najmniejsza iskra może zaprószyć ogień w całej Europie.

"Kostium" zaczyna się więc obiecująco, ale im dalej w las, tym większe rozczarowanie. W salonie nieboszczyka kłębi się tłum podejrzanych: dyplomaci rosyjscy, austriaccy i tureccy, bułgarski konspirator, pretendent do tronu polskiego, duch Bakunina, posągowa dama z biustem, którym zdolna byłaby zadusić niejednego księcia, włoscy marynarze z "Triumfu Wenery", seryjny morderca z ludu i nawet praczka, z którą ten ostatni żyje na kocią łapę. Nie każdy przepada za ciżbą, w której nie wiadomo, kogo i o co podejrzewać...

Józefowiczowi nie brakuje inwencji, ma jej wręcz w nadmiarze, i to go gubi. Wydawałoby się, że wystarczy powtórzyć kilka chwytów, które przyniosły sukces Akuninowi! Niestety, nieco plebejski Putilin nie jest godzien nosić za wytwornym Erastem Fandorinem nawet szczypców do cukru. Józefowicz ma jednak nad Akuninem tę przewagę, że Putilin mówi niekiedy językiem ulicy, pije wódkę i zakąszając grzybkiem w occie wzdycha, że na Syberii - gdzie niechybnie skończy - nie będzie wcinał frykasów. Fandorin mówi natomiast językiem klasyków literatury rosyjskiej, jada sushi, pija sake i nie śpiewa czastuszek, lecz układa haiku. Jakiż więc z niego Rosjanin?

"Kostium arlekina" to niezła rozrywka, można jednak powiedzieć o nim tyle, co o telefonie reklamowanym w telewizji: przeładny, damsko-męski, wszystkomający, ale bez wewnętrznego tfu. To pierwsza powieść o przygodach Putilina - wkrótce ukażą się tłumaczenia następnych, może z odrobiną owego tfu?

***

Przyrzekłem sobie niedawno, że więcej nie zająknę się o Akuninie; jak jednak dotrzymać słowa, gdy co pół roku ukazuje się jego kolejna zaskakująca książka? O "Historiach cmentarnych" powiem więc tyle, że znajdujemy tu kilka przewrotnych, utrzymanych w tonacji czarnego humoru nowel o życiu pośmiertnym sławnych i mniej sławnych nieboszczyków.

Tak więc w noweli "Materia jest pierwotna" wampir Karol Marks chce wyssać krew rosyjskiego komsomolca. W gejowskiej humoresce "Daj mi ucałować usta twe" Oscar Wilde leżąc w trumnie, wciąż pożąda chłopięcych pieszczot. W "Wargi zęby raz dwa trzy" niejaka Sałtykowa, zwana rosyjską madame de Sade, jak za dawnych dobrych czasów pragnie przypalać pańszczyźniane dziewki żelazkiem; a nie wie, że chłopiec, który wdarł się do jej krypty, zamierza wstąpić do pracy w znanej moskiewskiej instytucji - jak twierdzą Rosjanie, z jej dachu widać Sybir. Warto też wspomnieć japońską nowelę pt. "Dzigumo", choćby dlatego, że pojawia się w niej sam Fandorin, czy "Happy end" - elegijną pochwałę ludzkiej śmiertelności.

Ale o Akuninie ani słowa. Kilka słów natomiast o Grigoriju Czchartiszwilim, współautorze "Historii cmentarnych" - każdą z nowel poprzedza bowiem jego intrygujący esej o dziejach wielkich nekropolii, pochowanych tam gwiazdach i ekscentrykach, epitafiach i symbolach na nagrobkach. To eseista z krwi i kości, chwalił go sam Akunin w rozmowie publikowanej przed rokiem na tych łamach...

Jego cmentarna przygoda zaczęła się przed laty na moskiewskim Cmentarzu Dońskim, potem były pielgrzymki na P?re-Lachaise i londyński Highgate, na Goidzin-baci w Jokohamie i na nowojorski Greenwood, w końcu na Cmentarz Żydowski na Górze Oliwnej. "Wiecie, co mnie najbardziej intryguje w mieszkańcach Moskwy, Paryża, Amsterdamu, a tym bardziej Rzymu czy Jerozolimy? - pyta Czchartiszwili. - To, że większość z nich nie żyje. Jeśli wszystkich ludzi, którzy zamieszkiwali prawdziwie stare miasto przez całą historię jego istnienia, wyobrazimy sobie jako jeden ogromny tłum i wpatrzymy się w to morze głów, to okaże się, że pustych oczodołów i wybielonych przez czas czerepów jest więcej niż żywych twarzy".

P?re-Lachaise na przykład to siedemdziesiąt tysięcy mogił, w których spoczywa około dwustu tysięcy zmarłych, o milionach nieboszczyków w paryskich katakumbach nie wspominając. "Mieszkańcy miast z przeszłością żyją otoczeni zewsząd zmarłymi. Od pewnego czasu czuję, że ludzie, którzy żyli przed nami, nigdzie nie znikli. Zostali tam, gdzie byli, tyle że my i oni istniejemy w różnych wymiarach czasowych. Wszystko, co kiedyś było, pozostaje na zawsze, tak samo jak wszyscy, którzy kiedyś żyli".

Czy możliwe jest zatem nawiązanie kontaktu ze zmarłymi? Parafrazując Brodskiego, Czchartiszwili powiada, że "przodkowie dla nas istnieją, ale my nie istniejemy dla nich, my o nich cokolwiek wiemy, oni nie wiedzą o nas nic". Rosyjski pisarz przyznaje, że w swoich powieściach historycznych stara się zawrzeć poczucie Tajemnicy Minionego Czasu, którego najsilniej doświadcza na cmentarzach. Czyżby zatem tylko literatura dawała nadzieję na kontakt z tymi, którzy zewsząd nas otaczają?

W "Voil? une belle morte" Czchartiszwili ze zdumieniem zatrzymuje się przed grobem Prousta. Ascetyczny nagrobek autora "W poszukiwaniu straconego czasu" przekonuje go, że "wielki pisarz jest interesujący nie jako człowiek, ale twórca tekstu". Czytelnik może zadać pytanie: czy pisarz ma prawo uznać się za twórcę tekstu? Owszem, odpowiada Czchartiszwili w innym eseju, niektórzy posiadają dar pisarski, ale to tylko "wewnętrzny słuch pozwalający słyszeć teksty, które gdzieś już istnieją".

Tak więc tzw. twórca nie zawsze jest świadom, w co się wsłuchuje i z jakimi mocami się zadaje. W "Roosioo-fudzioo" Czchartiszwili opowiada pełną grozy anegdotę o Akuninie, który w "Diamentowej karocy" powołał do życia dziewczynę imieniem Midori. Sto lat po śmierci fikcyjnej bohaterki ujrzał jej nagrobek na Cmentarzu Cudzoziemskim w Jokohamie! Po żmudnym dochodzeniu historyczno-literackim z ulgą odkrył, że była to postać autentyczna i bohaterka noweli pisarki Nakazato Tsuneko. "Żmija połknęła własny ogon, literatura i życie ostatecznie się ze sobą poplątały. Właśnie tego zawsze się bałem" - pointuje tę historyjkę. Właściwie kto pointuje: Czchartiszwili czy Akunin? Doktor Jekyll czy pan Hyde?

Henning Mankell, "Psy z Rygi", przeł. Grażyna Ludvigsson, Warszawa 2006, Wydawnictwo W.A.B.;

Leonid Józefowicz, "Kostium arlekina", przeł. Wiktor Dłuski, Warszawa 2006, Oficyna Literacka Noir sur Blanc;

Borys Akunin, Grigorij Czchartiszwili, "Historie cmentarne", przeł. Wiktor Dłuski, Warszawa 2006, Oficyna Literacka Noir sur Blanc.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]