Reklama

Chłopiec na trawniku

Chłopiec na trawniku

26.03.2008
Czyta się kilka minut
Wspomnienia pełne anegdot o ludziach znanych i mniej znanych, od Gomułki poczynając, na sąsiadach z kamienicy na warszawskiej Parkowej kończąc. Opowieść barwna, jak barwny był jej autor. A przy tym ważny głos o polsko-żydowskiej pamięci.
Henryk Dasko na Dworcu Gdańskim, sierpień 1968 r. / Fot. z archiwum rodzinnego
H

Henryk Dasko, Dworzec Gdański

"Dworzec Gdański" to książka osobista i pełna tłumionej rozpaczy. Autobiografia polskiego Żyda, który uczestniczył w wydarzeniach Marca ’68 i został wygnany ze swojej ojczyzny, co do końca życia uznawał za jedną z największych tragedii osobistych. To opowieść o "marcowych migdałach" i o perypetiach emigranta - przyznać trzeba, że opisywanych czasami z humorem - ale przede wszystkim rzecz o tożsamości, pamięci i uporze, z jakim Henryk Dasko odrzucał stereotypy myślenia o sprawach polsko-żydowskich.

Dasko żył niespełna sześćdziesiąt lat. Zmarł we wrześniu 2006 r., po półtorarocznych zmaganiach z rakiem mózgu. O tej heroicznej walce z przeznaczeniem opowiedziała Agata Tuszyńska, żona Daski, w wydanych przed pół rokiem "Ćwiczeniach z utraty". Autorka kilku znakomitych biografii sportretowała w tej książce człowieka uroczego, obdarzonego nieprzeciętną inteligencją i pasją życia. Takim pozostał także w pamięci przyjaciół, o czym świadczą dodane do "Dworca" głosy Agnieszki Holland, Michała Komara, Adama Michnika i wielu innych. Tuszyńska wspomniała, że pomiędzy jedną a drugą operacją Dasko pisał autobiografię. Można się więc było spodziewać historii ciekawej i świetnie napisanej, bo Dasko miał wyborne pióro, o czym wie każdy, kto pamięta jego eseje, recenzje i artykuły publikowane w "Ex Librisie", "Wyborczej" czy w "Midraszu".

Czy te oczekiwania się spełniły? Z nawiązką! W "Dworcu" odnajdujemy atmosferę dzieciństwa i młodości autora, które przypadły na czas stalinizmu i na "niezapomniane lata sześćdziesiąte", gdy pokolenie urodzone tuż po wojnie - a Dasko urodził się w 1947 r. - zachłysnęło się Tyrmandem i Hłaską, Faulknerem i Kafką, jazzem, kolorowymi ciuchami i szybkimi samochodami. Zachłysnął się nimi także Dasko; pisze o prozaikach debiutujących po Październiku, o Wyścigu Pokoju, rowerach i niebywałych kombinacjach, by kupić używany samochód lub kożuszek, bez którego wstyd było się pokazać na Krakowskim Przedmieściu. To opowieść pełna anegdot o ludziach znanych i mniej znanych, od Gomułki poczynając, na sąsiadach z kamienicy na warszawskiej Parkowej kończąc. Opowieść barwna, jak barwny był jej autor.

Owe niezapomniane lata skończyły się dla Daski w czerwcu 1967 r., gdy jego ojciec, przedwojenny komunista rodem z łódzkiego proletariatu żydowskiego, wrócił do domu przerażony pogromowym przemówieniem Gomułki; kilka miesięcy później poprosił sąsiada, by ten pozwolił mu wraz żoną i synem przespać się na podłodze w jego salonie. Nie bez powodu, bo Henryk, student Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, z kilkoma innymi młodymi ludźmi, m.in. z Michałem Komarem, swoim "osobistym Mefistofelesem", wyraził solidarność z relegowanymi z Uniwersytetu Warszawskiego Adamem Michnikiem i Henrykiem Szlajferem. Wkrótce Dasko i Komar sami zostali wyrzuceni ze studiów, a Dasko otrzymał wezwanie do zasadniczej służby wojskowej. Przed pójściem w kamasze uchroniła go Irena Małcużyńska, żona Karola, życzliwość okazał mu dyrektor Łazienek Marek Kwiatkowski, oferując pracę przewodnika, oraz ekipa filmowa Andrzeja Wajdy, w której pracował Komar. Będzie im za to wdzięczny do końca życia, uważając, że polska inteligencja zdała w Marcu egzamin.

Nie zapomni też nigdy uczucia upokorzenia, jakiego doznał, śpiąc na podłodze w salonie sąsiada. W Marcu, podobnie jak tysiące innych polskich Żydów, zrozumiał, czym jest antysemityzm. Wcześniej nie miał wielu okazji, by zastanawiać się nad swoim pochodzeniem. Może tylko raz, gdy zwymyślała go dozorczyni z sąsiedztwa i dziesięcioletni Henryk poskarżył się w liście do warszawskiej gazety: "Drogi »Expresie«! Czy chłopiec chodzący po trawniku, na którym nie ma trawy, przeistacza się tym samym w »Żyda« i »świnię«? Bo takimi słowami dozorczyni domu przy ul. Podchorążych 19 ob. Kleszczowa zwymyślała chłopca, który chodził po wyżej wspomnianym trawniku, a następnie zaczęła krzyczeć »Poszoł« i »Wynoś się za bramę« i to samo uczyniła z drugim chłopcem, tylko że dodała kilka bardzo mocnych szturchańców. To samo robi obywatelka Kleszczowa z większością chłopców, którzy pokazują się na podwórzu. Proszę Cię, »Expresie«, o wydrukowanie tego listu w Spacerkach". Podpisano: "Obrażony chłopiec". Nie wiadomo, czy "Expres" list wydrukował. Wiadomo natomiast, że w 1968 r. rządzący Polską okazali się duchowymi pobratymcami ob. Kleszczowej. Choć, jak pisze Dasko, tym razem on i inni obrażeni i poszturchiwani chłopcy nie mieli się komu poskarżyć.

Dasko wyemigrował z kraju w sierpniu 1968. Była to dla niego decyzja tragiczna, bo jego światem była kultura, a to oznaczało - jak wyznaje - Polskę i tylko Polskę. Wsiadając do pociągu zmierzającego do Kopenhagi, zabrał ze sobą walizkę z książkami Hłaski, Brandysa, Konwickiego. Towarzyszyły mu one do końca życia. Z czasem postawił obok nich powieści Philipa Rotha i Jerzego Kosińskiego, z którym się przyjaźnił i przetłumaczył na polski jego "Kroki". Hłasce i Kosińskiemu poświęci błyskotliwe eseje, wyda też pełny tekst "Dziennika 1954" Tyrmanda. Jego działalność krytyczna i edytorska zacznie się z początkiem lat 90., gdy Dasko - jak to ujął Michnik - powróci do swojej prawdziwej ojczyzny, czyli do kultury polskiej. Myślał także o innym powrocie. Choć w Kanadzie odnalazł swe miejsce na ziemi, zakładając tam rodzinę i odnosząc sukcesy w biznesie, pod koniec życia kupił mieszkanie w Warszawie i zamierzał spędzać w niej co najmniej kilka miesięcy w roku. Plany te pokrzyżowała glioblastoma multiforme. Zmarł w Toronto i tam został pochowany.

W "Dworcu Gdańskim" odmalował duszną atmosferę Marca ’68. Przyglądamy się tej znikczemniałej Polsce oczami człowieka, który odnajduje swoją żydowską tożsamość. Pozwala mu to po latach napisać, że "Marzec nie jest sprawą Żydów, Marzec jest sprawą Polaków. Jakkolwiek by na to patrzeć i jakichkolwiek argumentów użyć - rozgrywka polityczna, nacisk Moskwy, kulminacja procesu trwającego wiele lat - jest to bezsprzecznie jeden z najbardziej haniebnych momentów powojennej historii Polski. Polacy, a nie Żydzi, muszą się z tym okresem rozliczyć w takim wymiarze, jaki uważają za słuszny i zgodny z ich narodowym sumieniem. Nie do nas należy jakakolwiek próba podjęcia dialogu w tej sprawie. Do nas należy pamięć".

Dasko nigdy jednak nie poddał się niechęci wobec Polaków i chciał służyć polsko-żydowskiemu pojednaniu. Był jednym ze współzałożycieli kanadyjskiej Polsko-Żydowskiej Fundacji Kulturalnej. Dostrzegał antysemityzm, często spotykany wśród emigrantów za Oceanem, ale nie był też ślepy na przejawy żydowskiego antypolonizmu, przejawiającego się przypisywaniem nam współudziału w Zagładzie. Pragnął wyjść poza krąg wzajemnych oskarżeń polsko-żydowskich. Ten wątek zajmuje w jego autobiografii poczesne miejsce. Już choćby to sprawia, że "Dworzec" jest ważnym głosem o polsko-żydowskiej pamięci.

Jest to także opowieść o rodzicach i o krewnych zamordowanych w czasach Holokaustu. Dwóch wujów Daski przeżyło getto i walczyło w Powstaniu Warszawskim, jeden zginął od niemieckiej kuli, drugi został zastrzelony przez żołnierzy AK, którzy wzięli go za niemieckiego szpiega. Najciekawszymi postaciami w tej opowieści są jednak rodzice autora, zasymilowani Żydzi, których tożsamość kształtowała polska kultura romantyczna.

Władysław Daszkiewicz należał do KPP, wojnę spędził w ZSRR, wydostawszy przedtem żonę z warszawskiego getta. Po 1945 r. z entuzjazmem zaangażował się w, jak mniemał, budowę nowego wspaniałego świata - był szefem kancelarii Bieruta, potem urzędnikiem w Ministerstwie Pracy i Opieki Socjalnej, po Październiku zajmował się m. in. repatriacją polskich więźniów gułagu. Wyrzucono go z partii w 1968 r., a jego żona, redaktorka warszawskiej edycji radzieckich "Nowych Czasów", oddała legitymację partyjną z własnej woli.

Rodzice Henryka Daski uważali się za internacjonalistów, ale ich dom, choć nie świętowano w nim Wigilii, był domem polskim, a ich los, utraty i rozczarowania przynależą do naszej historii, cokolwiek sądziłaby o tym ob. Kleszczowa i jej wnuki. Dasko opowiedział o rodzicach szczerze i przejmująco. Nie mógłby inaczej. Taki był.

Henryk Dasko, Dworzec Gdański. Historia niedokończona, Kraków 2008, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]