„Historia z bliska jest odrażająca, błazeńska, głupia. Dopiero z odległości jest tragiczna, piękna i majestatyczna” – pisał niegdyś w „Małej apokalipsie” Tadeusz Konwicki. To zdanie wraca do mnie dość często, jeszcze z adnotacją, że niezależnie od tego, jak przełomowe, wstrząsające czy niezwykłe mogą dziać się rzeczy, nie eliminują zwyczajności codziennego trwania. W centrum wydarzeń bywa zapewne intensywnie jak u Konwickiego, który ze swoim życiorysem na pewno wiedział, co pisze – ale krok dalej może być co najmniej dziwnie: niebezpiecznie i zastanawiająco zwyczajnie zarazem.
Na powtarzane tysiące razy pytanie „co robiłaś, gdy usłyszałaś o ataku na World Trade Center?” mogę odpowiedzieć z całą pewnością: jak pewnie większość ówczesnych nastolatków wracałam ze szkoły. Bardziej znaczące wspomnienie dotyczy 12 września. Moja klasa, tyleż świadoma, że właśnie stało się coś bezprecedensowego i chwiejącego znanym nam porządkiem, co zdezorientowana tym, jak należy się zachować w tak doniosłej sytuacji, spodziewała się, że zamiast lekcji czeka nas jakaś Fundamentalna Rozmowa. Nic z tego – nasza wychowawczyni zachowywała się tak, jakby był to każdy inny 12 września. Nawet Osama bin Laden nie zwolnił nas z polskiego.
Wtedy byliśmy oburzeni tak, jak potrafią tylko nastolatki, którym odbiera się kawałek uczestnictwa w wielkiej historii. Dzisiaj w postępowaniu wychowawczyni widzę więcej racji. Zamach zamachem, a do matury to kto się nauczy? Wszystko jedno, czy dzieją się rzeczy tragiczne, czy wzniosłe, prędzej czy później rzeczy zwykłe upominają się o to, żeby do nich wrócić. Wyobrażam sobie, że scenarzysta komediowy mógłby spokojnie napisać scenę, w której słychać galop jeźdźców Apokalipsy, a zwyczajny pracownik biurowy denerwuje się, dlaczego musieli wpaść na ten pomysł właśnie teraz, kiedy zostało mu jeszcze dziesięć maili do wysłania, albo kogoś trąby anielskie dopadają właśnie w połowie smażenia naleśnika (a co, jeśli się przypali?).
To, że być może następuje właśnie gwałtowne przeprogramowanie międzynarodowego porządku w skali niewidzianej od dawna (a w dodatku pisząc te słowa, nie mam absolutnie pojęcia, w jakim świecie będziemy żyć, gdy wyjdzie kolejny numer „Tygodnika”), nie zmienia faktu, że nadal trzeba będzie chodzić do szkoły, pracy i płacić rachunki. Tak samo jak zamknięcie świata na cztery spusty w pandemii nie wyeliminowało istnienia transakcji pieniężnych, konieczności wywiązywania się z podpisanych umów oraz składania deklaracji podatkowych. To jest być może (z punktu widzenia mieszkańców raczej spokojnego kraju, oczywiście) najbardziej zdumiewające podczas oglądania amatorskich nagrań wideo z miejsc ogarniętych wojnami i kataklizmami – w piekłach tej ziemi, z których docierają wiadomości przekraczające granice wyobraźni, wiszą reklamy napojów chłodzących, ludzie jeżdżą samochodami tych samych marek co wszędzie i noszą bezprzewodowe słuchawki, a straszliwe wydarzenia jakby naturalnie wplatały się pomiędzy te obojętne bez stopklatek, spowalniania czasu, reżyserskich gestów.
Psychologia poznawcza wprowadziła pojęcie „błędu normalności” – skrzywienia percepcji polegającego na przywiązaniu do zwyczajnego stanu rzeczy, przez co łatwo przegapić lub niedoszacować niebezpieczeństwo. Ten błąd zazwyczaj prowadzi do zbyt późnych ewakuacji z pożarów czy powodzi – ludzie są skłonni zakładać, że nie może się stać nic aż tak nadzwyczajnego, dopóki nie okaże się, że już nie ma wyjścia. Nie dotyczy to jedynie katastrof, ale też pomniejszania potencjalnego zagrożenia ze strony ekstremistycznych ugrupowań czy wybujałych ambicji tyranów, o czym nieraz całe społeczeństwa przekonują się, gdy wpadają już w zbyt poważne kłopoty.
Ale ten błąd ustawień umysłu ma też swoje zalety, bo zapobiega działaniu chaotycznemu i pochopnemu, oślepieniu przez strach. Prawdopodobnie po prostu nie da się funkcjonować na co dzień bez ignorowania w jakimś stopniu zagrożeń i przy podkręconej do maksimum czujności. Nawet gdy dookoła trwa absolutne szaleństwo, życie samo wymusza kalibrację normalności. Na rozregulowaniu tej właściwości opiera się wszak terroryzm, w którym chodzi o wywołanie w ludziach niepewności co do tego, czy mogą spokojnie przejść doskonale znaną ulicą, czy przeżyją jazdę tym samym co zwykle tramwajem. A przecież zawsze jest coś do przejścia, do przejechania, jakieś jedzenie do ugotowania, dziecko do przytulenia, rachunek do zapłacenia, lekcja do powtórzenia.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















