Słynny czeski humor dawno przestał być jedynym znakiem rozpoznawczym kina naszych południowych sąsiadów. Niewiele go znajdziemy w najświeższej filmografii Jana Hřebejka, bardzo ostatnio nierównej i raczej mało zabawnej, czego przykładem staromodna trylogia „Ogród rodzinny” (2017). Osadzona w czasach okupacji, stalinizmu i tuż po nim, miała w sobie jeszcze trochę słynnego czeskiego ciepełka, rozgrzeszającego ludzkie przywary w cieniu nieludzkiej Historii.
Najnowszy tytuł tego reżysera, „Stan wyjątkowy”, włącza się do nurtu jego bardziej aktualnych satyr. Ale już nie tych lokalnych, związanych z przemianami obyczajowymi w naszej części Europy (patrz: „Na złamanie karku”). Raczej wpisanych w problematykę globalną i mówiących o zagrożeniach dla całej demokracji. Chodzi bowiem o życie w czasach postprawdy i, prawdę mówiąc, czeski reżyser, a w pierwszej kolejności jego nowy scenarzysta Milan Tesar, nie mają nam do powiedzenia niczego oryginalnego. Próbują być przynajmniej zabawni, choć w dzisiejszych czasach dużo lepiej się sprawdza w takich tematach bezpardonowy Radu Jude.
Bohaterem filmu jest reporter publicznego radia, który nadaje korespondencje z najbardziej zapalnych rejonów świata. Poznajemy Karela (gra go Ondřej Vetchý), kiedy ma relacjonować wybory w fikcyjnym arabskim kraju o nazwie Kambur, mało stabilnym i w dodatku posiadającym broń atomową. Lecz chociaż dzieje się tu Historia (za chwilę dojdzie do zbrojnego przewrotu i zostanie wprowadzony stan wyjątkowy), Karel potajemnie wsiada w samolot i wraca do Pragi. Chce przyłapać na gorącym uczynku Martę (Tatiana Dyková), swą wieloletnią partnerkę i koleżankę z radia.
Podejrzewa ją o romans z młodym stażystą Khaledem (Jordan Háj), pochodzącym z tegoż Kamburu. A że macierzysta redakcja ciągle oczekuje relacji na gorąco („jesteśmy zawsze tam, gdzie coś się dzieje”), Karel zaczyna nadawać z własnego mieszkania. Już nawet nie zza biurka, ale ze swojej kuchni, w tym samym czasie trzymając na muszce dwójkę domniemanych kochanków. Za pomocą zwykłego sprzętu AGD (tarki, palnika, kosza na śmieci...), z dodatkiem suchych bukietów, fabrykuje odgłosy arabskiej rewolucji.
Najważniejsze bowiem, by w błyskawicznym tempie rosły słupki słuchalności i temat był grzany przez media społecznościowe. Szefostwo Karela, nieświadome mistyfikacji, jest oczywiście zachwycone, on sam staje się reporterską gwiazdą, a zagraniczne media, z „Gazetą Wyborczą” włącznie, biją się o jego sensacyjne łżerelacje z bliskowschodniego oka cyklonu.
W całej tej grubo szytej maskaradzie przyda się także, co dosyć łatwo przewidzieć, sterroryzowany przez reportera Khaled, który z początku miał tylko uczyć Martę arabskiego. Jak było naprawdę? Czy prawdą jest to, co widzimy bądź słyszmy? Pytania brzmią trochę na wyrost, albowiem twórcy „Stanu wyjątkowego” w gruncie rzeczy nie mają filozoficznych aspiracji. Nie są też specjalnie wyrafinowani w swoich diagnozach odnośnie do „kreatywnego dziennikarstwa” i w braku złudzeń co do odbiorców treści produkowanych przez współczesne media.
Film Hřebejka to przede wszystkim farsa w rodzaju qui pro quo, na dodatek przez cały czas w grze znajduje się nabity pistolet. Z każdą chwilą piętrzą się poziomy mistyfikacji (w pewnym momencie z mieszkania na Vinohradach robi się coś w rodzaju partyzanckiej bazy) i nawet, gdy rośnie ryzyko, iż zaraz wszystko się posypie, zawsze jakimś cudem zawisa na ostatnim włosku.
Lekka konwencja filmu usprawiedliwia te naiwności. Bo kto powiedział, że komedia omyłek, również ta najbardziej nieprawdopodobna i zwariowana, nie może spełniać funkcji uświadamiającej lub przynajmniej demaskującej dzisiejszą dezinformację? Toteż wałkuje się ją tutaj na różne sposoby. Widzimy, jak społeczeństwo karmi się fake newsami, nakręca teoriami spiskowymi i nawet w szkołach próbuje się wciskać sfabrykowane, zgodne z czyimś interesem treści (na szczęście pokolenie „zetek” bywa pod tym względem dużo bardziej przytomne i krytyczne).
Jeśli chodzi o zbiorową łatwowierność, twórcy filmu wiedzą, że nic nowego pod słońcem. Dlatego pobrzmiewa tu dalekim echem pamiętne słuchowisko Orsona Wellesa o ataku Marsjan (1938) i jego masowy paniczny odbiór, przywołany potem w „Złotych czasach radia” (1987) Woody’ego Allena. Czymże jednak był ten jednorazowy i koniec końców niewinny eksperyment społeczny wobec zagrożeń wymierzonych w dzisiejszą infosferę?
Dlatego wielka szkoda, że „Stan wyjątkowy” nie jest po prostu filmem lepszym, ryjącym głębiej w bieżących socjotechnikach zakłamywania rzeczywistości. Scenariusz Hřebejka i Tesara, chociaż umie budować zabawne czy intrygujące sceny (jak symulacja ekstremalnego dziennikarstwa w domowych pieleszach), wypełnia przestrzenie między nimi publicystyczną watą. Odhacza hasłowo problem imigracji (w przypadku Khaleda najprawdopodobniej legalnej), neoliberalny klimat w mediach i oświacie, etniczne i rasowe stereotypy... Czy jednak sam rzeczywiście pozostaje od nich wolny?
Pierwotnie była to zresztą sztuka teatralna, napisana przez Tesara kilka lat temu. I choć teatralność wcale nie jest tego filmu wadą, zaś teorie spiskowe i wojny informacyjne stały się naszą codziennością, wyczuwa się pewne przenoszenie – albo niedomyślenie – tej historii. Kontrapunktem dla przyciężkiej satyry społecznej mogła być przynajmniej komedia romantyczna (o kobiecych kłamstewkach i męskich paranojach), jakkolwiek, pomimo dobrego aktorstwa, zabrakło jej finezji czy pieprzu.
Wprowadzono także równoległy i zupełnie zbędny wątek, pasujący bardziej na osobny film czy, jak planowano, odcinek serialu. Oto po sąsiedzku mieszka maminsynkowaty nauczyciel biologii, który przekonuje się na własnej skórze, do czego mogą prowadzić antynaukowe teorie, w tym przypadku – wiara w mikroczipy wszczepiane nam podstępnie przez lekarzy.
Gdyby więc „Stan wyjątkowy” miał nam powiedzieć coś o stanie czeskiego kina, a w szczególności tamtejszej komedii czy poczucia humoru, byłaby to mało wesoła diagnoza. Niby z tego samego się śmiejemy, żeby rozładować te same realne lęki, ale po co wyważać dawno otwarte drzwi i kopiować dawno obśmiane memy.
STAN WYJĄTKOWY (Výjimečný stav) – reż. Jan Hřebejk. Prod. Czechy 2024. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 25 lipca.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















