Wszystkie kłopoty Kolumbii

Epidemia zadziałała jak szkło powiększające: ogromna skala problemów społecznych stała się nagle wyraźniejsza.
Medellín

11.05.2020

Czyta się kilka minut

Czerwone flagi na domach to sygnał oznaczający głód i prośbę o pomoc. Medellín, Kolumbia, 16 kwietnia 2020 r. / / FOT. JOAQUIN SARMIENTO / AFP / EAST NEWS
Czerwone flagi na domach to sygnał oznaczający głód i prośbę o pomoc. Medellín, Kolumbia, 16 kwietnia 2020 r. / / FOT. JOAQUIN SARMIENTO / AFP / EAST NEWS

Powszechna i obowiązkowa kwarantanna zaczęła się 24 marca. Zareagowano szybko: w tamtych dniach w kraju potwierdzono dopiero kilka przypadków COVID-19. Zasady są restrykcyjne. Poza osobami wykonującymi zawody uznane za kluczowe nikt nie powinien przebywać na ulicy; na zrobienie zakupów wyznaczone są konkretne dni.

Od kiedy o kwarantannie zaczęto mówić, na ulicach Medellín, skąd obserwowałam sytuację, robiło się coraz bardziej pusto. Niewielkie restauracje, zawsze pełne w godzinach lunchu, stopniowo traciły klientów, w barach nie było już gwarno. Niektórzy jeszcze próbowali udawać, że nic się nie dzieje.

Na końcu ucichła muzyka. A przecież tu zawsze coś grało: salsa w barze na rogu, reggaeton ze stoiska z grillem, radio ustawione na cały regulator na balkonie sąsiada. Zapadła cisza. Czasem tylko uliczny sprzedawca na całe gardło krzyczał, że ma jeszcze awokado.

Początkowo miało tak być przez dwa tygodnie. Potem kwarantannę przedłużono najpierw do 11 maja, a następnie do 25 maja – pozwalając już jednak na otwarcie wybranych zakładów pracy i stopniowo łagodząc restrykcje. Czego dowiedzieliśmy się przez te ponad półtora miesiąca?

Kraj pod lupą

W Kolumbii to, co komiczne, przenika się z tym, co tragiczne. Również teraz kryzysowi towarzyszy humor. W sieci zobaczyć można nagrania śpiewających pod blokami policjantów, oklaskiwanych przez zgromadzoną na balkonach widownię. Są też piosenki w rytmie salsy, które tłumaczą, jak walczyć z wirusem. Było niecodzienne widowisko z departamentu Chocó, gdzie grupa mężczyzn, tańcząc z pustą trumną, przekonywała do częstego mycia rąk.

Wystarczy jednak spojrzeć bliżej, a traci się ochotę do śmiechu. Gdy kwarantanna zatrzymała większość społeczeństwa w domach, na widoku pozostało to, o czym zwykle niewiele się mówi.


CZYTAJ WIĘCEJ: AKTUALIZOWANY SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>


Problemy dotąd zamiatane pod dywan: miliony nieformalnych pracowników, wenezuelscy migranci, wysiedlona i żyjąca na ulicach rdzenna ludność, narkomani finansujący nałóg z codziennych kradzieży, pracownicy seksualni. Do tego miliony „zwyczajnie” biednych. Większość z nich, póki było „normalnie”, potrafiła przeżyć z dnia na dzień. Ulica była dla nich gwarantem przetrwania, wypracowali swoje strategie. Niektórym ulica pozwalała zarobić na noc w łóżku w jednej z noclegowni, nierzadko zarządzanych przez zorganizowane grupy kryminalne.

Dla tych ludzi kwarantanna oznaczałaby niemożność przetrwania. Zostali więc na ulicy, próbowali protestować, na przekór zasadom szukać płatnego zajęcia. Na co dzień niezauważani przez przeciętnego mieszkańca, teraz dostali się na czołówki mediów. Epidemia zadziałała jak szkło powiększające: ogromna skala problemów społecznych stała się nagle wyraźniejsza.

Embera Katío protestuje

Noc z 7 na 8 kwietnia blisko 360 członków rdzennej społeczności Embera Katío spędziło na ulicy w centrum Bogoty. Pochodzą z północnej części kraju, z wybrzeża Pacyfiku. W stolicy żyją ze sprzedaży rękodzieła i charakterystycznej biżuterii z kolorowych koralików, często proszą też o jałmużnę.

W najlepszym przypadku opuścili oni swoje domy, nie mogąc utrzymać się w rodzinnych stronach. W najgorszym – uciekając przed konfliktem zbrojnym i pogróżkami grup kryminalnych; w tym regionie aktywny jest gang narkotykowy Clan del Golfo oraz niegdyś partyzancka, a dziś czysto przestępcza grupa ELN.

Wyszli na ulice Bogoty po tym, jak 50 osób należących do Embera Katío eksmitowano z dotychczasowego miejsca pobytu. „Dotąd żadna instytucja nie dotrzymała danego nam słowa. Nie jesteśmy głupcami, też mamy swoje prawa” – mówiła obecna na proteście Claudia Patricia Huigerama, domagając się opieki przynajmniej dla kobiet i dzieci. „Nie jesteśmy tu obcy, jesteśmy Kolumbijczykami” – dodawał Leonibal Campo Murillo na jednym z nagrań z protestu.

Po całym dniu negocjacji władze obiecały zgromadzonym dach nad głową i dostarczenie żywności. Czy to wystarczy? Bo zaoferowana pomoc to jednak środek tylko doraźny, chwilowo usuwający kłopot z pola widzenia. Nie rozwiązuje problemów tysięcy rdzennych mieszkańców opuszczających domy, którzy – szukając wsparcia – często gubią się w formalnościach. Nie odpowiada też na potrzeby tych, których wioski znalazły się na szlakach narkotykowych lub terenach kontrolowanych przez zbrojne bojówki. Oni prędzej czy później będą musieli wybrać między ucieczką a życiem w ciągłym zagrożeniu.

Emigrant wraca do domu

Kolejną grupą, która nie doczekała się wystarczającej pomocy, są Wenezuelczycy. Z danych kolumbijskiego Urzędu ds. Migracji wynika, że pod koniec 2019 r. w kraju przebywało ich 1,8 mln. Ponad połowa nielegalnie, co utrudniało im dostęp do jakiegokolwiek wsparcia czy usług medycznych. Teraz stracili możliwość zarobku na pokrycie codziennych minimalnych potrzeb. Zaczęły się eksmisje. W stolicy nie zatrzymał ich nawet dekret 093, którym pani burmistrz Bogoty Claudia López Hernéndez zakazała tej praktyki podczas kwarantanny. W połowie kwietnia kolumbijskie MSW podało, że 30 tys. Wenezuelczyków przekroczyło granicę – dziś ta liczba jest zapewne dużo wyższa.

Jednak wrócić nie jest łatwo. Vanessa Pealez Bautista, która prowadzi schronisko dla wędrujących migrantów w Pamplonie (mieście oddalonym o 100 km od wenezuelskiej granicy), przybliża mi sytuację: – Jest trudno. Ludzie wędrują w stronę granicy, ale schroniska zostały zamknięte. Nie możemy ich przyjąć, jedynie na progu wręczamy paczki z jedzeniem.

Z Bucaramangi, innego miasta na trasie migrantów, wyjeżdżają do Wenezueli specjalne autobusy. Aby dostać miejsce, trzeba czekać godzinami. Trasa przebiega przez Pamplonę, ale tu Wenezuelczycy spotykają się z niechęcią lokalnych władz, które nie chcą ich wpuszczać do miasta.

– Nie zgodzono się na udostępnienie miejsca, gdzie mogliby spędzić noc – opowiada Vanessa. – Spędzają ją w autobusach, wystawieni na zimno i inne zagrożenia. Ci, którzy nie mają miejsca w autobusie, idą. Nie ma dla nich wsparcia. Na granicy zbierają się tłumy, atmosfera jest napięta.

W odpowiedzi na ten kryzys prezydent Wenezueli Nicolás Maduro napisał na Twitterze: „Mamy na uwadze naszych rodaków, którzy padli ofiarami ksenofobii i zdecydowali się na powrót do Wenezueli, swojej ojczyzny. Przyjmujemy ich z otwartymi ramionami, tak jak przyjęliśmy miliony, dla których nasz kraj okazał się ziemią pokoju i nadziei. Witajcie!”. Mało kto wierzy jednak, że państwo na skraju zapaści, z upadłym systemem opieki zdrowotnej, będzie w stanie zapewnić wracającym coś więcej niż pompatyczny wpis w mediach społecznościowych.

Skutki uboczne

Kwarantanna zmieniła też rynek narkotykowy. Po początkowym zastoju dilerzy wrócili na ulice, oferując towar po wyższych cenach. Heroina, według doniesień prasowych, pozostaje jednak niedostępna. Organizacje społeczne biją na alarm: problemem staje się zespół abstynencyjny. Osoby silnie uzależnione, nie mogąc dostać narkotyku z dotychczasowych źródeł, wychodzą na ulicę szukać go gdzie indziej. Działalność ośrodków, które dotąd wspomagały uzależnionych, m.in. podając im metadon, została zawieszona.

Utrudniony jest też dopływ narkotyków do więzień, gdzie całkowicie zakazano wizyt, a silnie uzależnionych tam nie brakuje. Przepełnione więzienia zmagają się zresztą z całą gamą kłopotów i stanowią idealne środowisko dla rozwoju epidemii. Już w drugiej połowie marca w kilkunastu więzieniach wybuchły rozruchy. Frustracja i wiadomości o koronawirusie stworzyły podatny grunt, na którym chaos rozprzestrzenił się szybciej niż choroba. W więzieniu Modelo w Bogocie wydarzenia miały szczególnie brutalny przebieg, było 23 zabitych i ponad 90 rannych. Media twierdziły, że zamieszki były częścią zakrojonego na dużą skalę planu ucieczki, wspieranego przez ELN.

Pod koniec kwietnia w pięciu więzieniach pojawiły się przypadki zachorowań. W więzieniu w Villavicencio, w centralnej Kolumbii, była ich ponad setka.

Czerwona flaga

A ci „zwyczajnie” biedni? Na początku tego roku ponad 3 mln ludzi (w 49-milionowym kraju) żyły za nie więcej niż 2900 kolumbijskich pesos na dzień (równowartość ok. 3 zł).

O sytuację w najuboższych dzielnicach pytam Damaris Londoño, która od lat regularnie odwiedza ludzi mieszkających w Altos de Oriente, godzinę drogi od Medellín, na jednym z otaczających miasto wzgórz. Powstało tam coś w rodzaju społecznej szkoły: co tydzień grupa nauczycieli dojeżdżających z miasta oferuje lekcje chętnym mieszkańcom Altos. W większości są to żyjące w nędzy ofiary wojny domowej, wysiedleni z innych części kraju. Damaris twierdzi, że to drugie pod względem wielkości takie osiedle w kraju (wojna między rządem i lewicową partyzantką, głównie organizacją FARC, trwała tu od końca lat 60. XX w. aż do 2016 r.).

Damaris stara się opisać obecną sytuację. Najpierw trzeba zrozumieć, o kim mówimy: – To ludzie, którzy żyją z tego, co nazywamy recorrido. Dostają się do Medellín, sprzedają drobne produkty, jak papierosy na sztuki czy kawa w plastikowych kubkach, proszą też o jałmużnę. Czasem sprzątają, dostarczają paczki, zatrudniają się na budowie. Pracują tak, jak danego dnia jest to możliwe.

Oczywiście – w szarej strefie, co nie było żadną tajemnicą. Dopóki trwał business as usual, każdy radził sobie, jak mógł.

– To taka niezagojona rana – mówi Damaris. – Wszyscy o niej wiedzą, jednak do tej pory nie rzucała się w oczy. Medellín ma dobre programy socjalne, to jednak ciągle za mało. Nie ma wystarczających środków, do tego dochodzi korupcja. Zgłoszeni do programu otrzymują 100 tys. pesos na miesiąc (ok. 104 zł) bądź paczki żywnościowe. Trzeba dodać, że przeciętna rodzina w Altos de Oriente ma 4-6 dzieci.

Pomoc, nawet ta niewystarczająca, nie trafia do wszystkich. Widać to w oknach wielu miast, w których pojawiają się czerwone flagi. To sygnał dla sąsiadów, władz, służb publicznych. Oznacza głód, prośbę o wsparcie. Pokazuje też to, co wszystkie powyższe historie: tutaj kwarantanna nie jest dla ubogich. Pozostanie w domu to luksus, na który nie wszyscy mogą sobie pozwolić.

Zostaw coś dla innych

W czas epidemii Kolumbijczycy pozostają serdeczni. Wspierają się. Ci, którzy mają więcej, starają się pomóc tym, którzy są w potrzebie. Powodzeniem cieszyły się zbiórki pieniędzy i darów żywnościowych w Medellín i Bogocie. Działa pomoc sąsiedzka, przed sklepami pojawiają się stoły, na których można pozostawić produkty dla potrzebujących. „Jeśli możesz, zostaw coś dla innych. Jeśli potrzebujesz, zabierz” – mówi informacja nad jednym z takich stołów.

Przyszłość wygląda jednak przygnębiająco, na całym świecie mówi się o kryzysie gospodarczym i wzroście ubóstwa. W Kolumbii, według prognoz cytowanych przez tygodnik „Semana”, wskaźnik bezrobocia spowodowany zatrzymaniem gospodarki może osiągnąć nawet 20 proc. A jak długo może się utrzymać na takim poziomie? Analitycy przywołują koniec lat 90., kiedy Kolumbia doświadczyła kryzysu na rynku hipotecznym. Wtedy bezrobocie także sięgnęło blisko 20 proc. Na zmniejszenie tego wskaźnika o połowę kraj czekał aż 10 lat. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2020