Martín wciąż walczy

W ich wiosce policjanci i byli partyzanci grają w niedzielę w piłkę. Ale nie wszędzie w Kolumbii, gdzie pokój panuje dopiero od czterech lat, jest tak idyllicznie.
z Medellín

26.10.2020

Czyta się kilka minut

Martín Batalla przed warsztatem, Kolumbia, 2019 r. / ARCHIWUM PRYWATNE
Martín Batalla przed warsztatem, Kolumbia, 2019 r. / ARCHIWUM PRYWATNE

Jest grudzień 2016 roku, gdy prezydent Kolumbii, Juan Manuel Santos, odbiera w Oslo Pokojową Nagrodę Nobla. Mówi, że przyjmuje ją w imieniu „ośmiu milionów ofiar i wysiedlonych, którym konflikt zbrojny zrujnował życie, oraz ponad 220 tys. kobiet, mężczyzn i dzieci haniebnie zamordowanych w czasie wojny”. Kilka osób na widowni wstaje, trzymają się za ręce. Obecni na ceremonii składają hołd ofiarom konfliktu między lewicową partyzancką guerillą FARC a rządem, zakończonego po 50 latach.

Na sali jest Leyner Palacios: ocalały z masakry w Bojayá, gdzie chybiona bomba zrzucona przez FARC trafiła w kościół; zginęło blisko stu cywilów, w tym jego rodzice i bracia. Obok stoi Íngrid Betancourt: była kandydatka na prezydenta, ofiara porwania, przez ponad sześć lat przetrzymywana przez FARC w obozie w dżungli. Po latach powie, że porwanie to doświadczenie powolnej śmierci. Jest Héctor Abad Faciolince, pisarz. Jedną z powieści poświęcił ojcu, obrońcy praw człowieka, który zginął z rąk prawicowej grupy paramilitarnej. Z kolei Liliana Pechené, w tradycyjnym stroju, reprezentuje w Oslo rdzenne społeczności: żyjące na terenach intensywnych walk, szczególnie dotknięte wojną.

Dla nich porozumienie pokojowe, za które prezydent dostał Nobla, to obietnica nowej, lepszej Kolumbii. Podobnie jak dla tysięcy partyzantów, którzy zdecydowali się odłożyć broń i dziś, od czterech lat, uczą się życia w społeczeństwie. To opowieść o jednym z nich.

Z uczelni do dżungli

Dorasta w Medellín, mieście o złej sławie, gdzie przemoc jest wszechobecna. Guerilla, zwalczające ją ruchy paramilitarne, narkotykowe gangi – wszyscy mają tu swoje porachunki.

W czasie studiów angażuje się w powstałe na uczelni ruchy lewicowe, kontestujące rzeczywistość i panujące od 2002 r. rządy twardej ręki prezydenta Álvaro Uribego. Buntuje się na widok przemocy ze strony państwa i grup paramilitarnych. W 2005 r. bierze udział w studenckim proteście, który, jak często tu bywa, przeradza się w starcia z policją. Giną dwie demonstrantki, a on sam trafia do więzienia. Jest podejrzany o przynależność do grupy terrorystycznej. Gdy po 18 miesiącach, oczyszczony z zarzutów, wychodzi z więzienia, jest już członkiem FARC, największej w Kolumbii organizacji partyzanckiej.

Z czasem opuszcza miasto i dołącza do partyzantów: do 36. Oddziału FARC, operującego w górach departamentu Antioquia. Przyjmuje pseudonim Martín Batalla, na cześć kolegi Martína Hernándeza Gavirii, zamordowanego działacza studenckiego. Posługuje się nim do dziś, dlatego tak będziemy go nazywać. Martín Batalla w tłumaczeniu oznacza: Martín wciąż walczy.

Baby boom

Gdy nastaje pokój, do procesu ponownej integracji ze społeczeństwem przystępuje blisko 13 tys. członków FARC. Kilku wyżej postawionych działaczy obejmuje gwarantowane miejsca w parlamencie (Kongresie); pozostali, po latach spędzonych w obozowiskach, przygotowują się do życia w cywilu. Po zwykle długiej rozłące spotykają się z rodzinami, uczą się obsługiwać komórki, zabronione w partyzantce ze względów bezpieczeństwa. Rodzą się pierwsze dzieci w kraju bez wojny, a światowa prasa rozpisuje się o wysypie ciąż wśród byłych partyzantek. W 2018 r., ze świeżo wyrobionymi dokumentami, wielu dawnych członków FARC po raz pierwszy w życiu oddaje głos w demokratycznych wyborach.

Z pomocą państwa, na wyznaczonych do tego terenach, zakładają niewielkie biznesy: piekarnie, browary, pasieki. Niektórzy stawiają czoło przeszłości i angażują się w szukanie „znikniętych” (desaparecidos): osób, które w czasie konfliktu przepadły bez śladu.

Także Martín Batalla wraca na studia i szybko staje się twarzą jednego z najbardziej udanych projektów prowadzonych przez byłych partyzantów. Wraz z 24 byłymi żołnierzami FARC tworzy Confecciones La Montaña: warsztat produkujący plecaki i odzież sportową.

Bez kamuflażu

Gdy pytam go o ten projekt, od razu mnie poprawia: – Nie jestem twórcą Confecciones La Montaña. To warsztat krawiecki, który funkcjonował już w czasie wojny, był częścią 36. Oddziału FARC. Zarządzam nim, ale nie ja go założyłem. Krawiectwo to fach, który towarzyszy nam od lat, kiedy na własny użytek produkowaliśmy plecaki i mundury.

Z czasów partyzantki sprzedawane produkty wyniosły jakość i wytrzymałość: efekt prób, jakie przeszły w lasach. Tylko dziś nie potrzebują kamuflażu: w ofercie są błękity i czerwienie, są też plecaki pokryte serduszkami. Wedle oczekiwań konsumentów. Ci zaś chętnie kupują te produkty, wiedząc, że dokładają cegiełkę do pokoju. Zachwalał je sam były prezydent Santos.


Czytaj także: Ewa Klewar: Kobiety guerilli


– Obecnie na zamówienie czeka się około miesiąca. Jesteśmy niewielkim biznesem, nie dajemy sobie rady z tak dużym zainteresowaniem. Musimy zwiększyć produkcję, chcemy się rozwijać – opowiada Batalla. – Chcemy zrobić to, angażując towarzyszy, którym nie powiodło się tak jak nam – dodaje.

Opowiada o początkach biznesu. To był przeskok, byli żołnierze guerilli musieli nauczyć się, jak funkcjonować zgodnie z prawami rynku. – W lasach wszystko było wspólne, jedzenie czy leki należały do całego oddziału. Tak samo było z obowiązkami: wszyscy gotowali, prali, uczestniczyli w walkach. Od dawna wytwarzaliśmy produkty: uprawialiśmy kukurydzę, kawę i fasolę, szyliśmy. Ale zawsze na potrzeby własne.

Byli partyzanci uznali, że model spółdzielni będzie im najbliższy. Batalla: – Musieliśmy przestudiować kwestie prawne. Zetknięcie z biurokracją było szokiem. Ale się udało.

Niedawno, w lipcu, produkty Confecciones La Montaña prezentowano na Colombiamoda, najważniejszym wydarzeniu kolumbijskiego świata mody. Po raz pierwszy na targach znaleźli się byli członkowie guerilli. Poza wymiarem symbolicznym przyniosło to korzyści praktyczne: przez pół roku projekt może liczyć na wsparcie profesjonalistów, którzy pomogą mu wkroczyć na rynki światowe. W grudniu ma być gotowy plan.

Batalla uważa, że na ich sukcesie powinni skorzystać też inni. – Nie może być tak, że my się rozwijamy, a sąsiad nic z tego nie ma – mówi i dodaje, że wraz z dawnymi partyzantami wielu mieszkańców zapomnianej dotąd wsi szuka dla siebie miejsca w społeczeństwie. Z ich biznesu żyje już 15 rodzin.

Strony jasne, strony ciemne

Byli partyzanci często osiedlają się w dalekich zakątkach kraju. Jak okoliczni mieszkańcy reagują na ich sąsiedztwo? – To nie my pojawiliśmy się w tych rejonach, partyzantka była tu od dawna. Nowością jest tam państwo – uważa Batalla, który swą działalność rozwija w gminie Anorí, oddalonej o pięć godzin jazdy od Medellín.

Gdy z nadejściem pandemii szwaczki straciły tam zajęcie, byli partyzanci szkolili je w szyciu materiałowych maseczek. W innym przypadku zapewniona przez rząd karetka, która na wsi pojawiła się wraz z dawnymi partyzantami, wprawiła lokalnych mieszkańców w zdumienie: dotąd najbliższy lekarz oddalony był o cztery godziny drogi. Batalla: – Chcemy zapewnić tym ludziom godne zatrudnienie, oni przetrwali wojnę, są jej ofiarami.

Mówi, że na wieś zmiany wkraczają powoli, a przejawiają się w drobiazgach: – W niedziele grywamy razem w piłkę. Policjanci, byli partyzanci i mieszkańcy.

Scena, która przed kilku laty byłaby nie do pomyślenia, mogłaby symbolizować nową rzeczywistość. Jednak nie wszędzie jest tak idyllicznie. W lipcu tego roku grupa 93 osób – byłych partyzantów z rodzinami – spakowała dobytek i w asyście wojska (do niedawna ich wroga) opuściła gminę Ituango, w górach na północ od Medellín. Po tym, jak 11 byłych członków guerilli mieszkających w tym regionie zabito, reszta obawiała się, że przyjdzie ich kolej. Wcześniej pogróżki zmusiły do opuszczenia regionu 70 osób związanych z FARC.

Według danych z października, od podpisania porozumienia pokojowego w kraju zamordowano 232 byłych partyzantów. Niemal drugie tyle otrzymuje pogróżki, a kilkunastu przepadło bez śladu. W nielicznych przypadkach prokuraturze udało się ustalić sprawców. Dawni partyzanci mówią o eksterminacji, ale rząd jest ostrożny w szukaniu związku między pojedynczymi zdarzeniami. Uznaje się, że większość zabójstw można przypisać grupom, które oddzieliły się od FARC z chwilą podpisania traktatu pokojowego, nie złożyły broni i wciąż prowadzą działalność (dziś w dużej mierze czysto kryminalną), a także gangom narkotykowym.

Niezależnie od tego, jaka jest prawda, sytuacja grozi poważnymi skutkami. Według Misji Weryfikacyjnej ONZ w Kolumbii przemoc wobec rozbrojonych partyzantów to jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla utrzymania pokoju.

Problematyczny jest też temat własności terenów, na których byli członkowie FARC rozwijają swoją działalność. Choć porozumienie pokojowe nie gwarantuje dawnym partyzantom ziemi, rząd zobowiązał się do jej zakupu. Dane słowo jak dotąd pozostaje jednak głównie obietnicą. Batalla uważa, że politykom brak woli: – Prawicowym władzom niełatwo jest wręczać ziemię byłym partyzantom.

MIMO WSZYSTKO Martín Batalla wierzy, że pokój jest możliwy. – Gdybym tak nie myślał, dawno byłbym z powrotem w górach – mówi. Marzy o Kolumbii, w której ludzie żyją spokojnie. Gdzie upominający się o swoje prawa nie są uciszani (tylko w tym roku zamordowano ponad 200 lokalnych aktywistów i polityków), a fundamentalnie różne poglądy ścierają się jedynie w dyskusji. Prywatnie chciałby też skończyć studia, które przerwała wojna. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2020