Od 20 lat prom „Marco Polo” wozi turystów rzeką w południowej Kolumbii. Turystyczny biznes kapitana Rubena Darío działał nawet w czasach wojny domowej

Kiedy pewnego dnia „Marco Polo” nie zarobił choćby na paliwo, żona kapitana zapytała bez zbędnych wstępów: „Rubenie Darío, statek czy rodzina?”. „Statek” – usłyszała w odpowiedzi.
z Kolumbii
Czyta się kilka minut
Prom "Marco Polo" kapitana Rubena Darío na rzece Orteguaza w departamencie Caquetá, Kolumbia, lipiec 2022 r. // Fot. Ruben Darío / archiwum prywatne
Prom "Marco Polo" kapitana Rubena Darío na rzece Orteguaza w departamencie Caquetá, Kolumbia, lipiec 2022 r. // Fot. Ruben Darío / archiwum prywatne

Zanim rozpoczął swoją żeglugę, w pierwszych latach XXI wieku jako sołtys pilnował porządku w swojej amazońskiej wsi, noszącej nobliwą nazwę Wenecja: łagodził spory między sąsiadami, doglądał, by lokale z tanim piwem i anyżkową wódką zamykano o przepisowych porach, przywracał do pionu pijanych mężczyzn, chwiejnym krokiem wracających nocą do domu.

Wojna domowa 

Niby prosta sprawa. Ale w tamtych latach w Kolumbii wszystko się komplikowało. Kraj był ogarnięty coraz bardziej brutalną wojną z partyzantami z lewicowych Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC). Powstała w latach 60. XX w., kolumbijska guerilla inspirowała się kubańską rewolucją, niosła na sztandarach hasło sprawiedliwości społecznej i postulat reformy rolnej.

Tutaj, w departamencie Caquetá (jego stolica nosi wdzięczną nazwę: Florencia), ten domowy konflikt przybrał szczególnie okrutny charakter. Wciągał niemal każdego: od lokalnych władz aż po piekarza (który musiał decydować, komu sprzedać chleb) czy kierowcę taksówki. Każda codzienna decyzja mogła stać się polityczną. Mogła uwikłać człowieka w wojnę.

Nie uniknął tego również Ruben Darío. Wkrótce po tym, jak objął stanowisko sołtysa Wenecji, do jego obowiązków doszły oględziny zwłok. Na początku XXI wieku prokuratura nie miała wstępu do peryferyjnych części departamentu, kontrolowanych przez partyzantów. Funkcjonariusze nie chcieli ryzykować, a ktoś musiał przecież zająć się zmarłymi. W oględzinach zwłok przeszkolono więc Rubena Darío.

Być może po to, aby oderwać się od ponurej rzeczywistości, Ruben Darío uciekał w marzenia. Myślał o swoim ojczystym regionie, wilgotnym i gorącym, pokreślonym rzekami, o intensywnej zieleni tropików. Poza naturalnym pięknem, pochłonięte wojną tereny nie oferowały wiele mieszkającym tu ludziom.

Kartonowy prom

Ruben Darío uznał, że miejscowi zasługują na coś lepszego, i że on może im to dać. I tak wymarzył mu się pomysł: niedzielny rejs. Turystyczny, dla relaksu, ze wspólnym posiłkiem na nadrzecznej plaży.

Najpierw z kartonowego pudła skleił model stateczku. Poszedł z tym do kolegów, żeby zaproponować im inwestycję. Jak ich przekonał do tego, że zmieni kartonowy prom w rzeczywistość, i że będzie nim pływał po rzece? Tej samej, z której osobiście wyłowił osiemnaście ciał? Gdy pytam, tylko się uśmiecha.

W każdym razie finał był taki, że we trzech zebrali 30 mln kolumbijskich pesos (równowartość ok. 29 tys. zł). Za tę sumę Ruben Darío sprowadził ze stołecznej Bogoty potrzebne materiały. Metalowe płyty połączył znajomy spawacz.

Wkrótce potem prom, ochrzczony „Marco Polo” – na cześć Włocha, z którym Ruben Darío czuje szczególną więź – był gotowy, aby wyruszyć w swój pierwszy rejs.

Prom "Marco Polo" co niedzielę jest gotowy, by ruszyć w dół rzeki Orteguaza // Fot. Ruben Darío / archiwum prywatne

Turystyczny biznes kapitana Darío

Jednak potencjalni turyści – mówiąc językiem biznesu: grupa docelowa Rubena Darío – nie byli przekonani. Ludzie zwyczajnie bali się oddalać od domu nawet o kilka ulic. A co dopiero zapuszczać się rzeką Orteguaza przez dżunglę, w której mogą ukrywać się partyzanci.

„Nikt tu nie będzie uprawiać turystyki” – mówili Rubenowi Darío, świeżo upieczonemu kapitanowi, jego pierwsi klienci podczas pierwszych niedzielnych rejsów. Wzięli w nich udział tylko dlatego, że były darmowe.

Kapitan Darío nie słuchał. Obecnie twierdzi, że to z powodu niewiedzy na temat turystyki. Gdyby się na niej znał, od strony teoretycznej, nigdy by się na ten szalony pomysł nie porwał.

Na każdy rejs przygotowywał gar gęstej zupy. Wspólny posiłek od początku był częścią programu – i tak zostało do dziś. Na początku zdarzało się, że wszystko było gotowe, a tu nagle region obiegała kolejna tragiczna wiadomość. Wybuch bomby przed komendą policji. Morderstwo taksówkarza, który zgodził się na nieodpowiedni kurs. Partyzanci FARC przejmują pobliskie miasteczko.

W takich chwilach mieszkańcy chowali się w domach, czekając na rozwój wydarzeń; przez kilka dni woleli się nie wychylać. W takie niedziele nikt nie pojawiał się w porcie. Rodzina Rubena Darío do środy dojadała zupę.

Partyzanci w dżungli

W czasach, gdy prom „Marco Polo” ruszał w swoje pierwsze, pozbawione turystów rejsy, przemoc była dla mieszkańców regionu czymś powszechnym.

Już wcześniej, na przełomie lat 60. i 70. XX w., departament Caquetá stał się terenem ekspansji partyzanckich wojsk FARC. Odległy od stolicy, trudno dostępny i w dużej części pokryty gęstą dżunglą, nie posiadał dobrej infrastruktury, a instytucje państwowe były tu niemal nieobecne. Dla kształtującej się guerilli sytuacja była idealna. Partyzanci szybko przejęli rolę państwa, rozwijając swoje alternatywne struktury władzy – w dużej mierze skupione na kontroli upraw koki.

Rosnąca w siłę partyzantka przyciągnęła do regionu także grupy paramilitarne. Te samozwańcze formacje rozpoczęły – z cichym przyzwoleniem rządowej armii – zwalczanie FARC. Podejrzani o współpracę z guerillą byli zatrzymywani, torturowani i często „znikani”. Tak mówi się tu o tysiącach osób, które przepadły bez śladu w trakcie konfliktu. Czasem to ich ciała lądowały w rzece, skąd wyławiał je Ruben Darío.

Krwawe czasy

Pierwsze lata XXI wieku w departamencie Caquetá naznaczyły kolejne tragedie: masakra zaangażowanej politycznie rodziny Turbay, zabójstwa burmistrzów, zakończone fiaskiem negocjacje pokojowe prezydenta Pastrany, porwanie Ingrid Betancourt podczas jej kampanii prezydenckiej. Także w tym okresie miało miejsce przymusowe wysiedlenie wsi Unión Peneya: za sprawą nasilających się walk między partyzantami a grupami paramilitarnymi, blisko pięćset rodzin opuściło swoje domy, w ciągu kilku godzin.

Ruben Darío pamięta doskonale tamte lata. Ale nie wdaje się w szczegóły, o tragediach opowiada po łebkach. Twierdzi, że dzieli się ze mną „poezją wojny”. Woli nie przywoływać okrutnej prawdy.

Nastroje tamtych dni odzwierciedlała liczba pasażerów na promie „Marco Polo”. W okresach względnego spokoju oferta Ruben Darío cieszyła się rosnącą popularnością. W trudnych momentach prom świecił pustkami.

Kiedy pewnego dnia „Marco Polo” nie zarobił nawet na paliwo, żona kapitana zapytała bez zbędnych wstępów: „Rubenie Darío, statek czy rodzina?”. „Statek” – usłyszała w odpowiedzi.

Do rozwodu nie doszło tylko dlatego, że w kolejną niedzielę prom wypełnił się ludźmi i zarobił 500 tys. pesos (ok. 500 zł). Jak przekonuje kapitan – kwestia cudu.

Kapitan Ruben Darío, marzec 2022 r. // Fot. archiwum prywatne Rubena Darío

Partyzanci po wojnie

Gdy Ruben Darío mówi o pokoju, oczy zachodzą mu łzami.

Rok 2016 zmienił dla niego wszystko. Podpisany w Hawanie traktat pokojowy między rządem a FARC przyniósł Kolumbijczykom nadzieję na normalność. A jemu liczne grupy turystów. Wciąż lokalnych, bo Caquetá trzyma się z dala od backpackerskich szlaków.

Niemniej pokład „Marco Polo” zapełnił się ludźmi. Jako czas bonanzy Ruben wspomina pierwszy rok po podpisaniu traktatu, gdy na rejsach pojawiało się nawet po 40 osób. Dopiero wtedy ten doświadczony już kapitan wyrobił patent sternika.

Optymizm Rubena z czasem zmalał. Gdy na obszarach opuszczonych przez FARC nie pojawiły się instytucje państwowe ani wojsko, pustkę wypełnili nowi gracze: grupy przestępcze, które przejmowały uprawy koki i kontrolę nad terenami, na których do niedawna rządzili partyzanci.

Także pozostałości po zdemobilizowanej partyzantce z czasem zaczęły przybierać nowe kształty. Pozornie zakończona wojna uległa swoistemu recyklingowi. Ci, którzy nie podpisali traktatu pokojowego lub po krótkim czasie zdecydowali się ponownie chwycić za broń, zaczęli szukać swojego miejsca i – pod starymi hasłami o sprawiedliwości dla najuboższych – wtopili się w nowy układ sił.

Kolumbijski kapitan

Zupełnie jak przed laty, także dziś aktualne wydarzenia znajdują odzwierciedlenie na pokładzie promu „Marco Polo”.

Gdy w lutym 2024 r. lokalni przewoźnicy otrzymali od zbrojnych grup ostrzeżenia, zakazujące im transportu, na „Marco Polo” kolejny raz powiało pustką. Kapitan jednak, niewzruszony, co niedzielę był gotowy, by ruszyć promem w dół rzeki Orteguaza.

Kolumbijski rząd, w ramach polityki „pokoju totalnego”, negocjuje obecnie z trzema grupami partyzanckimi. Wielu Kolumbijczyków – zwłaszcza z dużych miast, gdzie wojna z guerillą brzmi jak archaiczna opowieść z peryferii, o której próbują zapomnieć – jest zmęczonych powtarzalnością historii i patrzy na te wysiłki krytycznie.

Ale nie Ruben Darío. Jak większość mieszkańców kolumbijskiej wsi, doświadczył zła na własnej skórze. Od tamtej pory wierzy, że trzeba rozmawiać. – Ten prom to przestrzeń, gdzie buduje się pokój – podkreśla. I dodaje: – To moja forma oporu.

Podczas każdego rejsu przez skrzeczący głośnik opowiada o historii regionu. Mówi o kolonizacji i początkach przemocy, o kauczukowym boomie i wymordowaniu ludności rdzennej, o konflikcie wewnętrznym i podpisanym traktacie pokojowym, który, jak podkreśla za każdym razem, nie jest idealny, ale jest znakiem, że Kolumbia zmienia się na lepsze. I jest nadzieją, że któregoś dnia jego prom na dobre wypełni się turystami.

Traktat pokojowy

W roku 2025 minie 20 lat od pierwszego rejsu „Marco Polo”. Z tego czasu jeden dzień Ruben Darío wspomina jako najszczęśliwszy. Zupełnym przypadkiem wówczas w ten sam kurs jego promem wybrali się wojskowi wraz z rodzinami oraz grupa byłych partyzantów, którzy po złożeniu broni osiedlili się niedaleko portu.

Od podpisania traktatu pokojowego nie minął nawet rok, między stronami nie było zaufania. Nie przywykli do przebywania w tych samych miejscach. Kapitan umieścił byłych partyzantów na pięterku, a na dolny pokład zaprosił wojskowych.

– Ich żony zapuszczały się na górę, żeby zobaczyć tych partyzantów, o których tyle słyszały. Podobali im się. Dopiero co wyszli z lasu, muskularni, od biegania po lesie z plecakiem mieli piękne ciała – śmieje się Ruben Darío.

– Tamtego dnia moja opowieść wybrzmiała jak nigdy dotąd – wspomina. – Niczego im nie oszczędziłem. Mówiłem o latach wojny, o grupach paramilitarnych, o przewinieniach wojska i w końcu o traktacie pokojowym. Pamiętam, że drżał mi głos.

Na koniec, jak zwykle, zagrał hymn departamentu Caquetá. Wojskowi poprosili go też o hymn kolumbijskiej armii. Wywołało to poruszenie wśród byłych partyzantów. Skoro pokój został podpisany, to ich hymn również można zagrać – rzucili wyzywająco. Ruben Darío wiedział, że nie ma wyboru, w końcu porozumienie pokojowe zobowiązuje.

Tamtego dnia na promie „Marco Polo” wojskowi wysłuchali więc także najważniejszej pieśni byłych Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii, z którymi przez ponad 50 lat toczyli wojnę.

Sytuacja, która kilka miesięcy wcześniej byłaby nie do wyobrażenia, i wtedy wzbudziła napięcie. Obecny na pokładzie generał zaczął protestować.

„Panie generale, pan dowodzi w wojsku, ale na tym promie rządzę ja” – powiedział mu Ruben Darío.

I poczuł, że coś się w nim zmieniło: – Tego dnia zrozumiałem, po co mi był ten statek i te wszystkie lata trudności. Dopiero wtedy zostałem prawdziwym kapitanem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kapitan na czas pokoju