Przystanek „Stępińska” przy Gagarina: by przejść ku wiacie, przecina się ścieżkę rowerową. Ruda zabałaganiła na ścieżce: schodzi wolno, odmierza kroki. Ruszam, by wytrącić ją z letargu. A tu rower z naprzeciwka. Rowerzystka przyspiesza i celuje w Rudą. Nie zdążyłam, potrąca ją z wyraźną premedytacją. „Ej!” – krzyczy za odjeżdżającą gość, co też to widział. U Rudej siniak, mały szok. Podnoszę, przytulam, odpuszczamy kolejkę, wsiadamy do kolejnego autobusu. „Co ona zrobiła?” – pyta Ruda. „Nie wiem”. „Ona mnie staranowała”. „Haha, tak, pamiętasz taranowanie trzcin łódką? Z dziadkiem?”. Uśmiech. Trzcinka. „Ona była zła”. „Czy ta złość miała kolor?”. Myśli: „Miała tempo”. „Przyspieszyła”. Uderza się pięścią w nogę: „Szybko, za szybko”. „Na rowerze”. „W głowie!” – krzyczy. I chowa ją między kolanami.
116, pętla, jedna pakamera siedzeniowa. Starszy w ciemnych okularach, z laską, dwaj młodzi. „Dziadek, ty wiesz swoje, ale to nie przejdzie”. „Co nie przejdzie?”. „No, ja innego materiału potrzebuję”. Cisza. „No, mówię ci, że się biłem o Polskę”. „Ale ja muszę dodać w prezentacji nazwę bitwy”. Stary: „Nazwę! nazwę! Ja miałem permanentną walkę! Permanentną!”. Cisza, zawieszenie. „Dziadek, ale wiesz, my już tak nie mamy”. Dziadek łypie na mnie: „Pani słyszy?! On mnie tu kwestionuje!”. Ja: „Nie, to nie tak”. „Ależ tak! Gówniarz się nie spocił, a ja krew lałem”. Młody: „W wielu bitwach”. Stary, płacząc: „Wiesz co, Michaś, milcz. Może ja jestem dla ciebie śmieszny, ale ty dla mnie straszny. Cisza już, dobrze?”. Jedziemy. Stary płacze, młodzi wystawiają kolejny grymas do szyby. Mijamy Instytut Neurologii w korku.
Gdynia, dworzec, czekam na kolejny prospekt opóźnień. Obok mnie gość gapi się na rozkład. Nadaje w komórkę: „Mamy na razie dziesięć minut w plecy”. Pauza. „Ale nie denerwuj się, i tak nie chciałem jechać z twoim bratem”. Pauza. „Bo nie chcę rozmawiać”. Pauza. „Wszystko się spóźnia”. Pauza. „Zostaw, chcę jechać pociągiem”. Dłuższa pauza. W końcu desperacko: „Dlaczego?! Kupiłem sobie czas! Trzy godziny! Stać mnie. Stać mnie na czas, zostaw!”.
Gdynia, nocny spacer. Wychodzę ze słuchawkami w uszach. Słony podmuch. Skrapla się w aurze zbyt delikatnej, by osiąść na skórze, ale drąży sobie włosowate kanaliki w zmysłach. Sól to minerał smutku. Idę w Świętojańską. Grupki imprezujące, koczujące. Jedni na rożnach knajp, inni na resztkach. Pruję przez światła ulic, leniwe o tej porze, ale i nieopresyjne, przyzwalające. Można iść, korytarz ulicy jest przepustowy. Światła ustawiają się w tunel. Ktoś łapie mnie za rękaw sukienki, okręcam się. „Gdańsk Wrzeszcz?”. Ja, że nie wrzeszczę. „Szkoda. Teraz wszędzie łatwo przeskoczyć”. „?”. „O tej porze nie oporuje”. „Czyli na piechotę”. Rozpromienił się: „Do Kołobrzegu bym doszedł. A na Gdańsk to chwila, nie warto w taksówkę”. Trzymał rower na ramieniu, jakby go dopiero co ściągnął z liny nad przepaścią miasta. Śmiali się z nas na knajpianym tarasie.
Gdynia, tuż przy plaży. Wychodzę na spacer zaranny o piątej. Wszystko o tej porze wygląda, jakby dopiero co wyszło na ląd. Albo wychynęło nad wodę. Lifting świtu robi swoje. W innych warunkach pejzażowych trudno o szybki poród nowego świata. Idę. Mija mnie dwóch joggingowców na jednym oddechu, nie dołączam. A z naprzeciwka gość z psem: „To najlepsza pora, mało ludzi”. „Tak”. „Tylko w takich spaceruję. Wie pani, ja muszę wierzyć…”. „?”. „No głupio, ale muszę wierzyć, że ten spacer nie jest taki optymalny, gdyński, że nie jest dla wszystkich. A mieszkam tuż nad plażą. Głupio, nie?”. „Czy ja wiem”. „Zamieszkałem tu, a się ukrywam. Przed amatorami tego miejsca. Jakoś nie mam zgody. Może powinienem iść do lekarza?”. „Nie wydaje mi się. Tęskni pan za autentykiem, hehe”. Wziął psa na smycz. „Autentyk – brzmi jak nazwa statku”. „Owszem”. „Wsiadłbym. Wie pani, że stąd Gombrowicz wypłynął…”. „Jasne”. „O, pani wie! No więc może to by było rozwiązanie”. „Jakie?”. „Mieć stateczek, pokład, dryfujący tuż przy brzegu. Malutki, ale na własnych zasadach”. Uśmiecham się. „Mówiłbym żonie, że idę na spacer. I wsiadałbym na łajbę, i płynąłbym wzdłuż brzegu. Łeb w łeb ze spacerującymi”. „Tak by pan zrobił całe wybrzeże”. „Ale nie po śladach pozostałych. Bez rozmów”.
Tramwaj 10, park Dreszera, dosiada się dwóch starszych. Pierwszy: „Ładne kwiatki ma panienka na spódnicy”. „A dziękuję”. „Ja już jestem stary, wszędzie widzę dziewczynki, to podobno praca mózgu”. „Yhy”. Spogląda badawczo: „Mogłem obrazić, ale co mi tam, praca mózgu. Raz widzę pasikonika na doniczce, raz panią w spódniczce w kwiatki, praca mózgu”. „Jasne”. „Praca mózgu jest ciekawa. Są różne domy starców w Warszawie. Domy kultury czyli. Ale dla takich jak ja, z inną pracą mózgu”. Spauzował. „Co też się pani śmieje?”. Uśmiecham się. „Czy pani mózg pracuje prawidłowo?”. „Oj, nie”. „To uznajmy, że mamy randkę, dziewczynka i starzec. Bo wszystkie jesteście dziewczynki. Od pewnego progu nie rozróżniam wieku. Dobra nasza. Czy pani kogoś dobierze?”. „Dobierze?”. „Kto z nami idzie na dansing?”. „Coś wymyślę”. „Wie pani, szkoda życia na co innego, jak te momenty. Pani też niech się przygląda dziewczynkom. Prawda, kolego?”. Drugi starszy się ocknął. A ja zaraz wysiadam. Pierwszy: „Niech kolega zapisze, że w piątek, w miejscu wiadomym, będziemy gapić się na spódnice dziewczyn. Niech uzgodni szczegóły, damy pani bilecik”. Morskie Oko, zaraz Dworkowa. A opowiadacz zastygł raptem, stężał w wosk. Kolega: „Pani godność?”. „Dziewczynka, chyba”. Wysiadłam.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















