Wzniesienie Arthur’s Seat nad Edynburgiem, wspinamy się. Wiatr, wicher nawet, morsko-skalny zapach. Sól skalna różni się od morskiej. Nie osiada, rozprasza się w powietrzu, inaczej drażni zmysły. Ale jest, jest na pewno. Edynburg stoi na grzbietach dwu fal: ciemnej, wodnej – i jaśniejszej, skalnej, choć ta bywa niemal czarna u podstawy. Dryf skał jest powolny, lecz odczuwalny. Wrzosów tu tyle, że zbocze góry wygląda jak pastwisko jednorożca. Ruda utrzymuje, że jedzą wrzosy – na podkręcenie fioletu. Bez nocnych popasów byłyby bledsze. Przysiadamy na skale i wdychamy samotność. Kolonia samotników, opodal kolejne gniazda: kilka par, trzy rodziny. Każdy w swoim gnieździe. Jedno młode wyskakuje z wrzaskiem: „Bo tu nie ma wifi!”. Dorosły: „Przestań dziubać w telefon!”. „Mówiłeś, że tu wszędzie mają wifi”. „Nie w naturze”. „Ale my tu zwiedzamy!”. Dorosła: „Areczek, stul dziób. Szkotki się śmieją”. Szkotki to my. Dorosły na poirytowaniu: „Podziwiaj, gówniarzu, teren”. „Już podziwiłem, chcę wifi!”. „Po co?!”. „Bo ja nie wiem, gdzie jestem!”.
North Berwick, szkockie miasteczko w obejmie pól, wzgórza, zatoki. Szturmujemy The Law – „Prawo”, stróża okolicy. Niski masyw budynków, później ścieżka śródpolna, furtka wpasowana w ogrodzenie (płot pasożytujący na ciele starego muru) – i na szlak. Z łagodnego grzbietu morze widzę Cézannem, a pasma budynków Gauguinem. Gauguiny północne, z domieszką rdzy i stalowym filtrem morskiej bryzy. Widzę i pole kapusty, aż po horyzont. Uwodzi, magnetyzuje. Schodzimy. „Hallo”, „Morning” – kolejne bramki pozdrowień na ścieżce. Jest i furtka, za nią pole kapusty, potężnej, mięsistej. Nie mogę sobie odmówić. Wskakuję w bruzdę. „Morning” – pozdrawia zdetonowany pielgrzym „Prawa”. Odpowiadam i proszę Rudą o zdjęcie, ustawiam się. Pielgrzym drugi: „Yeah, great!” – dopinguje z niewyraźną miną. Za nim kobieta z psem. Staje, przygląda się, podchodzi. „To kapusta” – objaśnia. „I know, I know” – uspokaja Ruda. Cabbage, kabydż brzmi szorstko. Skąd jesteśmy? Z Polski. Ruda dopowiada, że u nas też mnóstwo kapusty. Ach, więc mają kabydż w dalekim kraju. Zza furtki spojrzeli na nas z troską.
Ciemne niebo nad Edynburgiem, zaraz lunie. My przy katedrze świętego Idziego, wyciągam parasolkę, bębni przeszywająco. Lejki w suknie, zagłębienia po ostrzale deszczem. A tu szpaler festiwalowych teatrów ulicznych, niektórzy zwijają się, inni walczą. Skrzypek rozstawił daszek, „żywy pomnik” skapitulował i wyskoczył z roli, opowiadacz improwizuje do garstki gapiów. Ja stoję w hipnozie deszczu, Ruda wybudza mnie i ciągnie za rękaw: „On coś chce”. Czarne punkty w jej źrenicach, a wokół nich spiralki. Jest zew. „On” to żongler, który postanowił nie zaprzestać. Rotuje piłki, a te zderzają się z trzaskiem z kroplami. Niemal nikt przy nim nie został, a my tak. „On coś chce”. Owszem, rzucił mi piłkę. Odrzuciłam i przez krótką chwilę nasze niewyrobione, sekowane przez ulewę ręce podawały mu piłki. Tylko on był artystą żonglerki, ale we trójkę byliśmy artystami ulewy, tricksterami sztormu. „On atakuje deszcz” – śmiała się Ruda. Nie znalazłabym celniejszego określenia. Została przy nas jedna para i żebrak etatowy, ten spod Idziego.
Samolot, gość przy oknie przysypia. A śni niespokojnie, w napięciu. Budzi się: „To mi się śniło, prawda?”. „Najpewniej”. „Spałem?”. „Tak”. „To dobrze dla nas, nie?”. Uśmiecham się. „Jasne, nie widziała pani tego snu. Śnił mi się Edynburg, chociaż tam jeszcze nie byłem”. „Aha”. „Poszedłem zostawić walizkę do hotelu, szukałem kawiarni. I raptem jacyś goście zaczęli ładować nas do piwnic. Szybko, szybko. Mówili, że »przekładają miasto«. I poczułem mocne wstrząsy, rzucało że hej! A jak nas wypuścili, co zobaczyłem?”. „?”. „Pałac Kultury na wzgórzu zamkowym”. „Haha, przełożyli na Warszawę”. „Taką kaleką, bokiem nasadzoną na te ich wzgórza. We śnie wiedziałem, że to moja wina. I było mi niewymownie smutno”.
Ruda podtyka filmiki z podróży dziadkowi. Ten miga się: „Ja już takich rzeczy nie zobaczę”. Ruda na oburzeniu: „Co ty, Nora, mówisz. Przecież to widzisz!”. „Co z tego – mówi Nora – zapomnę. Ty pamiętaj”. Ruda poważnie: „Nora, ja nagrałam, co pamiętam. Resztę już zapominam”. Dziadek: „Aha, czyli niewiele mi umknęło”. „Tak”.
Lidzbark Warmiński, zmierzcha. Siedzę w kuchni i patrzę na przesiąkający w ciemność wiadukt. Jest taka faza wieczoru, przynajmniej na Warmii, że mocne pastele zachodu przechodzą niemal niepostrzeżenie w akwarele mroku. I wiadukt rozmywa się, jeszcze widoczny, ale tylko prawem mocniejszego nasycenia niż pas nieba nad nim. Ciemny obrazek, jak depresyjne mazidła Rudej. Tak sobie patrzę, a w okno od ogrodu ktoś puka. Wyglądam – Maciuś, wnuk sąsiadki. „Przyjechałaś. Na długo?”. „Oj nie, zaraz w drogę”. „Szkoda. A pójdziesz na strych? Teraz jest dobra pora”. „Hehe, pamiętam, że goniłeś diabła”. „Szybko wygoniłem. Głupi był, beznadzieja”. „A siedzi tam coś jeszcze?”. Spoważniał: „Ja już jestem duży”. „Tak”. „I nie o to chodzi”. „A o co?”. „Zobaczysz. Tam widok żyje”. „Tu też. Szybko się zmienia za oknem”. „Nie! Tu tylko robisz oczami zdjęcia. A tam na strychu to sama kręcisz ten film. Tam jest takie studio”. „Czyli już nie jama diabła”. „Nie. Studio od chmur i kolorów. Ja mam latarkę, chodź”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














