Pielgrzymka do podziemi

Babka umarła latem. Miałem osiem lat. Umarła za ścianą w swoim wiejskim domu, a ja z ciotecznym bratem spaliśmy tuż obok.

29.10.2018

Czyta się kilka minut

 /
/

Ciało zostało w domu. Potem mężczyźni zanieśli trumnę na ramionach do kościoła. Po drodze musieli się zmieniać. Było gorąco i być może nad trumną unosiły się pierwsze muchy. Nie wiem. W tamtych czasach nie trzymało się ciał w chłodniach. Przynajmniej na wsi. Ze śmiercią było jak z jedzeniem. Trzeba się było spieszyć, zanim się zepsuje.

Na cmentarzu pierwszy raz widziałem wykopany grób. Sterta żółtego piasku jaśniała przy samym wejściu po prawej. Cmentarz był w oddaleniu, kawałek za wsią. Piękny, zielony, okolony starymi drzewami, na lekkim wzniesieniu. Ludzie mówili, że sucho i woda nie podchodzi. Czterech mężczyzn opuściło trumnę na sznurach. Ksiądz wypowiadał ostatnie modlitwy. Ciotki i wujkowie rzucali pierwsze grudki ziemi i słychać było głuchy stuk. „Tam w środku jest babka” – myślałem zdziwiony. Jeszcze niedawno ciepła, pachnąca jedzeniem, drzewnym dymem z kuchni, gospodarstwem. Spada na nią zimna ziemia i oddziela od żywych. Grabarze pracowali równo, szybko i obojętnie. Jak przy budowie drogi albo domu. Zręcznymi pociągnięciami łopat uformowali kopczyk i wbili krzyż. Ciotki, wujowie i obcy ułożyli kwiaty na mogile.

Trochę płakałem, ale kobiety mnie pocieszały, że to tylko na chwilę, na jakiś czas i potem babka wstanie spod ziemi powołana do innego życia i wtedy już nigdy nie umrze. I że nadejdzie czas, gdy ją zobaczę. Więc płakałem tylko trochę, ponieważ wierzyłem we wszystko, co mówili dorośli. Zwłaszcza kobiety, bo zawsze mi się wydawało, że one wiedzą więcej i lepiej.

Wracaliśmy na piechotę i pewnie na skróty, miedzami wśród dojrzewającego zboża. Było słonecznie, gorąco, powietrze stało nieruchomo, a ja wyobrażałem sobie babkę, jak leży na wznak, w ciemności i ciszy, z różańcem w splecionych dłoniach, a wieko trumny chroni ją przed ciężarem ziemi. Zastanawiałem się, czy będzie jej wygodnie tak leżeć do czasu, gdy zmartwychwstanie.

Dlaczego Pan wysyła muchy, gdy umieramy? Dymitr żył samotnie i tak umarł. Był lipiec i znaleźli go po dwu dniach. W domu był czarny rój. Nadlatują, żeby obrać nas do kości i roznieść po świecie, zamienić w energię, którą potem żywią się inne zwierzęta, a tymi zwierzętami na końcu żywimy się my. Więc trochę tak, jakbyśmy zjadali naszych zmarłych, żeby ich zatrzymać, żeby pozostali z nami, żeby w nas żyli. Ale boimy się tego, bo to przecież zmarli, i chociaż ich kochamy, nie chcemy żyć z ich śmiercią. Dlatego ich zakopujemy. Żeby chociaż pozornie, chociaż w tym ziemnym obrzędzie, wyprowadzić ich spomiędzy nas. Albo po to, by się nie męczyli, krążąc przez wieczność w kosmosie w postaci pierwiastków, związków, cząstek energii, żeby nie zasilali świata. W ziemię przecież wchodzi się wolniej i na pozór zostaje na miejscu. Dlatego kopiemy te ciemne i zimne doły, by ich więzić. Żebyśmy mogli przychodzić do nich i zatrzymywać się na krawędzi, pewni, że tam są i że stanowią naszą własność. Że mamy ich w swojej władzy. Tak jak oni mają nas. Bo co roku, w listopadzie, zlatujemy się do nich jak ćmy do podziemnego światła. Do tego zimnego miejsca, gdzie zastygło źródło naszego DNA. Kto wie, może w przyszłości będziemy rozkopywać groby i wskrzeszać naszych przodków, by jeszcze raz nas poczęli? Tak jak chciał Mikołaj Fiodorow w swojej Filozofii Wspólnego Czynu. Fiodorow chciał spłacić w ten sposób dług zaciągnięty wobec minionych pokoleń, które powołały nas do życia. My natomiast zrobimy to wiedzeni pragnieniem własnej nieśmiertelności.

A może jesteśmy samotni na świecie i nic z nim nas nie łączy, poza szczątkami gromadzonymi w zimnych jamach. Jesteśmy tak opuszczeni, że pozostała nam jedynie wiara, że tylko nasi zmarli nas nie zdradzą. Tylko ich możemy być pewni. Gdy krew wycieknie, zaschnie, zmieni się w związki żelaza i ostatecznie pomiesza z piachem, kość pozostanie na wieki i więzy krwi zamienimy na więzy kości. Więzy mocniejsze i dłuższe niż życie. Ciepło stygnie i zostaje tylko chłód minerałów, chłód związków wapnia obłożonych wilgotną ziemią.

Ponure i piękne jest to święto u progu listopada. Ciągniemy jak ćmy do ciemnego światła, by oddawać hołd sobie samym. Palimy ognie i zbieramy się wokół naprzeciw ciemności. Ognie, przy których trudno ogrzać nawet dłoń. Pod pustym czarnym niebem, w które lękamy się spojrzeć. Ze wzrokiem wbitym w ziemię pod naszymi stopami na krawędzi grobu.

Szczerek napisał mi ostatnio, że lampki na cmentarzach powinny dostać ochronę UNESCO jako jedyny polski wkład w estetykę krajobrazu kulturowego. Coś w tym jest. Rozpacz, heroizm i absurd. Zapalać płomyki, które zaraz wypalą się i zgasną, w porze, gdy mrok bierze świat we władanie. Tłuc się na drugi koniec kraju we mgle, w deszczu, po śliskich, zasypanych mokrymi liśćmi drogach. Trząść się na cmentarnych wygwizdowach w czarnym smogu stearyny. Ani choinki, ani wigilijnego stołu, ani śledzi, ani karpia, ani jajka, ani radosnego Alleluja, ani Zmartwychwstania, tylko wręcz odwrotnie. Pielgrzymka do podziemi. Wywoływanie duchów. Zziębnięty, milczący tłum. Opatuleni handlarze u bram cmentarzy. Nie ma gdzie postawić auta. W sprzedaży tylko jeden asortyment: znicze. Coraz większe i coraz brzydsze. Zaraz po użyciu do wyrzucenia. Ręce grabieją przy zapalaniu. Święto. Najważniejsze, jak chciał Czesław Miłosz. Cały naród schodzi do Eleusis.

Masz trochę lepiej, myślę. Chodzę wprawdzie do obcoplemiennych, ale ładnie i spokojnie leżą. W opustoszałych dolinach. Drzewa nie utraciły jeszcze wszystkich jesiennych barw. Modrzewie na złoto, resztki czerwieni na bukach, zieleni się wypasiona przez góralskie owce trawa, snują się mgły. Radocyna, Czarne, Długie, Rozstajne, Wyżny Regetów. Jest gdzie zaparkować. Do niektórych cmentarzy wręcz trudno dojechać. Na przykład do tego w Nieznajowej. Terenówka ślizga się w głębokich błotnych koleinach. Ale jest pusto, cicho i pięknie. Tak jak powinno być na prawdziwym cmentarzu.

Gdy sprowadzałem się tutaj trzydzieści lat temu, nie miałem pojęcia, że będę żył wśród zmarłych. Doliny wśród łagodnych grzbietów nosiły nazwy wysiedlonych łemkowskich wsi, po których zostały tylko przycerkiewne cmentarze. Budowane z miejscowego piaskowca ocalały. Ani ogień, ani rabunek ich nie dotknęły. Tylko deszcze i mrozy zatarły nieco rysy rzeźbionych świętych i wygładziły figury Chrystusa. Ale napisy przetrwały i można odczytywać imiona i nazwiska ryte niezgrabną, dziecięcą cyrylicą. No więc odczytuję na głos w zupełnej ciszy. Tak samo jak imiona i nazwiska cesarskich żołnierzy z I wojny, pochowanych tutaj po bitwie gorlickiej. Rosyjskie, niemieckie, węgierskie, włoskie, czeskie, polskie, bośniackie, chorwackie. Szeregowi i oficerowie trzech wielkich armii wygnani i uśmierceni daleko od domów przez kaprys historii. Zapalam lampki i dyskretnie salutuję.

Dźwięki przepadają w nieruchomym powietrzu. Czasem pada szary deszcz, czasem brzegi kałuż ścina pierwszy lód. Kraina umarłych. Można spędzić cały dzień jeżdżąc od jednego zapomnianego cmentarza do drugiego, od jednej nieistniejącej wsi do innej. W miejscach, gdzie stały cerkwie, też zapalam. Po zmierzchu światła wyglądają samotnie w bezkresnym mroku. Jakby zaraz miały zgasnąć i przepaść niczym imiona odczytywane w ciszy. Ale nic innego nie możemy przecież zrobić dla zmarłych, których nie znaliśmy. Niczego innego nie możemy im ofiarować.

Tak więc na pogrzebie babki płakałem tylko trochę. Może dlatego, że inni płakali, a może dlatego, że dzieci nie pojmują, czym jest śmierć, i ostateczną stratę odbierają tylko jako nieobecność. Babka odeszła, ale przecież pozostała. Odeszła całkiem blisko. Gdy z drzew spadały liście, przy odrobinie wysiłku można było dostrzec stary sad, w którym stał jej dom. Miedzami, tak jak wtedy po pogrzebie, szło się tam kilkanaście minut. A cmentarz, kępa wysokich drzew były widoczne, gdy tylko wyszło się z cienia jabłoni, grusz. Więc umarła, ale wciąż była. Mogłem sobie wyobrażać, że z niewielkiej odległości dogląda wszystkiego tak, jak doglądała za życia. Zimna, nieruchoma, ale wciąż w tym samym miejscu. Pewnie dlatego płakałem tak mało. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika pisanego później, Grochowa, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wschodu… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2018