W nagraniu opublikowanym kilka dni po wypowiedzi o „babsku obrzydliwym, które powinno się trzymać na rynku rozebrane do naga, przypięte do jakiegoś słupa”, Krzysztof Stanowski powyższe słowa z nieskrywaną dumą podtrzymał, a na dodatek przedstawił ich brawurową interpretację.
Z widocznym przekonaniem, że oto wyciąga teraz z rękawa jakiegoś asa, ogłosił mianowicie, że z tym „rozbieraniem” i „przypinaniem do słupa” to była po prostu „przenośnia”. Nie chodziło mu więc wcale o to, żeby urzędniczkę skarbówki naprawdę „trzymać na rynku rozebraną do naga, przypiętą do jakiegoś słupa”. Bynajmniej. Chodziło wyłącznie o to, żeby błysnąć nietuzinkową alegorią i mrugnąć przy okazji okiem do licznego grona widzów-erudytów kanału Zero.
Wszak każdy obyty człowiek świetnie rozumie, że publiczne „rozbieranie do naga” i „przypinanie do jakiegoś słupa” to nawiązanie do słynnej sceny z „Gry o tron”. Tym zaś, którzy tej alegorii nie zrozumieli, Stanowski z właściwą sobie subtelnością zakomunikował, że mogą mu „naskoczyć” oraz „pocałować go w d…”. Ale od razu przy tym zaznaczył, że w żadnym razie nie zachęca nikogo do faktycznych „podskoków”, bądź też „zbliżania się do jego pośladków”, lecz – znowu – stosuje jedynie wyrafinowany środek stylistyczny. Nie da się ukryć – szach-mat!
Muszę powiedzieć, że jest to wykładnia tak oryginalna, że aż pod pewnym względem ujmująca. Owszem, znaczenie i funkcja słów zmieniają się wraz z kontekstem i konwencją. Czym innym są przekleństwo czy też obelga, kiedy padają w kłótni i na poważnie, czym innym zaś, kiedy słychać je w komediowej scenie. Niemniej pomysł, że wypowiadane publicznie pod czyimś adresem wulgarne słowa lub pogróżki wtedy i tylko wtedy stanowią problem, kiedy wypowiadający traktuje dosłownie to, co mówi – stanowi propozycję, jak się wydaje, wysoce innowacyjną.
Zastosowanie jej w praktyce oznaczałoby de facto zniesienie podziału na sformułowania obraźliwe i nieobraźliwe, na groźby oraz wcielanie tych gróźb w czyn. X nie mógłby mieć odtąd pretensji, że Y określa go z pomocą słowa oznaczającego męskie lub żeńskie narządy płciowe, o ile Y nie żywiłby przy tym przekonania, że X faktycznie owymi narządami jest.
Takie niemile dziś widziane w kulturalnych kręgach zwroty, jak „ty ch…” albo „ty p…”, weszłyby więc do powszechnego obiegu, nikt nie brałby ich bowiem za zniewagę. Stawałyby się nią dopiero w połączeniu z czyjąś głęboką wiarą, że ktoś inny jest „ch…” lub „p…”. A jeśliby jakiś nadwrażliwiec jednak reagował na nie urazą, odpowiadałoby się mu po prostu: „Nie uważam, że naprawdę jesteś ch… lub p… To zwyczajnie niemożliwe, jako przedstawiciel gatunku homo sapiens posiadasz narządy płciowe, ale nie możesz nimi być. Metafora, głupcze!”. I byłoby zaraz po sprawie.
Podobnie popularne w wielu językach zwroty „p… się” nieodwołalnie straciłyby swój inwazyjny potencjał. Przecież wiadomo, że – w sensie ścisłym – nikt nie jest w stanie odbyć stosunku płciowego z samym sobą. Są to z definicji metafory, nie byłoby żadnego powodu, żeby się nimi przejmować, można by było ich swobodnie używać przy dowolnie wybranej okazji.
Z groźbami sprawa przedstawiałaby się analogicznie. Zgodnie z interpretacją Stanowskiego, w sytuacji, w której Y zapowiadałby, że zastrzeli albo poderżnie gardło X-owi – lecz nie żywiłby po temu szczerego i prawdziwego zamiaru – nie wolno by nam było robić Y-grekowi najmniejszych kłopotów. Dopóki nie planowałby zrealizować tego, co zapowiada, dopóty posługiwałby się językiem w sposób „metaforyczny”.
Skąd zaś właściwie mielibyśmy wiedzieć, kiedy ktoś mówi poważnie, a kiedy stosuje „przenośnię”? Wyłącznie z jego deklaracji, ma się rozumieć. W swoich głowach nawzajem nie siedzimy i w przewidywalnej przyszłości siedzieć nie będziemy. Nie mamy dostępu do cudzych stanów wewnętrznych, a zatem w każdym przypadku deklaracja „to była metafora” musiałaby kończyć dyskusję. Dokładnie tak, jak skończyć ją chciał Stanowski, choć nie powiedziałbym, że mu się ten zamiar udało pomyślnie zrealizować.
A mówiąc poważnie, cała ta historia to mieszanina zgrozy i groteski. Z jednej strony obelżywa, chamska wypowiedź, która, co typowe w mediach „społecznościowych”, od razu wywołała potok rechotu, aplauzu, bluzgów i podobnych fantazmatów. Z drugiej strony tłumaczenie, które jest tak kuriozalne, że chyba samo ma charakter „metaforyczny”.
Fakt, mnóstwo profili, ośrodków medialnych i osób, które się wypowiedzią Stanowskiego demonstracyjnie oburzają, to dystrybutorzy nienawiści, pogardy i szyderstw, tyle że z drugiej strony barykady. Zgoda, ich strojenie się w piórka moralistów to hipokryzja. Podobnie prawdą jest, że urzędy i urzędnicy skarbówki stosują często najbardziej niekorzystne dla obywateli interpretacje, jak również zachowują się w sposób złośliwy i daleki od jakkolwiek pojmowanego pożytku publicznego.
Nie zmienia to jednak faktu, że posługiwanie się takimi „przenośniami”, jakimi posłużył się Stanowski, wyznacza nowy etap w dziejach degrengolady polskiego dyskursu publicznego. I nie służy niczemu poza poszerzaniem i pogłębianiem oceanu nienawiści, pogardy i szyderstw, w którego odmętach wszyscy toniemy. Doprawdy, trzeba być albo skrajnym cynikiem, albo człowiekiem o wyjątkowo wąskich horyzontach, żeby tego nie widzieć, a może raczej tylko udawać, że się tego nie widzi.
Przy czym słowa „horyzont” użyłem tu oczywiście w trybie metaforycznym.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







