Całkiem niedawno – jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa: algorytmicznym „przypadkiem” – trafiłem na serial „The Bear”, traktujący o przygodach pewnego utalentowanego i świetnie wykształconego szefa kuchni. Carmy Berzatto, bo tak się ów szef nazywa, z powodów których tu oczywiście nie zdradzę, wraca do rodzinnego Chicago i podejmuje pracę w standardowym barze z jedzeniem, czyli miejscu, delikatnie mówiąc, znacznie poniżej swoich kwalifikacji.
Kolejne odcinki oglądałem z rosnącą satysfakcją, także z uwagi na moje osobiste zamiłowanie do tematyki kulinarnej, ale coś uporczywie nie dawało mi spokoju. Z czymś mi się ten totalny kuchenny rozgardiasz, w którym Carmy radzi sobie niczym linoskoczek na rozchybotanym sznurku, kojarzył; nie wiedziałem tylko, z czym.
Kogoś mi ten kucharz – równolegle nadzorujący proces pieczenia mięsa, odbierający dostawy i tonujący rozmaite nieporozumienia w gronie ekscentrycznych współpracowników – przypominał; nie wiedziałem tylko, kogo. Aż w końcu brakujące elementy wskoczyły na właściwe miejsce. Oczywiście przypominał mi doktora Robby’ego z serialu „The Pitt”, koordynatora szpitalnego oddziału ratunkowego w Pittsburghu!
Co jednak niby – zapytacie – miałoby łączyć szpitalny oddział ratunkowy z pospolitym barem, w którym serwuje się spaghetti z pomidorami i przyrządzane na miejscu kanapki?
Otóż właśnie – odpowiem – ten specyficzny typ bohatera, który dzień do dniu, mobilizując wszelkie siły psychiczne i fizyczne, stawia czoło chaosowi, ogarnia go i neutralizuje. Po to tylko, aby nazajutrz znów rozpocząć bój z rojem kolejnych strasznych przeciwności. Bo też – co istotne – ten rój nigdy nie zostaje definitywnie pokonany. Nie następuje nad nim żadne ostateczne zwycięstwo, takie jak w niezliczonych historiach, które świetnie znamy, opartych na schematach od lat przetwarzanych przez popkulturę.
Wiadomo, w wielu gatunkowych scenariuszach protagonista finalnie pokonuje tego czy innego smoka. Tymczasem w wariancie, o którym mówimy – nic podobnego. Smok wiecznie się odradza. Posłany pod koniec dnia w otchłań, wyskakuje z niej o poranku, wojnę z nim trzeba więc podejmować od nowa. Z nadzieją, że do zmroku uda się wygrać bitwę, ale i smutną świadomością, że za moment wszystko wystartuje od zera.
Czy coś nam to przypomina? Istotnie – niejakiego Syzyfa, skazanego na permanentne powtarzanie tego samego bezsensownego znoju. Bezsensownego generalnie, ale w pewnym stopniu sensownego w skali mikro, bo przecież za każdym razem głaz udaje się jednak wtoczyć na górę. Albert Camus, który w Syzyfie widział symbol człowieczeństwa, konstatował, że w tym heroicznym akcie wysiłku kryje się tak naprawdę zarzewie egzystencjalnego buntu wobec absurdu istnienia. Można sobie zatem wyobrazić szczęśliwego Syzyfa, czerpiącego ze swojej gehenny poczucie sensu, a nawet godności.
Podobnie jest, jak sądzę, z tym nowym serialowym typem bohatera, który ma nam chyba przywracać wiarę, że trud przeciwstawiania się chaosowi, choć bez szans na powodzenie, jest na swój sposób szlachetny i wartościowy. Choćby dlatego, że dzień w dzień wytwarza się dzięki niemu jakiś kwant dobra, którego w przeciwnym razie by nie było.
Trzeba przyznać, stoi za tym niewątpliwy realizm, trzeźwa konstatacja, że rzeczywistość stała się zbyt przytłaczająca i nieprzewidywalna, żebyśmy jeszcze mogli uwierzyć w baśnie obiecujące jakiś trwały happy end. Zamiast św. Jerzego zabijającego smoka mamy więc raczej uroborosa, węża pożerającego własny ogon. Jeden z najstarszych symboli, jakie zna ludzkość, obrazujący zamkniętą, nieprzekraczalną cykliczność kosmosu, w którym pozostajemy na zawsze uwięzieni.
To właśnie tam, w królestwie uroborosa, funkcjonuje współczesny bohater. Nie załamuje się, walczy, jest ze swoją kondycją fundamentalnie pogodzony. Niczym wytrawny żongler panuje nad wielością spraw i zadań, z gracją lawiruje na granicy rozpadu i rozkładu.
Nie fantazjuje o wielkiej wygranej, nie czyni planów sięgających dalej niż horyzont wieczoru, z godną podziwu konsekwencją stawia się na posterunku. Cechuje go przy tym metafizyczna skromność, zna swoje miejsce w porządku świata, porzucił złudzenia, że da się ów porządek radykalnie przeorganizować, zamiast tego poświęca się raczej temu, co tu i teraz przynosi wymierne efekty.
Owszem, dwa seriale to próbka niereprezentatywna, ale felieton może się nią spokojnie nakarmić. Założę się zresztą, że podobnych historii jest więcej, i że będzie ich przybywać. Poczucie przytłoczenia bowiem narasta. Podobnie jak przekonanie, że na radykalną zmianę raczej nie ma co w przewidywalnej przyszłości liczyć. No chyba że wybuchnie globalny konflikt jądrowy albo nastąpi jakaś inna wielka apokalipsa.
Dopóki jednak nic takiego się nie stanie, dopóty potrzebować będziemy bohaterów, którzy uczą, jak sobie lepiej radzić z małymi, powszednimi apokalipsami. Nawiasem mówiąc, tymi wielkimi jesteśmy już chyba po prostu coraz bardziej znużeni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







