Nie wiem, jak Państwa, ale mnie już od dawna nikt nie pytał o drogę. Nie pamiętam też za bardzo, kiedy ostatnio sam kogoś o drogę pytałem. To znaczy, owszem, jakiś czas temu, ze wzrokiem utkwionym w Google Maps, usiłowałem dotrzeć do pewnego miejsca. Aplikacja wskazywała, że już dotarłem, ale dookoła nic tego nie potwierdzało, zdesperowany zagadnąłem więc napotkanego przechodnia, który zdawał się odrobinę przestraszony, że się na ulicy ktoś do niego znienacka odzywa. No ale był to co najwyżej wyjątek potwierdzający smutną regułę: odkąd istnieją smartfony, sytuacje, w których się prosi o pomoc w odnalezieniu stacji docelowej, stały się ekstremalnie rzadkie.
Dlaczego smutną? Otóż mam wrażenie, że te drobne gesty wsparcia, dzięki którym człowiek czuł się wyprowadzany ze stanu zagubienia przez obcą a przyjazną osobę, niosły w sobie doświadczenie bezinteresownej życzliwości, o które dziś coraz trudniej. Również udzielanie takich informacji miało działanie formacyjne. Wytrącało z egotycznego zatopienia we własnych myślach, dawało poczucie sprawstwa, przynosiło satysfakcję, że się komuś w czymś rzeczywiście, a nie, za przeproszeniem, wirtualnie – lajkiem lub serduszkiem – ulżyło. I nie tylko.
Nawiązywały się w takich okolicznościach luźne konwersacje. Rodziły znajomości, miłości, przyjaźnie. Otwierały szanse na spotkania, które by się w żadnych innych okolicznościach nie wydarzyły. Stykały się światy. Introwertycy choć na chwilę przekraczali swoją introwersję, ekstrawertycy choć na chwilę powściągali swoją ekstrawersję. A to wszystko pod znakiem niewymuszonej troski, by nie powiedzieć – czułości.
Sporo się teraz mówi o niebezpieczeństwach sztucznej inteligencji i o tym, jak na stosunki międzyludzkie wpływa powszechna wirtualizacja, ale ani razu się dotąd nie zetknąłem ze zwróceniem uwagi na zagrożenia związane z zanikiem pytania o drogę. Tymczasem chodzi tu przecież o cały nasz sposób bycia – w przestrzeni i w ogóle.
Zapytanie kogoś o drogę to przecież deklaracja bezradności. Wymaga przyznania się przed samym sobą, żeśmy się zgubili. W epoce samorozwoju, kultu sprawczości i siły, już sam ten akt stanowi wartość samą w sobie.
Istotnie, pytać o drogę można także w sposób autorytarny, jak to kiedyś uczynił mój wuj, z którym podróżowaliśmy do Słupska, żeby obejrzeć obrazy Witkacego w Muzeum Pomorza Środkowego mieszczącym się w Zamku Książąt Pomorskich.
Były wczesne lata 90., o żadnych GPS-ach nikt jeszcze nie słyszał, wuj zaś żywił przekonanie, że jego zdolności czytania mapy i operowania w terenie spokojnie dorównują kompetencji wyspecjalizowanych jednostek Navy Seals. W efekcie krążyliśmy po tym Słupsku przez ponad godzinę, a wuj nawet nie chciał słyszeć, żeby kogokolwiek poprosić o radę. Kiedy już jednak nie miał innego wyjścia, bo upał panował niemiłosierny, a w jego wysłużonej ładzie brakowało klimatyzacji, wreszcie się przemógł. Przystanąwszy przed przejściem dla pieszych wychylił się przez okno i zaczął krzyczeć na cały głos: „Zamek! Gdzie jest zamek?!”. Trudno się dziwić, że przechodzące właśnie przez pasy dwie dziewczyny nic na to nie odpowiedziały, tylko, cokolwiek spłoszone, przyspieszyły kroku.
No właśnie, można pytać autorytarnie i władczo, ale można też kulturalnie i z gracją. Uznawszy, powtórzę, własną bezradność i zagubienie, otworzywszy się na cudzą pomoc. Czy można sobie wyobrazić coś, co lepiej uświadamia, jak bardzo jesteśmy od siebie zależni? Jak potrzebujemy się nawzajem, żeby skutecznie nawigować w skomplikowanym świecie? Żeby wychodzić z różnych zagubień i zapętleń – nie tylko przestrzennych, lecz także, a może przede wszystkim, życiowo-losowych, gdzie, jak wiadomo, dalece nietrudno znaleźć się nagle w chaosie i desperacji?
Cóż, prawda jest taka, że realnego człowieka, który spogląda na nas życzliwie, słucha, co do niego mówimy i gratisowo poświęca swój czas, żeby nam pomóc – choćby to były dwie minuty, choćby i nawet 30 sekund – nigdy nie zastąpi żadna, najdoskonalsza nawet aplikacja. Podobnie rady, której ten człowiek nam z dobrego serca udzieli, nie zastąpi ujednolicona ocena miliona użytkowników (z których co najmniej połowa to boty działające na zamówienie) wyrażona w gwiazdkach, których proporcję oblicza bezduszny algorytm.
Dlatego pozwolę tu sobie na mały apel. Kiedy tylko się da – czyli: w sytuacjach, w których nie jest to absolutnie konieczne – rezygnujmy z polegania na aplikacjach na rzecz samodzielnych wędrówek. A kiedy zabraknie nam pewności, czy podążamy odpowiednią drogą, pytajmy się nawzajem, którędy dotrzeć tu lub tam.
Ćwiczmy cierpliwie te zapomniane frazy: „Przepraszam bardzo, gdzie znajdę X?”, „Przepraszam bardzo, czy dobrze idę do Y?”. Sami na tak zadane pytania reagujmy uśmiechem i energiczną poradą.
Słowem, odzyskujmy te cząstki elementarne, z których tka się poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa. Wbrew pozorom stanowią one fundament, na którym wznoszą się budowle znacznie poważniejsze i bardziej doniosłe. Owszem, liczą się sprawne instytucje, odpowiedzialni politycy, starania o pokój i społeczny ład, niemniej codzienne mikrodawki życzliwości liczą się co najmniej tak samo. A można by nawet zaryzykować tezę, że bez tych ostatnich pierwsze nie mogłyby istnieć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








