Wspólne drogi myślących cz. I

Natężenie badań w dziedzinie „nauka a religia” było ostatnio tak duże,...
Czyta się kilka minut

...że jeden z najwybitniejszych specjalistów w tej dziedzinie, Ernan McMullin, nie zawahał się wyrazić przekonania, że „dziedzina ta zaczyna się powoli wyczerpywać”. W obszernym wywiadzie na temat swojej drogi życiowej mówił on: „To może wydać się dziwne, ale jeżeli wejdzie się głębiej w tę problematykę, widać, że istnieje tylko ograniczona liczba tematów. (...) Pominąwszy postępy w samej nauce – i być może w teologii – trudno powiedzieć, skąd przyjdą inspiracje. Należy liczyć się z tym, że nastąpi szybsze wyczerpywanie się tematów, niż można przypuszczać”.

Istotnie, pewnego rodzaju nasycenie tematyki daje się obserwować. Ale nie znaczy to, że problematyka „nauka a religia” przestaje być aktualną dziedziną badań. Nie należy nie doceniać postępu nauki, o którym wspominał McMullin. Nowe obszary badawcze mogą ożywić, lub nawet zrewolucjonizować, pewne zagadnienia, które dotychczas nie były terenem zbyt gwałtownych polemik. Wiele wskazuje na to, że takim terenem będzie (a nawet już jest) obszar eksploatowany przez nauki neurokognitywne. Jest to obszar teologicznie szczególnie wrażliwy, gdyż dotyczy duchowości człowieka („spór o istnienie duszy ludzkiej”). Paul Dirac wspomina, że kiedyś, owładnięty wielkością kosmologicznej wizji wyłaniającej się z prac Lemaître’a, powiedział mu, że sądzi, iż kosmologia jest gałęzią nauki najbliższą religii. „Ale – zapisał Dirac – Lemaître nie zgodził się ze mną. Pomyślał chwilę i wysunął przypuszczenie, że najbliższą religii jest psychologia”. Jeżeli psychologię rozumieć szeroko (jak to się dzisiaj czyni), tak by objęła przynajmniej część nauk neurokognitywnych, to wypada stwierdzić, że Lemaître nie był odległy od prawdy. (...)

To, co się dzieje w nauce, powinno przenikać do szerszych warstw społeczeństwa, a z tym nie jest najlepiej. Potrzeba zatem dobrej edukacji i dobrej popularyzacji. I pod tym względem także nie jest dobrze. Szkolne programy nauczania religii i, co więcej, programy studiów w seminariach duchownych albo redukują tę problematykę do kilku ogólników, albo opierają się na materiałach „z poprzedniej epoki”. Na palcach można policzyć instytuty, w których ta sprawa jest postawiona poprawnie. Choć ostatnio pod tym względem można zaobserwować nieznaczną poprawę.

Obok edukacji ważna jest także popularyzacja. Zróbmy pewien eksperyment myślowy. Załóżmy, że młody człowiek (np. student jakiegoś kierunku ścisłego lub przyrodniczego) odczuwa potrzebę przeczytania czegoś z dziedziny „nauka a wiara”, ale nie jest zorientowany ani w tej dziedzinie, ani w rynku wydawniczym. Wybierając swoją przyszłą lekturę mniej lub bardziej przypadkowo, kieruje się tytułem i tym, co przeczyta na skrzydełku okładki lub – częściej – w reklamowej notce w internecie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że trafi na właściwą pozycję? Prawdopodobieństwo trafienia na profesjonalne dzieło uznanego specjalisty jest bliskie zera (może w internecie nieco większe niż w przeciętnej polskiej księgarni). Najbardziej prawdopodobnym będzie wybór popularnonaukowej książki wojującego ateisty (np. Dawkinsa) lub pseudonaukowej książki o mylącym tytule. Jeżeli nasz student skłania się do religijnych przemyśleń i będzie się kierować jakimś religijnym symbolem wydrukowanym na okładce, prawie na pewno trafi na coś „pobożnego”, co w najlepszym razie niewiele mu pomoże, a w najgorszym ukaże naiwność argumentów i tym samym przeważy szalę na przeciwną stronę. Ten myślowy eksperyment dobrze ukazuje wagę odpowiedzialnej popularyzacji – właśnie popularyzacji, a nie literatury typu apologetycznego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2012