Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wspólna opowieść

Wspólna opowieść

22.07.2013
Czyta się kilka minut
Czego brakuje białoruskiej kulturze? Wiz i pieniędzy na podróże. dzięki nim białoruscy twórcy mogliby funkcjonować w ogólnoeuropejskiej rozmowie.
Etno-projekt: lampa „Bocian”, autorka projektu: Katja Kalatskaja, 2012 r. Fot. ARCHIWUM STOWARZYSZENIE PRACOWNIA ETNOGRAFICZNA
T

To nie jest tak, że organizacja z Polski pomagając Białorusinom, chce ich czegoś nauczyć. Nie chodzi o żaden transfer doświadczeń z Zachodu na Wschód – tłumaczy Anna Chlebicka z warszawskiej Pracowni Etnograficznej, która we współpracy z Leną Trafimawą z Białoruskiego Stowarzyszenia Projektantów koordynuje Etno-projekt.
– Naszym założeniem jest spotkanie, dialog i uczenie się od siebie nawzajem – podkreśla Lena. Trzy lata temu wpadła na pomysł zorganizowania wspólnej podróży po obu krajach dla polskich i białoruskich projektantów. Razem odwiedzają muzea i skanseny, spotykają się z ludźmi i szukają inspiracji dla rozwoju etnodizajnu. Są wśród nich projektanci, architekci, pracownicy korporacji, pracownicy akademiccy i fascynaci sztuki ludowej.
Kraj bez galerii
– Polacy częściej szukają jakiejś inspiracji – odpowiada Chlebicka na pytanie, dlaczego ludzie chcą wziąć udział w ich projekcie.
– A Białorusini?
– Mają coś z poczucia misji. Oni chcą sięgnąć do swoich korzeni. Jeżdżą po Polsce, Białorusi i szukają siebie, swojej tożsamości, odpowiedzi na pytanie, kim są.
Uczestnicy przygotowują po dwa projekty graficzne: jeden inspirowany białoruską, drugi polską sztuką ludową. Wśród nich można znaleźć słomkową lampę, która przypomina pająka, łowickie tancerki namalowane z lotu ptaka czy panele podłogowe w kolorach tej samej łowickiej spódnicy.
– To odcienie zielonego: koloru życia, trawy i liści – napisała Julia Janiuk, autorka projektu.
Chyba największą furorę robi lampa „Bocian”. Dwie czerwone nogi i klosz.
– Różni nas sposób opowiadania o świecie – mówi Lena. – Na przykład Polacy opowiadają o funkcjonalności, a Białorusini będą mówić o symbolach. Chociażby lampa „Bocian”. To nie jest po prostu lampa w kształcie bociana – gra z formą i fajne wzorki.
Katja Kalatskaja, projektantka lampy: – Chciałam odnaleźć dla dawnych symboli miejsce we współczesnym domu. Bocian to symbol dobrobytu. Trzeba było dać mu jakąś przestrzeń – zrobiłam lampę.
Artur Klinau, białoruski artysta, poeta i pisarz, nazwał Białoruś „krajem bez galerii”. Brakuje w nim instytucji wspierających sztukę, a ona sama dzieli się na „oficjalną” i „podziemną”, która de facto rozwija się po partyzancku dzięki entuzjazmowi autorów i inicjatywom społecznym, które ją wspierają.
Wołha, pracująca w Mińsku dla Coca-Coli, podczas podróży po Białorusi i Polsce zaprojektowała kolczyki inspirowane wzorami zdobiącymi tradycyjne białoruskie ruszniki (pasy haftowanego płótna). Te wzory przeniosła na szklanki. Białoruskiej Coca-Coli pomysł się spodobał, wyprodukowano 130 tys. szklanek, które pod hasłem: „Nasz dom, nasze szczęście” rozdawane są na Białorusi. Każdy, kto zbierze osiem nakrętek, otrzyma szklankę inspirowaną białoruskimi wzorami ludowymi.
– Nie musimy się wstydzić naszej tradycji – podsumowuje Lena.
Melodia
Część uczestników projektu studiowała za granicą. Udało im się wyjechać na stypendia. Niektórzy, jak Katja, uczyli się w Polsce, mogli nawiązać kontakty, ale również pokazać, co potrafią. Wejść w dialog z projektantami z innych krajów. Wrócili do domu.
– Kochają swój kraj – mówi Anna Chlebicka.
Większość młodych artystów nie zna dobrze białoruskiego, chcą jednak, by materiały dotyczące projektu były drukowane w tym języku. Piszą więc po rosyjsku – boją się popełnić błąd – tekst tłumaczony jest na białoruski.
Siewiaryn Kwiatkouski, literat i dziennikarz, zapytany o to, czego brakuje białoruskiej kulturze, odpowiada, że wiz i pieniędzy na podróże, bo dzięki nim białoruscy twórcy mogliby funkcjonować w ogólnoeuropejskiej rozmowie.
O tej „rozmowie” słyszę także od Wiktora Hrysiuka, który od kilku lat wspólnie z Ołehiem Bakowskim, muzykiem i prezesem Jazz Clubu w Łucku, organizuje w tym mieście festiwale jazzowe. Wiosną, podczas Dni Europy, odbywają się Muzyczne Dialogi, gdzie folk miesza się z jazzem. Latem odbywa się Art Jazz Cooperation, kiedy wspólnie koncertują Łuck i Równe, dwa największe miasta na Wołyniu. A pod koniec roku ma miejsce festiwal Jazz Bez, który od lat podróżuje po Polsce i Ukrainie, zatrzymując się w kilku miastach po obu stronach granicy. Zimą, w tym roku po raz drugi, udało się zorganizować jazzowe kolędowanie.
Wiktor: – Nie przypuszczałem, że to okaże się takim sukcesem. Chętnych było dwa razy więcej niż miejsc. A idea niezwykle prosta – jazzowe inspiracje i wspólne śpiewanie rzymskokatolickich, greckokatolickich i prawosławnych kolęd. To było wspaniałe doświadczenie zobaczyć, jak wiele nas łączy.
Wiktor i Ołeh organizują największe niekomercyjne imprezy jazzowe na Ukrainie.
Wiktor: – Najważniejsze jest to, że ukraińscy artyści mogą grać razem z zespołami z Czech, Polski, Mołdawii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych czy Rosji. Wtedy nikt nie ma wątpliwości, że my też jesteśmy częścią Europy i mamy coś do powiedzenia. Gdy artyści stoją na scenie i grają razem, to przez jazz snują swoją muzyczną opowieść z różnych perspektyw.
Festiwale to nie tylko muzyka. Towarzyszą im warsztaty muzyczne, pokazy teatralne, letnie szkoły dziennikarstwa dla lokalnej prasy.
– Staramy się maksymalnie zaangażować naszych gości – opowiada Wiktor.
Normalność, nie nuda
Co odróżnia białoruskie i ukraińskie organizacje pozarządowe? Te pierwsze musiały zejść do podziemia i działać jak partyzanci, bo szkodzą „oficjalnej” Białorusi. Działają tak od piętnastu lat. Udało im się stworzyć alternatywną przestrzeń kultury, sztuki i jakąś namiastkę alternatywnego społeczeństwa. Z Ukraińcami jest trudniej. Gdy pytam Wiktora o wsparcie lokalnych władz dla organizowanych przez niego festiwali, mówi, że „miasto ich nie zauważa”. Paweł Laufer, który ostatnio opublikował „Raport o stanie kultury i NGO w Ukrainie”, mówi, że jak spotyka się z Ukraińcami, to oni wciąż narzekają na swój trzeci sektor.
– Wspólnie z Ukraińcami doszliśmy do wniosku, że być może wynika to z pozycji państwa: nie jest wrogiem, nie przeszkadza w działaniu, ale też nie pomaga – mówi Paweł Laufer. A Europa i Polska coraz wyraźniej przestały się nimi interesować. Więc tkwią w ukraińskiej ambiwalencji.
Wiktor nazywa jazzowe festiwale „małymi kulturalnymi rewolucjami”. – Do tej roboty trzeba mieć cierpliwość i dużo wytrwałości, ale się udaje – mówi.
Gdy Paweł na wydanie ukraińskiego raportu dostał dwa razy mniej pieniędzy niż dwa lata wcześniej na podobny raport o Białorusi, to dorzucili się do niego sami Ukraińcy.
Marek Iwaszczyszyn, dyrektor lwowskiego Stowarzyszenia Artystycznego „Dzyga”, zapytał wprost: „Jak mam promować ten raport na Ukrainie, jeżeli nie został wydany po ukraińsku?”. Zadzwonili więc do zaprzyjaźnionego wydawnictwa i za reklamę na ostatniej stronie wydrukowali papierową wersję.
Przez ostatnie lata na Ukrainie pojawiły się lokalne inicjatywy, których celem było chociażby ocalenie zabytków Lwowa czy Kijowa, działanie na rzecz walki z kłusownictwem na jeziorach wokół Talnego (miasto w centralnej Ukrainie), czy na rzecz rowerzystów w Tarnopolu. W Bereżanach, niewielkim miasteczku w okolicach Tarnopola, grupa entuzjastów założyła stowarzyszenie Ridne Misto, które działa na rzecz lokalnej społeczności. Organizuje festiwale, spacery po mieście, kiermasze książek i pomoc dla uboższych mieszkańców. Takich pomysłów na Wschodzie jest dużo.
Laufer przekonuje, że dawno odkrył, iż „spotyka się z ludźmi, którzy robią coś na europejskim poziomie bez kompleksów”. I to jest chyba najważniejsze odkrycie. Bo ferment na Wschodzie pokazuje, że jego mieszkańcy mają świadomość swojej podmiotowości, także wobec zagranicznych partnerów, z którymi współpracują. A Europę Wschodnią trzeba „odczarowywać”, bo okazuje się, że jest ona normalna, nie mistyczna. Co wcale nie przeszkadza w tym, by się nią zachwycać.  

TOMASZ HORBOWSKI jest pracownikiem Fundacji im. Batorego, działa w Fundacji Wspólna Europa i redaguje portal Eastbook.eu.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]