Wspaniały „Człowiek słoń” Davida Lyncha po czterdziestu pięciu latach wraca na duże ekrany

Prawie pół wieku temu David Lynch nakręcił film głęboko empatyczny – między innymi o tym, że nikt z nas nie ma wpływu na to, w jakim ciele się rodzi. Świat nie był jeszcze na niego gotowy.
Czyta się kilka minut
„CZŁOWIEK SŁOŃ” („The Elephant Man”) - reż. David Lynch. Prod. USA/Wielka Brytania 1980. Dystryb. Reset/Gutek Film // materiały prasowe
CZŁOWIEK SŁOŃ (The Elephant Man) – reż. David Lynch. Prod. USA/Wielka Brytania 1980. Dystryb. Reset/Gutek Film // materiały prasowe

Musi upłynąć prawie kwadrans, zanim zobaczymy całkowicie zmienioną twarz Johna Hurta. I całe ciało zdeformowane przez „guzy włókniste, skręt kręgosłupa, przerost czaszkowy, zwiotczenie skóry”, jak głosi medyczna analiza. To ciało wywołuje całą gamę reakcji: zaciekawienie, wstręt, śmiech, strach... Lecz co z empatią? 

Nakręcony w 1980 r. „Człowiek słoń” w ogóle się nie zestarzał. Również dlatego, że w wiktoriańskich dekoracjach umieszcza ciągle aktualne pytania o tak zwaną normę, sam będąc mistrzowskim połączeniem (a zarazem ówczesnym przekroczeniem) ekranowej estetyki i etyki. 

Bohater w rzeczywistości nazywał się Joseph Merrick. Tu występuje pod imieniem John, podobnie jak we wspomnieniach Fredericka Trevesa z 1923 r. Ale zagrany przez Anthony'ego Hopkinsa młody londyński chirurg nie jest jedynym źródłem tej historii, autentycznej tylko w swoim zarysie. Była jeszcze wydana pół wieku później książka „The Elephant Man: A Study in Human Dignity” Ashleya Montagu, pogłębiająca problem Człowieka Słonia od strony humanitarnej. 

Na tej podstawie Christopher De Vore i Eric Bergren napisali scenariusz, do którego przyłożył rękę David Lynch. Stworzyli opowieść fikcyjną w szczegółach, acz przeszywająco prawdziwą na poziomie emocji i przemyśleń związanych z byciem odmieńcem w „zdrowym” społeczeństwie. 

Powstał film, w którym na pierwszy rzut oka dickensowski wyciskacz łez spotyka się z kontrowersyjnymi „Dziwolągami” (1932) Toda Browninga. W Londynie z końca XIX stulecia, wieku pary i elektryczności, sąsiadują przecież obok siebie badania naukowe i ludowe przesądy, szemrane biznesy i mało wybredne rozrywki, a do tego postromantyczne fantazje i sensacje z prasy brukowej. 

Na młodego Johna Merricka rzucają się wszyscy – ambitni badacze różnej maści „wynaturzeń”, zwykli gapie z lunaparku szukający w anatomicznych deformacjach „owoców grzechu pierworodnego”, zarabiający na tym hochsztaplerzy oraz wykwintne damy zahipnotyzowane widokiem cudzego cierpienia. Wielu z nich, jak poczciwy doktor Treves czy słynąca z dobroczynności aktorka teatralna Madge Kendal, zagrana przez Anne Bancroft, dopiero z czasem uświadomi sobie, co bywa wybrukowane najlepszymi intencjami.

Dzięki pieczołowitej inscenizacji Lyncha, nie mówiąc o całym pionie technicznym odtwarzającym w Londynie dawny kształt miasta (sceny fabryczne zaczerpnięto z archiwaliów), narodził się świat realistyczny i zarazem na pograniczu koszmaru. Nie jest on projekcją wyłącznie tego, który patrzy z troską na krzywdzonego Człowieka Słonia, ale także jego samego. Kogoś, kto bywa nieustannie oglądany, podglądany, wyszydzany, badany i dopiero w tej historii przestaje być obiektem. Bo nawet szlachetna pomoc bywa poniżeniem. 

Najbardziej przejmujące są w filmie sceny, kiedy tytułowy bohater nabiera coraz to nowej świadomości – że ktoś go znowu wykorzystuje, że na moment stał się modny. A chciałby być po prostu kochanym i wyjść choć na chwilę z gabinetu osobliwości, w jakim uwięziło go zniekształcone ciało.  Poczuć, czym jest dom, lub nawet coś większego – toteż zamknięty i chwilowo bezpieczny w szpitalnym pokoju buduje z odpadków makietę katedry, częściowo widzianej z okna. 

Ten odważny pod wieloma względami film o tęsknocie za „normalnością” zapowiada autorski styl przyszłego twórcy „Miasteczka Twin Peaks”. Uroda czarno-białych kadrów Freddiego Francisa wydaje się mocno zwodnicza. Sceny oniryczne i wizyjne wybijają z narracyjnego rytmu. Nastrojowa muzyka Johna Morrisa plus zagrane w finałowej scenie „Adagio for Strings” Samuela Barbera kontrapunktuje okrucieństwo świata, w którym jeszcze przez jakiś czas funkcjonować będzie rozrywka nazywana „ludzkim zoo”, czyli publiczna ekspozycja osób odmiennych rasowo czy kulturowo.

Prawie pół wieku temu Lynch nakręcił film głęboko empatyczny – między innymi o tym, że nikt z nas nie ma wpływu na to, w jakim ciele się rodzi. Zresztą część organów wewnętrznych Josepha Merricka, jak to często bywało w tego rodzaju przypadkach, pobrano pośmiertnie do badań naukowych. Uległy zniszczeniu podczas nazistowskich nalotów, przetrwały za to gipsowe odlewy fragmentów jego ciała, z czego Christopher Tucker skorzystał przy tworzeniu mistrzowskiej charakteryzacji Merricka.  

Okazało się, że świat nie był w pełni gotowy na tego rodzaju film. Jego produkcję nadzorował sam Mel Brooks (zachwycony Lynchowską „Głową do wycierania”), który od początku stał murem za mało doświadczonym, a już mocno ekscentrycznym reżyserem. Strzegł niezależności Lyncha do tego stopnia, że zdecydował się usunąć swe nazwisko z czołówki filmu, by nie wywoływało komediowych skojarzeń. 

Jednakże nominowany do aż ośmiu oscarów tytuł ostatecznie nie dostał żadnego. Tym bardziej za wspomnianą charakteryzację, jako że dotychczas nie było osobnych nagród Amerykańskiej Akademii dla tego rodzaju osiągnięć i, co zmienił właśnie casus „Człowieka słonia”, dopiero w następnym roku wprowadzono nominacje w tej kategorii. 

Dziś, w dobie popularności ekstremalnych body horrorów, ta nieironiczna opowieść o napiętnowanym przez chorobę mężczyźnie, który rozpaczliwie próbuje udowodnić, że nie jest zwierzęciem, nadal działa. Nie potrzebuje do tego żadnych światopoglądowych wykładni, chociaż bardzo łatwo taki film zawłaszczyć w ramach jakiejś wojny kulturowej. Na przykład pro life kontra pro choice i obie strony z łatwością znalazłyby dla siebie argumenty.

„Człowiek słoń” pozostaje dziełem szeroko otwartym i jest w nim miejsce na różne dyskursy: niepełnosprawności, cielesności, jakkolwiek rozumianej inności, o naszym stosunku do natury nie wspominając. Bez wątpienia David Lynch przetarł w kulturze (bo przecież nie tylko w kinie) wiele szlaków. 

Tym bardziej cieszy, że coraz chętniej powraca się do jego twórczości i w ogóle do klasyki, czego przykładem działalność firm dystrybucyjnych Reset, So FILMS, Past Perfect czy warszawskiego Timeless Film Festival. Dzięki odrestaurowanym kopiom odżywają dawne arcydzieła, a my możemy się przeglądać w tych obrazach z przeszłości i pytać, gdzie właściwie jesteśmy i kim są dzisiejsze słonie.    

„CZŁOWIEK SŁOŃ” („The Elephant Man”) - reż. David Lynch. Prod. USA/Wielka Brytania 1980. Dystryb. Reset/Gutek Film. W kinach od 22 sierpnia. Wcześniej pokazy przedpremierowe. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ten obcy