No to wracam. Powiedzmy, że z wiosną. Wiosna – wiadomo: buchnęła zielenią, ciepły deszcz spłukał zimowe brudy, koty dostają małpiego rozumu. Wszystko jest, jak być powinno, chociaż niezupełnie. Człowiek dziś nie może już być pewien, czego się po której porze roku spodziewać.
To, o czym uczyliśmy się w przedszkolu (a ja od mamy i taty, bo do przedszkola mnie nie posłano), jakoś takie mało adekwatne się zrobiło: zima jest wiosną, wiosna latem, w dodatku zdarzają się nawroty, cykl doroczny to ciągłe niespodzianki.
Nawiasem mówiąc, w przedszkolu (a mnie mama i tata) uczyli też, żeby nie kłamać, nie przezywać, ładnie się wyrażać, po cudze nie sięgać, po sobie posprzątać… I podobnie jak z tą wiedzą o wiośnie, także i te umiejętności rzeczywistość ostatnimi czasy nieprzyjemnie weryfikuje.
Człowiek chce świat zostawić lepszym
No ale wracam. Wracam z nadziejami, które starałem się tu na miarę swoich możliwości rozniecać, i wątpliwościami, które nigdy mnie nie opuszczały.
Wracam w atmosferze coraz bardziej krzykliwej i krwiożerczej, ze świadomością, że tym bardziej trzeba się zatroszczyć o słowo nieutytłane, myślenie niezaśmiecone, nowinę dobrą. Tak ambitnie, ale jakże by to wyglądało, gdybym wracał bez ambicji?! Może i nie jest w cenie to, czego mnie mama i tata nauczyli, ale jakoś się do tego przywiązałem.
Wracam, bo jeszcze mam dość sił, by wrócić, zresztą mierzę te siły na zamiary, a zamiary mam dalekosiężne. Człowiek chciałby ten świat zostawić lepszym, niż zastał, albo chociaż niegorszym. Wracam zatem nasłuchiwać, co piszczy w trawie, i o tych piskach, szmerach, jękach i westchnieniach z dołu dobiegających pisać.
Czy słuch mi się nie pogorszył, to się okaże. Mnie się wydaje, że w trawie, na dole, wszystko trochę inaczej przebiega – a więc też inaczej się artykułuje – niż na powierzchni. Ale może się łudzę. Nie wiadomo dziś, czy to „góry” naśladują „doły”, czy też „doły” „góry”. Tu też wszystko pozamieniało się miejscami.
Co Konwicki pisał o Polakach
Lewitujemy. Tak o Polakach pisał kiedyś Konwicki. Kiedyś? Przeszło pół wieku temu! Tadeusz Konwicki to był pisarz pełną gębą, więc nawet jak napisał coś od niechcenia, to się to czytało. I zawsze było coś na rzeczy, także w tym, co od niechcenia napisane. „Lewitacja to nasz ulubiony środek lokomocji”, twierdził Konwicki.
Poruszamy się raczej górą, niż po ziemi, bo ta ziemia błotnista, przez obcych zadeptana, nie kocha nas, mówimy, i „stale się nam usuwa spod nóg”. „Więc lewitujemy sobie wysoko nad ziemią w stratosferze naszych rojeń. W skromnym kosmosie naszej gorączkowej, chorobliwej wyobraźni, gdzie sami dla siebie jesteśmy Opatrznością”.
Wysoko powiedziane, może trochę za wysoko, zwłaszcza jak na standardy dzisiejsze, ale czy nieprawda? Lewitujemy. Peron nam odjechał. Samych siebie wystrzeliliśmy w kosmos. I pewnie inne jeszcze podobne metafory znalazłyby się na opisanie naszej sytuacji. Wykazujemy straty, ale obiecujemy miliardy. Jak nam urosną koszty, obniżymy ceny.
Nikt się z nami nie liczy, ale tupniemy nogą i świat zadrży. Jeszcze się na dobre nie zaczęła kampania wyborcza, a już lewitujemy na całego. Jeden drugiego łapie za klapy i szarpie. Gdzie Polska? Została gdzieś tam, w dole. Ważne, żeby za klapy złapać, kogo trzeba. I szarpać, szarpać, szarpać…
Człowiekowi do życia potrzeba też ołowiu
Bo też przecież nie wszyscy lewitować mogą. Ktoś to widowisko z dołu ogląda.
Może i ziemia nas nie kocha, ale życie w dole trwa w najlepsze. A jeśli nie w najlepsze, to z cierpliwą determinacją. Tyle że to lewitowanie kusi strasznie i człowiek co rusz, zamiast się ziemi trzymać, wzrok ku górze wznosi i zazdrości. I zaczyna żyć tym, co tam widzi, zamiast żyć życiem swoim, a na tamto się nie oglądać.
A prawda jest taka, że najbardziej lewitują ci, którzy powinni służyć. Ale „służyć” to już jest słowo ze słownika tylko, a ten słownik na półkę odłożony kurzem zarasta. Zresztą wielu z nas podoba się tamto lewitowanie. Zawsze to jakaś rozrywka, a największa rozrywka wtedy, jak ktoś na łeb, na szyję spadnie. Więc to nie takie proste, o nie. Konwicki napisał, że wszyscy lewitujemy. I „dół”, i „ góra”. I „sami dla siebie jesteśmy Opatrznością”. Mocne.
Jak mówił klasyk: skrzydła rzecz dobra, ale człowiekowi do życia potrzeba też ołowiu. Może się w tym, co się dzieje, nie pogubię. A nawet jeśli się pogubię, to z wami, którzy tu na mnie czekaliście. Z naszego wspólnego pogubienia zrobię temat. I kto wie, może z czasem się okaże, że temat tak naprawdę jest inny. Może właśnie nadzieja… Może odwaga…
No więc wracam. Wracam – na swoje miejsce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















