Wojna na górze. O co chodzi w sporze prezydenta z rządem?

Przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi dwa główne obozy polityczne nie przebierają w środkach, które mogą podsycać konflikt między nimi.
Czyta się kilka minut
Premier Donald Tusk i prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości Święta Wojska Polskiego, Warszawa, 15 sierpnia 2024 r. // Fot. Jakub Porzycki / NurPhoto / Getty Images
Premier Donald Tusk i prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości Święta Wojska Polskiego, Warszawa, 15 sierpnia 2024 r. // Fot. Jakub Porzycki / NurPhoto / Getty Images

Na początku ubiegłego tygodnia premier Donald Tusk poinformował, że wycofuje kontrasygnatę pod nominacją sędziego Krzysztofa Wesołowskiego na przewodniczącego zgromadzenia sędziów Izby Cywilnej, które miało wybrać prezesa tejże izby. Tę decyzję uznali za bezprawie nawet tak wyrozumiali dla rządzącej koalicji prawnicy, jak Andrzej Zoll czy Marek Chmaj. Sam premier skomentował te wątpliwości dzień później, na naradzie poświęconej planowanym zmianom w wymiarze sprawiedliwości i Trybunale Konstytucyjnym. – Jeśli chcemy przywrócić ład konstytucyjny oraz fundamenty liberalnej demokracji, musimy działać w kategoriach demokracji walczącej. Oznacza to, że prawdopodobnie nieraz popełnimy błędy lub podejmiemy działania, które według niektórych autorytetów prawnych mogą być nie do końca zgodne z literą prawa. Ale nic nie zwalnia nas z obowiązku działania – oświadczył.

Ta deklaracja Tuska wywołała jeszcze większe zdziwienie niż wycofanie kontrasygnaty, bo zapowiadała łamanie prawa w imię „przyzwoitości”. – Dodanie do demokracji jakiegoś przymiotnika powoduje, że nie mamy demokracji – komentował w mediach Marek Sawicki z PSL.

Afera wokół kontrasygnaty była kolejnym etapem konfliktu premiera z prezydentem. Andrzej Duda nie omieszkał złośliwie skomentować postępowania szefa rządu, przyznając, że cała sytuacja jest „śmieszno-straszna”.

To była już kolejna wypowiedź prezydenta, która wywołała wzburzenie w obozie władzy. W poprzedniej Duda sugerował, że najwyraźniej nadal trwa współpraca polskich służb ze służbami rosyjskimi, komentując przedstawienie przez prokuraturę Pablo Gonzalezowi/Rubcowowi akt jego sprawy na kilka dni przed odesłaniem tego rosyjskiego szpiega do Moskwy w ramach wymiany.

Spór kompetencyjny

Wojna prezydenta z premierem to tak naprawdę oboczność konfliktu, który na polskiej scenie trwa między PiS a PO. Podsycają go obie strony, zainteresowane eskalacją, na której zyskują oba obozy. I na której cierpi interes państwa, a przede wszystkim wizerunek Polski za granicą, bo to właśnie kwestie międzynarodowe należą do konstytucyjnych kompetencji zarówno prezydenta, jak i premiera.

Mechanizm konfliktu najlepiej widać na przykładzie sporu o ambasadorów, bodaj najostrzejszego między oboma antagonistami. Szef MSZ Radosław Sikorski, a także politycy Koalicji Obywatelskiej ostro krytykują prezydenta, że nie podpisał dotąd żadnej nominacji ambasadorskiej obecnej władzy.

– Jeśli rząd nie konsultuje kandydatów z prezydentem, co było zawsze dobrym obyczajem, to co ma zrobić prezydent? – pyta Paweł Szrot, obecnie poseł PiS, a wcześniej szef gabinetu Dudy. A obecny szef gabinetu i, według kuluarowych spekulacji, główny architekt obecnej linii politycznej prezydenta Marcin Mastalerek zwraca uwagę, że zgodnie z prawem ambasadora mianuje i odwołuje prezydent. Dodaje, że Andrzej Duda nie zgadza się też na hurtowe odwoływanie ambasadorów, bez konkretnych przesłanek i podawania przyczyn, co chce robić rząd.

Rząd replikuje, że to on odpowiada za politykę zagraniczną, ma więc prawo dobierać ambasadorów. – Nominacje ambasadorskie są przeprowadzane zgodnie z ustawową procedurą. Poza tym wszyscy ci kandydaci, którzy zostali przedstawieni prezydentowi, uzyskali tzw. agrément, czyli zgodę państwa przyjmującego. Nie ma powodu, aby tych nominacji nie podpisywać – mówi wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Szejna z Lewicy.

Sprawa ambasadorów

Politycy koalicji rządzącej przypominają też, że cała procedura odbywa się według ustawy przyjętej w czasach PiS, zgodnie z którą kandydatów na ambasadorów typuje tzw. konwent, w którym zasiada przedstawiciel prezydenta. Ten ostatni początkowo na takich posiedzeniach nie był przeciw kandydatom, tylko się wstrzymywał. Teraz jednak Andrzej Duda odmawia swoich podpisów pod jakimikolwiek decyzjami personalnymi, dotyczącymi ambasadorów, zarówno pod odwołaniami, jak i powołaniami, niezależnie od kompetencji kandydatów. A niektórzy – np. zarekomendowany niedawno przez sejmową komisję spraw zagranicznych kandydat na ambasadora w Austrii Zenon Kosiniak-Kamysz – są doświadczonymi dyplomatami.

Politycy KO mówią, że prezydent początkowo był otwarty na zmiany ambasadorów, zastrzegł tylko, że chciałby pozostawić na placówkach swoich byłych bliskich współpracowników – przede wszystkim ambasadora przy ONZ Krzysztofa Szczerskiego, ambasadora w Rumunii Pawła Solocha i ambasadora w Waszyngtonie Marka Magierowskiego. Jednak potem, pod wpływem zaostrzenia się sytuacji politycznej w kraju i być może pod wpływem Mastalerka, usztywnił stanowisko. – Duda najwyraźniej stwierdził, że nie ma szans na żadne stanowisko międzynarodowe, więc swoją przyszłość polityczną zamierza związać z PiS. Działa więc jak polityk tej partii – komentuje polityk KO.

Sprawa ambasadorów nie jest jednak jednoznaczna. Zdaniem Marcina Przydacza, posła PiS i byłego ministra w Kancelarii Prezydenta, a także byłego wiceszefa MSZ, za konfrontację w sprawie ambasadorów odpowiedzialny jest przede wszystkim rząd. Zdecydowała o tym, jego zdaniem, wspólna marcowa wizyta prezydenta i premiera w Waszyngtonie. – W elektoracie PO taka współpraca prezydenta z premierem została źle przyjęta, więc zdecydowano się zaostrzyć linię – ocenia Przydacz.

Potwierdzają to niektórzy dyplomaci, którzy przyznają, że początkowo szef MSZ Radosław Sikorski był gotów do informowania prezydenta o zamiarze odwołania określonego ambasadora. Tak właśnie została przeprowadzona jeszcze w grudniu wymiana szefa przedstawicielstwa przy UE i Andrzeja Sadosia zastąpił Piotr Serafin. Natomiast w marcu, krótko po wspólnej wizycie prezydenta z premierem w Waszyngtonie, ogłoszono listę ponad 50 ambasadorów, których Sikorski zamierza odwołać. Już nagłośnienie tej listy pokazywało, jak mówią dyplomaci, że chodzi o wywołanie publicznego konfliktu z prezydentem, który – jeśliby mu przedstawiać po kolei dyskretnie określone nazwiska – przy wielu by zapewne nie oponował. Tym bardziej że niejeden ambasador mianowany w czasach PiS siedział na placówce już 6-7 lat i sam miał ochotę wrócić.

Konflikt na linii rząd–prezydent

Jednak – jak spekulują dyplomaci – w MSZ albo wręcz w otoczeniu premiera podjęto decyzję, żeby zrobić publiczny spektakl i odwołać niemal wszystkich powołanych przez poprzednią władzę ambasadorów, niezależnie od ich kwalifikacji czy rangi placówki. Była to akcja bez precedensu, bo na czystkę o takiej skali nie zdecydowała się żadna poprzednia ekipa, nawet PiS po objęciu władzy w 2015 r.

Sekwencja zdarzeń pokazuje zresztą stopniowe zaostrzanie się konfliktu wokół ambasadorów na linii rząd–prezydent. W marcu ambasadorowie dostali jedynie informację o woli odwoływania ich z placówki jeszcze w 2024 r. Po upływie kilku tygodni otrzymali z MSZ pismo o zakończeniu misji i odwołaniu do kraju. W międzyczasie doszło do zaostrzenia konfliktu na tle zamiaru odwołania ambasadora przy NATO Tomasza Szatkowskiego. Rząd za wszelką cenę usiłował go ściągnąć do kraju i zastąpić Jackiem Najderem jeszcze przed lipcowym szczytem Paktu, mimo że Szatkowski na dniach miał zakończyć misję. Rząd powoływał się na zastrzeżenia wojskowych służb wobec dotychczasowego przedstawiciela, sformułowane jeszcze w czasach PiS. Duda, który znał ich treść, oświadczył jednak, że nie podpisze wniosku w tej sprawie.

Sytuacja, w której odwołań nie chce podpisywać prezydent, rodzi konsekwencje: niektórzy dotychczasowi ambasadorowie uważają, że nadal stoją na czele placówek. Jak bardzo takie sytuacje mogą szkodzić wizerunkowi Polski, pokazuje przypadek ambasadora na Ukrainie Jarosława Guzego, pełniącego swoją funkcję zaledwie od jesieni 2023 r. Nie zaakceptował on decyzji o odwołaniu, przesłanej z MSZ, i nie zdał placówki. Wrócił, co prawda, do Polski pod pretekstem urlopu, ale doprowadził do tego, że prezydent zabrał go ze sobą do Kijowa na sierpniowe uroczystości z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Ponieważ MSZ robił wszystko, by Guzego oficjalnie nie było w składzie delegacji, na początkowe spotkania nie został on wpuszczony. Potem skonfundowani Ukraińcy pod silnym naciskiem urzędników kancelarii Dudy zaczęli go jednak wpuszczać.

Ustawa kompetencyjna

Sam Duda kilka razy wypowiedział się na temat kandydatów na ambasadorów i też nie były to najszczęśliwsze wypowiedzi. Wypomniał np. stalinowską działalność rodziców Ryszardowi Schnepfowi – doświadczonemu dyplomacie, a nawet sekretarzowi stanu w KPRM w czasie rządów PiS. Otwarcie sprzeciwił się też kandydatowi na ambasadora w Waszyngtonie Bogdanowi Klichowi, obecnemu senatorowi, zresztą w minionym tygodniu pozytywnie zaopiniowanemu przez sejmową komisję. Argumentował, że był szefem MON w czasach katastrofy smoleńskiej. Politycy KO przyznają, że Klich, co prawda, podał się do dymisji w 2011 r. po ogłoszeniu raportu komisji Jerzego Millera na temat katastrofy, ale to był gest honorowy, niemający nic wspólnego z jego kwalifikacjami jako potencjalnego ambasadora w USA.

Przedstawiciele obu zwaśnionych obozów uważają, że spór zaszedł tak daleko, iż jeśli nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego aktu zgody, Andrzej Duda do końca kadencji nie podpisze żadnego wniosku o odwołanie lub powołanie ambasadora. Placówkami będą więc kierować chargés d’affaires. – Taka polityka nam nie służy, bo w wielu krajach jeśli kierownik placówki ma niższą rangę niż ambasador, utrudnia mu to działanie – mówi wiceminister Szejna.

A na sprawie ambasadorów spory się nie skończą. Wielu polityków wskazuje na tzw. ustawę kompetencyjną, uchwaloną tuż przed końcem rządów PiS, która daje prezydentowi nadzwyczajne uprawnienia w perspektywie przypadającej na pierwsze półrocze 2025 r. polskiej prezydencji w UE. W myśl tej ustawy prezydent m.in. ma prawo opiniować kandydata na polskiego komisarza, a także mieć wpływ na priorytety polskiej prezydencji.

W sprawie kandydata na komisarza – Piotra Serafina – premier zastosował się do litery tej ustawy, co zresztą Duda przyjął z wyraźnym zadowoleniem, od razu kandydata aprobując. Jednak podczas niedawnego spotkania ambasadorów Tusk przyznał, że fakt, iż polska prezydencja będzie przebiegała w warunkach obowiązywania ustawy kompetencyjnej (naruszającej, jego zdaniem, ład ustrojowy), może mieć negatywny wpływ na jej przebieg.

Zdaniem Andrzeja Szejny to, że premier oparł się na ustawie w sprawie nominacji dla Serafina, „było propaństwowym i służącym wizerunkowi Polski posunięciem”. Teraz jednak szef rządu będzie musiał zdecydować, czy nadal tę ustawę honorować, skoro są wobec niej wątpliwości konstytucyjne. – Choć jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B i C – przyznaje wiceszef MSZ.

Polska prezydencja pod znakiem kłótni

Inny polityk KO nieoficjalnie mówi, że premier raczej już nie będzie z prezydentem niczego konsultował, a nominacja dla Serafina była pierwszym i ostatnim zastosowaniem ustawy kompetencyjnej. Zresztą, dodaje ten polityk, znaczenie Dudy będzie malało wprost proporcjonalnie do tego, jak upływał będzie czas do końca jego kadencji, a jeszcze dodatkowo zapewne zaangażuje się on po stronie prezydenckiego kandydata PiS, ktokolwiek nim będzie, więc nikt nie będzie go traktować jako prezydenta ponad podziałami.

Czy to nie zakłóci polskiej prezydencji? Andrzej Grzyb z PSL-TD, szef komisji obrony i członek komisji ds. Unii Europejskiej, przekonuje, że mimo wszystko może nie być wielkich konfliktów, bo do obsadzenia pozostają stanowiska mało polityczne, np. członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, gdzie wymagane jest doświadczenie w organach kontrolnych państwa, natomiast priorytety naszej prezydencji w dużym stopniu wynikają z priorytetów przyjętych na trzy kolejne prezydencje – Węgier, Polski i Hiszpanii.

W tej ostatniej sprawie jakieś spory, przyznaje poseł PSL, mogą się jednak pojawić w związku z rozpoczęciem pracy przez nową Komisję Europejską w końcu tego roku, co się będzie zbiegać z polską prezydencją.

Kontrowersyjne słowa Tuska

Stosunkowo najlepiej współpraca wygląda w kwestiach obronności, choć tu znaczenie ma osoba wicepremiera i szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza, który stara się być buforem między rządem i prezydentem. Andrzej Grzyb przekonuje, że w sprawach bezpieczeństwa i obronności nie można pomijać prezydenta i Kosiniak-Kamysz to rozumie. Jednym z efektów jest przeprowadzenie ograniczonych zmian personalnych w dowództwie armii, w czym szef MON poszedł na rękę prezydentowi, choć było wielu takich, którzy domagali się głębszych przetasowań. Podobnie z przeprowadzonymi przez rząd PiS zakupami obronnymi, które nie zostały zakwestionowane, choć przyjęte procedury, zdaniem obecnego rządu, nie zawsze były właściwe.

Sprawa współpracy obronnej jest jednak wyjątkiem, bo, jak przyznaje wielu naszych rozmówców, konflikt z Dudą służy Tuskowi do mobilizacji elektoratu. Jest to ważne przed wyborami prezydenckimi, a przy okazji pozbawia pola manewru koalicjantów, którzy, jak mówi jeden z naszych rozmówców, stają się „wspólnikiem w zbrodni”.

Rzeczywiście, koalicjanci na razie nie bardzo mają pole manewru wobec ofensywy Tuska. Kosiniak-Kamysz, jak przyznają nawet niektórzy przedstawiciele Trzeciej Drogi, nie wychodzi poza obowiązki wynikające z kierowania MON. W przeciwieństwie do outsidera Sawickiego nie odniósł się np. do kontrowersyjnych słów Tuska o „demokracji walczącej” i prymacie przyzwoitości nad prawem. Podobnie zresztą jak marszałek Szymon Hołownia, który był nawet świadkiem tej wypowiedzi. Jedynym, który się delikatnie odciął, był lider lewicy Włodzimierz Czarzasty. – Jest granica, której nigdy nie przekroczymy, nie będziemy łamali prawa – zapewnił.

W samej Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk ma pełne poparcie dla twardej linii. – Obawiam się, że potrzebne są ruchy rewolucyjne. Węzła gordyjskiego nie rozplątuje się paluszkami. Potrzebne jest cięcie – powiedział „Tygodnikowi” jeden z prominentnych polityków PO, pytany o skomplikowaną sytuację w wymiarze sprawiedliwości.

Na szczytach władzy nie będzie zatem w najbliższych miesiącach spokoju. A państwo polskie na tym nie zyska.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: To nic, że inni tracą