Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wojna cudza i nasza

Wojna cudza i nasza

04.08.2014
Czyta się kilka minut
Dla mocarstw była to początkowo wojna „o nic”. Tylko dla małych graczy, jak Serbowie i Polacy, jej stawką była wolność. Dopiero rewolucje, sowiecka i nazistowska, uczyniły nową wojnę potwornością, która przeorała świat.
Polacy, żołnierze austriackiej 12. Dywizji Piechoty, zwanej „Krakowską”, atakują wzgórze Pustki koło Gorlic, maj 1915 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
W

W zachodniej historiografii i publicystyce silna jest dziś teza, że Wielka Wojna była samobójstwem Europy. Samobójstwem – to znaczy czym? Własnowolnym, świadomym położeniem kresu swemu istnieniu? Czy państwa i narody są zdolne do takiego aktu, nawet jeśli w trybie metafory przyznajemy im podmiotowość moralną? Wątpię. Państwa i narody mogą popełniać błędy, nawet zgubne w konsekwencjach – ale nie dążą świadomie do własnej zguby.
Polityczna Nagroda Darwina
Sto lat temu nikt nie wchodził do wojny z przekonaniem o przegranej, wszyscy liczyli na zwycięstwo. Nawet Austro-Węgry, najsłabsze ogniwo ówczesnej Europy, liczyły, że wojna przyniesie im odnowę, da nową siłę. Że rachuby wszystkich mocarstw zaczynających wojnę były błędne – to rzecz inna. Jak i to, że wszystkie wyszły z niej przegrane: zwycięzcami były Stany Zjednoczone oraz małe narody, które zyskały na złamaniu systemu Świętego Przymierza. Także my.
Można rozważać, które z mocarstw bardziej zasłużyło wtedy na polityczną Nagrodę Darwina, gdyby taką przyznawano (przypomnijmy: to żartobliwe „wyróżnienie” ludzi, którzy doprowadzili do własnej śmierci w wyjątkowo głupi, a przy tym efektowny sposób). Kandydatów byłoby wielu: najbardziej chyba monarchia Habsburgów, która nie dotrwała do końca wojny.
Czy było to więc samobójstwo Europy? To znaczy czego? Przecież ani kontynentu, ani postchrześcijańskiej (już wtedy!) wspólnoty cywilizacyjnej, ani nawet Spenglerowskiego „Zachodu”. Wszystkie one przetrwały wojnę, po której niewiele też zmienił się układ sprzecznych interesów mocarstw (choć przybyło państw). Owszem, ostatecznie odeszło w niebyt Święte Przymierze... ale tylko na jakieś ćwierć wieku. Bo system jałtański w istocie je odtworzył, choć z udziałem innych graczy.
Wojna, epidemie i rewolucje, będące konsekwencją I wojny światowej, przeorały Europę, to prawda. Ale wszystkie narody przetrwały, żadne z wielkich miast nie zostało zburzone, niezbyt liczni powojenni przesiedleńcy mieli prawo wyboru, nie byli wypędzonymi. Prawda, była rzeź Ormian, pierwsze nowoczesne ludobójstwo – ale nawet dziś wahamy się, czy Turcja jest częścią Europy. Imperium osmańskie nie było nią z pewnością.
Koniec epoki – początek epoki
Mimo całej nacjonalistycznej retoryki była to wojna „o nic”: o strefy wpływów mocarstw i zyski wielkiej burżuazji. Zwłaszcza na froncie zachodnim, gdzie przez cztery lata pracowała okopowa „maszynka do mięsa”, mieląc przy okazji beztroskę fin de siècle’u oraz nadzieje na „umiarkowany postęp w granicach prawa”, które na początku wieku nie wydawały się nieuzasadnione. Tylko dla drugorzędnych graczy (jak Serbowie czy Polacy) stawką było utrzymanie lub zdobycie wolności.
Świat dekadenckich pięknoduchów, którzy szli na front, szukając męskiej przygody w duchu wojen kolonialnych czy wręcz romansów arturiańskich, zgnił w okopach Flandrii. Podobnie rozsypał się świat socjaldemokratów, którzy ze zdumieniem odkryli, że robotnicy jednak mają ojczyzny. Ci, co przeżyli, wracali jako zdeklarowani pacyfiści – bądź jako rewolucjoniści, dążący do wywrócenia starego świata. Tylko nieliczni potrafili ocalić wiarę w wartości: Boga, naród, zasady moralne.
Na Wschodzie było nieco inaczej (choć Imperium Rosyjskie też zgniło w okopach), a narodom, które choć na chwilę wywalczyły wówczas wolność, łatwiej było ocalić świat wartości. Ale wielka przemiana Europy dokonywała się na Zachodzie.
Tamta wojna przyniosła nie tylko ofiary. Wstrząs, jakim była, zapoczątkował delegitymizację wojny jako narzędzia polityki, przyniósł pierwszą próbę ustanowienia instytucjonalnego ładu światowego (Ligę Narodów). Dał nowy impuls emancypacji kobiet – nie ideologiczny, lecz ekonomiczny, więc skuteczniejszy. Podważył tradycyjny, kolonialny rasizm. Przyniósł też rewolucje społeczne, które nie były niespodzianką: już wcześniej się ich obawiano – dość zajrzeć do „Starej Ziemi” Jerzego Żuławskiego, wydanej tuż przed wojną.
Już około 1920 r. było jasne, że główne konflikty nie zostały rozstrzygnięte, a ponowne starcie mocarstw europejskich jest nieuniknione. Ale to rewolucje, sowiecka i nazistowska, uczyniły kolejną wojnę tym, czym była: potwornością, która rzeczywiście przeobraziła świat. A obie rewolucje rodziły się w okopach Wielkiej Wojny.
Chętnie mówimy, że świat po tamtej wojnie nie był już taki sam. Ale czy nie jest tak, że po każdym wielkim wydarzeniu świat przestaje być „taki sam”? I za każdym razem wydaje się nam, że to już „koniec historii”. Wszak Wielka Wojna miała, jak głoszono przynajmniej na Wyspach Brytyjskich, położyć kres wszystkim wojnom...
„Sen śniony nieprzytomnie”
Dla nas, Polaków, była to cudza wojna. Podobno. Bo także polscy poddani monarchów z Sankt Petersburga i Wiednia szli na tę wojnę jeśli nie z entuzjazmem, to z patriotyczną gotowością – bez sprawnego przebiegu mobilizacji w Kongresówce Rosjanom nie powiódłby się sierpniowy atak na Prusy Wschodnie (zakończony klęską pod Tannenbergiem).
Jedni i drudzy wiązali nadzieje na przyszłość narodu ze zwycięstwem dotychczasowego suwerena. Nawet „pruscy” Polacy, którzy nie mogli liczyć na poprawę losu po zwycięstwie Niemiec, szli na wojnę z gotowością równą niemieckiej.
Także niepodległościowe elity polityczne wiązały w 1914 r. nadzieje na takie czy inne odrodzenie Polski ze zwycięstwem jednego z zaborców. Tylko Piłsudski (bo nawet nie wszyscy jego towarzysze) stawiał na klęskę wszystkich i odrodzenie Polski dzięki niej samej. A to, co w dniach wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej – a jeszcze bardziej wśród wrogiego milczenia, jakim Kadrówkę przyjęła Kongresówka – zdawało się „snem wariata śnionym nieprzytomnie”, cztery lata później okazało się trafnym rozpoznaniem sytuacji. I stało się ciałem.
Nie poznaliśmy zresztą dobrze bezsensu Wielkiej Wojny: tylko poddani pruscy przeszli przez „maszynkę do mięsa” pod Verdun i nad Sommą. Na Wschodzie miała ona kształt bliższy dawniejszym wyobrażeniom o wojnie, pozwalający nadać sens żołnierskiemu wysiłkowi. Podczas ofensywy nazwanej jego nazwiskiem, w 1916 r. generał Brusiłow w ciągu trzech miesięcy odepchnął przeciwnika o 120 km. Tymczasem nad Sommą – w dwukrotnie dłuższym czasie – alianci przesunęli front ledwie o 12 km, płacąc znacznie większą cenę krwi.
W cieniu Polskiej Wojny
Wielka Wojna znikła z naszej świadomości głównie dlatego, że okazała się wstępem do Polskiej Wojny: dwuletnich zmagań o niepodległość i granice z lat 1919-20, już pod własnymi znakami, we własnym imieniu. I była to wojna zupełnie inna: o jasnym celu, pełna nagłych zwrotów, obron, szturmów i kontrnatarć, uwieńczona ostatnią wielką bitwą kawalerii w dziejach – pod Komarowem, w sierpniu 1920 r., gdy pobiliśmy Armię Konną Budionnego. Wojna niezbyt krwawa – w trwającej ponad rok konfrontacji z bolszewikami straciliśmy 60 tys. zabitych – mniej, niż padło w pierwszym tygodniu bitwy nad Sommą. Wojna godna pieśni, a nie tylko płaczu, godna pędzla mistrzów.
Zarazem był to okres świętej zgody narodowej, którą w ustabilizowanym państwie szybko pogrzebaliśmy. Ale mieliśmy na czym budować nową, ponadzaborową już wspólnotę, mogliśmy wziąć w nawias doświadczenie Wielkiej Wojny. A także jej główny owoc, pacyfizm: świadomi stałego zagrożenia wojennego, nie mogliśmy i nie chcieliśmy sobie nań pozwolić.
A potem spadło na nas doświadczenie nowej wojny, nieporównywalne z niczym innym w naszych dziejach, wobec którego wszystko zdawało się błahostką. Francuzów i Brytyjczyków II wojna światowa kosztowała znacznie mniej niż pierwsza, naznaczyła znacznie słabiej. Dlatego wciąż często mówią oni o tej pierwszej jako o Wielkiej Wojnie lub wręcz o Wojnie (The War). Co dla nas musi brzmieć – powiedzmy – egzotycznie.

TADEUSZ A. OLSZAŃSKI jest politologiem, analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. Autor książek „Historia Ukrainy XX w.” i „Trud niepodległości. Ukraina na przełomie tysiącleci”, a także m.in. artykułów o I wojnie światowej w Galicji.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]