Reklama

Konna armia kajzera

Konna armia kajzera

12.10.2015
Czyta się kilka minut
Największa operacja kawaleryjska podczas I wojny światowej, rozegrana sto lat temu na froncie wschodnim, nie rozstrzygnęła tej wojny. Ale wpłynęła znacząco na jej przebieg.
Niemieccy ułani w starciu z rosyjską kawalerią nad rzeką Wilejką, jesień 1915 r. Rycina z epoki. Fot. Za historyisnowmagazine.com / DOMENA PUBLICZNA
T

Ta niezwykła batalia toczyła się jesienią 1915 r., we wrześniu i październiku, w okolicach Wilna. Była niezwykła, bo sprzeczna z wizją „okopowej” Wielkiej Wojny – wszak nie tylko na froncie zachodnim, lecz i wschodnim była to „wojna piechoty i artylerii” (gdzie, jak mawiano, piechota zajmuje teren, który zdobyła artyleria). Tymczasem najbardziej dramatycznym aktem operacji wileńskiej, jak ją nazwano, okazał się wielki kawaleryjski zagon, który niemieckich ułanów wyprowadził na tyły wojsk carskich, broniących obecnej stolicy Litwy...

Operacja wileńska jest dziś w Polsce zapomniana. Owszem, walki z 1914 r. na froncie wschodnim trochę oddziałują na naszą wyobraźnię. Tannenberg, Galicja, Łódź znajdują jakieś echa: wychodzą poświęcone im książki, są strony internetowe, rozwijają się grupy rekonstrukcyjne, a ostatnio, w kolejne setne rocznice, odbywało się sporo uroczystości. Ale zainteresowanie kończy się zwykle na bitwie pod Gorlicami, w której wojska austriacko-niemieckie przełamały wiosną 1915 r. front [„TP” nr 18/2015 – red.]. To, co było potem, kwituje się zwykle stwierdzeniem, że siły carskie wycofały się z Warszawy i Lwowa, a front ustabilizował się gdzieś na wschodzie.
Ale nie uprzedzajmy wypadków.

W błotach Bolimowa
Jak wygrać wojnę toczoną na dwóch frontach? Najpierw Francja czy Rosja? Już w 1914 r. kolejność działań stała się przedmiotem ostrego sporu w niemieckim kierownictwie. I to właśnie skutkiem wynikających z tego napięć było później przejęcie sterów niemieckiego Cesarstwa przez duet wojskowych: Paula von Hindeburga i Ericha von Ludendorffa, którzy swą pozycję zdobyli tu, na froncie wschodnim.

Cofnijmy się w czasie. Po tym, jak w 1914 r. nie powiódł się niemiecki plan pokonania Francji, „zanim opadną liście”, realne stało się zagrożenie ze strony rosyjskiego „walca parowego”. Jeśli już nie dla Niemiec – bo armia pruska zatrzymała armię carską w bitwie pod Łodzią jesienią 1914 r. [„TP nr 48/2014 – red.] – to dla Austro-Węgier, które zimą 1914/15 znalazły się w kryzysie zakończonym upadkiem twierdzy Przemyśl.

W efekcie już w początkach 1915 r. dla Berlina stało się jasne, że zanim można będzie podjąć kolejną próbę rozstrzygnięcia konfliktu na Zachodzie, trzeba „wyjaśnić” sytuację na Wschodzie. Niemcy zaczęli więc przerzucać coraz większe siły na front wschodni.

Pierwsze próby frontalnego przełamania miały miejsce zimą 1914/15 nad Rawką i Bzurą, gdzie armia niemiecka próbowała przebić się do Warszawy. Skończyło się to masakrą (100 tys. zabitych po obu stronach w ciągu paru miesięcy), która nie przyniosła efektów. Teren był trudny, Rosjanie umocnieni, ataki grzęzły w błotach. Nie pomogły gazy bojowe, użyte po raz pierwszy właśnie pod Bolimowem.
Patem skończyły się też zimowe walki w Prusach Wschodnich. W 1914 r. Niemcy musieli oddać część Mazur – i przy pierwszej okazji postanowili odbić ten okupowany przez Rosję kawałek Cesarstwa. Tak doszło do zimowej bitwy nad jeziorami mazurskimi, zakończonej klęską Rosji, której armia została odrzucona nad Niemen. Ale Niemców szybko zatrzymały carskie posiłki i fatalna pogoda.

Sytuacja zmieniła się wiosną 1915 r. Ofensywa rozpoczęta w maju pod Gorlicami – wymyślona przez szefa c.k. sztabu generalnego Franza Conrada von Hötzendorfa i rozwinięta dzięki wsparciu niemieckiemu – dawała szansę na odbicie Galicji i wyparcie Rosjan z Polski centralnej (Kongresówki).

Spór o „kleszcze”
W tym momencie niemieccy sztabowcy musieli zadać sobie pytanie: co robić teraz w północnej części frontu? Starły się tu dwie koncepcje. Hindenburg i Ludendorff, dowodzący siłami niemieckimi na Wschodzie, dążyli do rozstrzygnięcia manewrowego: takiego jak to, które przyniosło im chwałę pod Tannenbergiem w sierpniu 1914 r. Chcieli śmiałej operacji, która okrąży tak wielkie siły rosyjskie, że car będzie musiał prosić o pokój. Ale szef sztabu generalnego, Erich von Falkenhayn, nie podzielał ich entuzjazmu do ryzykownych akcji. Wierzył w taktykę mozolnego zdobywania terenu dzięki wsparciu ciężkiej artylerii i bał się, że manewr naraża własne siły na kontruderzenia.

Koncept Hindenburga/Ludendorffa, zwany „Grosse Zange” (wielkie kleszcze), zakładał atak z Prus Wschodnich jak najdalej w głąb imperium carów, na Wilno, Mińsk i dalej na południe – tak, aby stworzyć „drugie ramię” okrążenia (tj. kleszczy), które połączy się z siłami niemiecko-austriackimi, kontynuującymi ofensywę zaczętą pod Gorlicami i także zmierzającymi w stronę Brześcia i błot Polesia.

Gdyby plan się powiódł, licznie zgromadzone w Kongresówce wojska carskie zostałyby okrążone. Ale Falkenhayn uznał go za zbyt ryzykowany i optował za „Kleine Zange” (małymi kleszczami): uderzeniem na południe od Prus, przez Narew. Rodziło to ryzyko, że wojska carskie spokojnie wycofają się z takich „płytszych” kleszczy, ale było łatwiejsze do wykonania (choćby pod względem zaopatrzenia wojsk). I nie narażało sił wykonujących ten manewr na kontrataki podobne do tych, które doprowadziły do dramatycznych zdarzeń w listopadzie 1914 r. pod Łodzią, gdy zdawało się, że Rosjanie za chwilę otworzą sobie drogę na Berlin.

Na Petersburg!?
Ale Ludendorff nie był człowiekiem, który łatwo rezygnuje. Dlatego realizując cel wyznaczony przez Falkenhayna – przełamanie frontu pod Przasnyszem koło Ciechanowa – pozwolił sobie na pewną swobodę. Z jego rozkazu na północnym odcinku frontu cały czas podejmowano działania, które oficjalnie miały tylko odciągnąć uwagę Rosjan, w istocie jednak sukcesywnie odpychały ich od Prus, tworząc podstawy do manewru „Grosse Zange”.

W lipcu 1915 r. wojska niemieckie faktycznie dokonały przełamania pod Przasnyszem, co zmusiło siły carskie, ciśnięte też od południa, do ostatecznego opuszczenia Kongresówki. Ale, choć były one wykrwawione i w stanie generalnej depresji, nie znalazły się w okrążeniu, lecz w jako takim ładzie cofały się na wschód. Demoralizacja przejawiała się zaś w oddawaniu twierdz, niedawno uchodzących za najsilniejsze w Europie: w Modlinie, Brześciu, Ossowcu i Kownie.

Na koniec sierpnia doszło do sytuacji, w której front niemiecko-rosyjski uzyskał kształt niemal prostej linii: od Rygi przez Grodno do Brześcia, przechodząc w połowie drogi między Kownem i Wilnem. Zmieniało to znacząco sytuację strategiczną.

Po pierwsze, wycofane z Kongresówki wojska carskie skupiły się teraz na odcinku między Grodnem i Brześciem. Mniej więcej tam, w okolicy obecnej polskiej granicy, teren staje się coraz trudniejszy. Więcej jest lasów, bagien i rzek płynących z południa na północ. Coraz mniej jest też nazw miejscowości, które wcześniej zwracały czyjąś uwagę. Co najwyżej godnym uwagi celem jest węzeł kolejowy Baranowicze, gdzie przez cały poprzedni rok kwaterowała Stawka – naczelne carskie dowództwo. Wszystko to sprawiało, że trudno było spodziewać się tu celów przemawiających do wyobraźni – celów do ataku czy obrony.

Po drugie, na północnym skrzydle, między Rygą i Wilnem, po odwrocie carskich wojsk pojawiła się duża otwarta przestrzeń. Front zaczął się gwałtownie poszerzać, a ponadto rozeszły się istotne kierunki strategiczne. Na północny wschód prowadziła droga do stolicy imperium carskiego, Petersburga, zaś na wschód do Moskwy (w Rosji zwanej „starą stolicą”). Gdyby Niemcy się tu przełamali, mogliby ruszyć w każdą z tych stron... Chcąc więc osłonić oba kierunki, armia carska musiała podzielić swe siły.

Ta ostatnia szarża...
Tu zaczyna się historia ostatniej dużej akcji manewrowej, podjętej przez niemiecką armię na froncie wschodnim: operacji wileńskiej, zwanej też przełamaniem pod Święcianami.

Gdy niemieckie siły (jeszcze skromne) zaczęły podchodzić pod Rygę, Rosjanie stworzyli dwie nowe armie, mając bronić kierunku wiodącego na Petersburg – opierając się o potężną przeszkodę, jaką jest rzeka Dźwina. W tym czasie carska 10. Armia, pobita wcześniej w Prusach i pod Kownem, broniła dostępu do Wilna, mając dalej po lewej stronie siły wycofane z Kongresówki.

W tym momencie w głowach niemieckich generałów pojawiła się idea operacji na wielką skalę, z zamiarem otoczenia sił rosyjskich i odniesienia ostatecznego zwycięstwa na Wschodzie. Był to powrót do idei „wielkich kleszczy”, tylko zaciśniętych na mniejszym obszarze. Główne niemieckie uderzenie miało nastąpić więc na styku wojsk carskich broniących Wilna i Rygi. Tu, na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, stały jedynie skromne oddziały osłonowe rosyjskiej kawalerii i łotewskiego opołczenija (pospolitego ruszenia starszych roczników rezerwy).

I w tym miejscu miało też nastąpić przełamanie. W wywalczony przez piechotę wyłom ruszyć miała niemiecka kawaleria – nigdy wcześniej i nigdy później w czasie I wojny światowej niezgromadzona tak licznie w jednym miejscu. Przez zalesione pojezierze na północ od Wilna ta wielka konna armia miała wyjść na zaplecze carskiej 10. Armii w kierunku na Mińsk. A potem, wsparta przez piechotę, doprowadzić do połączenia się z drugim ramieniem „kleszczy”, które z obszaru na północ od Brześcia miało ruszyć na Mińsk przez Lidę.

Pierwsze dni ofensywy były dla Niemców bardzo zachęcające. Rosyjska kawaleria nie wytrzymała uderzenia i cofała się w dwie strony: część na północ, a część na południowy wschód. Powstała więc olbrzymia dziura, w którą pogalopowała niemiecka konnica. Wykonała śmiały i ostatni zagon na Litwie, osiągając zwartą masą obszar położony 150 km w głąb carskich linii. Podeszła pod ważny węzeł kolejowy w Mołodecznie, gdzie krzyżowały się tory z Mińska do Wilna i z Połocka do Warszawy. W ślad za ułanami ruszyła piechota. Zdawało się, że rozstrzygające zwycięstwo jest w zasięgu ręki...

Zagończycy w pikielhaubach
A jednak... Po raz kolejny w tej wojnie ambitne plany zawiodły w szczegółach.

Niemieckie wojska liniowe nie miały już tej siły i entuzjazmu, co w 1914 r. Coraz większy ich procent stanowiła Landwehra, Landsturm i rezerwa: jednostki złożone ze starszych roczników, dowodzone przez gorszych oficerów i pozbawione mobilności, która wcześniej pozwalała na śmiałe manewry. Szwankowała logistyka. Prąc na wschód, Niemcy oddalali się od swego zaopatrzenia, a linie kolejowe były poniszczone, drogi gorsze, teren trudniejszy. Coraz większym kłopotem było też przerzucanie wojsk. Wreszcie – dowódcy nie mogli liczyć na posiłki. Wobec spodziewanych walk we Francji oraz na froncie serbskim i włoskim Falkenhayn kazał wcześniej Hindenburgowi oddać tam jak najwięcej jednostek.

Efekty były następujące. Na prawym skrzydle Rosjanie, stłoczeni w trudnym terenie, stawili twardy opór, a dolne „ramię” planowanego okrążenia nie mogło ruszyć do przodu. Choć niemieccy ułani dotarli pod Oszmianę i Smorgonie, przecinając drogę Wilno–Mińsk, piechota nie stanęła na wysokości zadania i wyczyn konnicy nie zdał się na nic. Górnego skrzydła, które odniosło wielki sukces, nie udało się też wzmocnić takimi siłami, by pozwoliło to złamać opór.

Ten zaś tężał, a wokół wysforowanej do przodu niemieckiej kawalerii robiło się coraz tłoczniej od carskich jednostek. Choć ułani poczynali sobie iście w tradycji zagończyków – np. wysadzając mosty kolejowe na carskich tyłach czy atakując pociągi transportujące posiłki – to szansa, że dojdzie do pełnego wielkiego okrążenia, stawała się już iluzoryczna...

Korzyścią z ułańskiego zagonu było jednak to, że Rosjanie woleli cofnąć się jeszcze bardziej. Oddali Wilno i Baranowicze, odeszli z linii Niemna. Ale nie było paniki. Co więcej: wojska carskie starały się wykorzystać okazję, by zniszczyć wysunięte siły niemieckie. Po bolesnej lekcji spod Łodzi, gdy próbując okrążenia, sami stali się okrążeni, Niemcy zachowywali się ostrożniej, nie dopuszczając do tego, by ich szpica została odcięta. Alzaccy piechurzy maszerowali więc dzielnie przez litewskie lasy na pomoc bawarskim ułanom.

Zastygły front
Jednak po dwóch tygodniach walk z przeważającymi siłami na linii rzeki Wilejki niemiecka kawaleria musiała zatrąbić do odwrotu. Carska konnica ruszyła w pościg, choć nie był on tak groźny, jak chciała Stawka. Niemcy, mimo że ponieśli straty, byli w stanie cofnąć się na wcześniej upatrzoną pozycję koło jeziora Narocz. I tak zagon konnej armii kajzera stał się kolejnym przykładem bitwy nierozstrzygniętej, która kazała przemyśleć wcześniejsze strategie.

Tak czy inaczej: efektem bitwy pod Wilnem było ostateczne ukształtowanie się stabilnej linii frontu wschodniego na północ od Polesia. Biegł on od Rygi na południe, przechodził na zachód od Mińska i potem w dół, aż po Pińsk. Ponadto Niemcy ostatecznie utwierdzili się w przekonaniu, że dalej na Wschód nie ma sensu iść, bo Rosjanie mogą zawsze się cofać – i że rozstrzygnięcia wojny trzeba szukać na froncie zachodnim.

Był jeszcze jeden aspekt nowej sytuacji – polityczny. Pod niemiecką okupacją znalazły się teraz nie tylko Polska centralna, ale – w efekcie operacji wileńskiej – również Litwa oraz połowa Łotwy i Białorusi (dalej na południe ziemie dawnej Rzeczypospolitej, jak południowa Kongresówka czy Wołyń, okupowała Austria). Wojska obu monarchii utrzymały ten teren aż do kończącego tu I wojnę rozejmu w lutym 1918 r. Przez te dwa i pół roku sytuacja polityczna zmieniła się tu radykalnie – na korzyść „sprawy polskiej”.

Wprawdzie zanim nastał ów rozejm, armia carska jeszcze kilka razy próbowała ruszyć na zachód, ale wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Siły państw centralnych na wschodzie wkopywały się coraz głębiej w ziemię, chowały za drutem kolczastym i betonem. Walki pozycyjne nie były już w stanie przesunąć zastygłego frontu.

Z Oszmiany pod Verdun
Czy skoro manewr nie przyniósł tego, co obiecywał, pozostawała już tylko „wojna materiałowa”? Czy niepowodzenie ambitnych planów operacji wileńskiej przyznawało definitywnie rację Falkenhaynowi? Wszak za kilka miesięcy to on puści w ruch „maszynkę do mięsa” pod Verdun – z nadzieją, że wyliczony matematycznie ogrom ofiar złamie Francję...

Nie jest to wcale oczywiste. Owszem, bitwa wileńska – największa konna operacja I wojny światowej – nie doprowadziła do wielkiego rozstrzygnięcia. Ale stało się tak po części dlatego, że nie była realizowana z pełnym przekonaniem i zaangażowaniem. Stanowiła swoistą partyzantkę, uprawianą przez Hindenburga i Ludendorffa względem własnego naczelnego dowództwa. Taka partyzantka, choć dotarła pod Oszmianę, nie była wystarczająco groźna dla carskiej armii, która – mimo że przestała stanowić strategiczne zagrożenie – to ciągle pozostawała siłą, której nie można było lekceważyć.
Tak czy owak, nierozstrzygnięty spór między Rosją a Niemcami był wtedy rezultatem najkorzystniejszym dla Polaków i ich marzeń o niepodległości. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]